fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Burzę zbieramy wszyscy

Piotr Skwieciński
Fotorzepa, Waldemar Kompała
To, co przed meczem Polska - Rosja działo się na ulicach Warszawy, stało się pożywką dla paranoi rosyjskiej, ale było efektem paranoi polskiej - twierdzi publicysta „Rzeczpospolitej".
Choćbyśmy zaklinali się, że nic się nie stało, to oczywiste jest, że Euro pogorszyło stosunki polsko-rosyjskie. I to w stopniu znaczącym. Jest to pierwsza taka sytuacja od lat.
Jak to? - może ktoś zapytać - a wszystko, co działo się przedtem? Nasze wsparcie dla pomarańczowej rewolucji na Ukrainie? Embargo na polskie mięso? Gry w sprawie gazu? Skandaliczne śledztwo w sprawie tupolewa? Utajnienie akt katyńskich? To wszystko prawda, ale mimo że wśród wymienionych spraw są kwestie nieskończenie ważniejsze od warszawskich bójek, są one jakościowo inne. Inne, bo nie uczestniczyli w nich zwykli ludzie, zwykli Polacy i Rosjanie. Niezależnie od tego, jakie te sprawy potrafiły wywoływać emocje, raczej nie wywoływały psychicznego efektu polegającego na tym, że zwykli Polacy lub Rosjanie czuli się osobiście dotknięci czy zagrożeni działaniami zwykłych ludzi z drugiego kraju. Teraz przekroczyliśmy ten próg.
Przekroczyliśmy, bo w minionych dniach udziałem wielu Rosjan  tych zwykłych, wcale nie kiboli, nawet wcale nie uczestniczących w feralnym marszu przez most  stało się poczucie poniżenia i zagrożenia. Królujące na ulicach śpiewy o „j.....ej ruskiej k...ie", przemierzające miasto grupki skandujące pogromowe hasła, przypadki plucia i zastraszania, grupki „karków" łowiące pojedynczych rosyjskich kibiców, wreszcie umożliwiony przez niezdecydowanie policji atak na legalny przemarsz - wszystko to musiało tak zaowocować. A rosyjskie media, choć zachowują się wstrzemięźliwie, to przecież reprodukują doznania rodaków obecnych w Warszawie na cały ich kraj.

Czuję się głupio...

Do tej pory, jeśli zwykli Rosjanie zastanawiali się, jak odbierani są w Polsce (a zastanawiali się rzadko, bo nie jest to główny dla nich problem), mieli do wyboru dwie narracje. Starą, związaną z historią, zaborami i okresem radzieckiej dominacji, głoszącą, że są nad Wisłą znienawidzeni. I nową, też wywodzącą się z historii, bo z czasów romansu antyreżimowych inteligencji Warszawy i Moskwy, ale w głównej mierze kształtowaną przez doświadczenie Rosjan odwiedzających nasz kraj w ostatnich latach. Doświadczenie w sensie kontaktu z ludźmi zwykle pozytywne, a co najmniej neutralne. Nowa narracja powolutku zdobywała przewagę. Teraz jej skuteczność została dramatycznie zredukowana. Gdy znajomi Rosjanie mówili, że Polacy Rosjan nie znoszą, zawsze protestowałem, mówiłem, że jest wręcz przeciwnie, że nie lubimy ich rządu, ale do nich samych nic nie mamy, a nawet raczej ich lubimy. Wkładałem w to wiele wysiłku. Teraz czuję się głupio; mam wrażenie, że ich oszukiwałem - napisał na facebooku Polak pracujący w Moskwie.  Zwykli Rosjanie zaczynają dochodzić do wniosku, że to Putin ma rację,  że wszelkie działania Polski są umotywowane naszą chęcią szkodzenia im po prostu. Antypolscy szowiniści rosyjscy i antyrosyjscy szowiniści polscy nigdy tego nie uznają, ale te dwa narody są trochę podobne. Na przykład ulegają podobnej paranoi. I Polacy, i Rosjanie mają otóż silną skłonność do uważania, że świat spiskuje przeciw nim. W świadomości Polaków głęboko zakorzenione jest przekonanie, że ich państwo jest ością w gardle Kremla, że jak to ujęła rosyjsko-polska dziennikarka: „Putin codziennie rano co najmniej przez kwadrans zastanawia się, jak by tu dzisiaj zaszkodzić Polsce", i że Rosjanie myślą o Polsce z podobną częstotliwością i intensywnością jak Polacy o Rosji.

Co nie pasuje, tego nie ma

Rosyjska paranoja jest podobna, ale szersza. Wielu Polaków przekonanych jest o istnieniu antypolskiego spisku, którego zwornikiem jest Moskwa. Uważają jednak, że choć ów spisek nie ogranicza się do Rosji, to jest w zasadzie lokalny. Natomiast wielu Rosjan dostrzega antyrosyjską zmowę o rozmiarach wręcz planetarnych. Wprawdzie czołową rolę odgrywa w niej Ameryka, która chce zagrabić rosyjskie bogactwa naturalne i po prostu zapanować nad światem, ale oprócz USA Rosję atakują wszelkie siły zła. W celu niejasnym, ale głęboko ideologicznym. Wręcz mistycznym. No bo, co oczywiste, gdzieś w rosyjskiej przestrzeni kulturowo-ideowej znajduje się bliżej niesprecyzowany kamień filozoficzny, który światowe siły zła chcą nie tyle posiąść, ile zniszczyć... To, co działo się na ulicach Warszawy, stało się pożywką dla paranoi rosyjskiej, ale było efektem paranoi polskiej. Bo żadne fakty nie uzasadniały histerii, która opanowała Polaków na tle przemarszu kibiców. Histeria ta powodowała gremialną odmowę przyjmowania do wiadomości niepasujących do pożądanego obrazu świata elementów rzeczywistości. Na przykład w próżnię padała informacja, że warszawski przemarsz nie jest żadnym politycznie motywowanym antypolskim ewenementem, bo rosyjscy kibice naprawdę organizują podobne wydarzenia zawsze, kiedy tylko są w większej liczbie za granicą na jakiejś większej imprezie sportowej. A jeśli tak, to wszystkie rzekomo oczywiste interpretacje marszu jako „symbolicznej przemocy", mającej na celu upokorzenie Polski, stają pod znakiem zapytania, tracą na oczywistości. Raczej: stanęłyby i straciłyby, gdyby informacja, że marsz nie jest precedensem, zaczęła funkcjonować w obiegu informacyjnym. Ale nie zaczęła, bo jeśli nawet w ogniu dyskusji ktoś próbował to wypowiedzieć, informację tę po prostu bojkotowano. Publicyści i politycy wysłuchiwali jej i nie komentowali. Nawet nie zaprzeczali, po prostu zachowywali się tak, jakby tej informacji nie było. I dalej komentowali nieistniejącą rzeczywistość, w której przemarsz rosyjskich kibiców w Warszawie był wydarzeniem bezprecedensowym w skali światowej.

Te tysiące komandosów...

To, co się stało w Warszawie, było efektem polskiej paranoi, ale i kalkulacji. Bo w tych dniach polską paranoję potęgowano też cynicznie. Z niemal otwartą przyłbicą czyniła to część mediów, sympatyzująca z opozycją. Na ich łamach marsz przerastał nawet granice „symbolicznej przemocy". Redaktorzy niektórych portali robili wszystko, by przekonać czytelników, że Warszawę czeka niemal powtórka rzezi Pragi z 1794 roku. Że na ulice stolicy wyjdą tysiące rozmundurowanych rosyjskich komandosów, by naigrywać się z polskich świętości i katować każdego, kto ośmieli się na nich krzywo spojrzeć. A policja będzie im tylko salutować, no bo przecież mamy okupację, a formacje kolaboranckie zawsze salutują okupantom... Kilku publicystów snuło wyrafinowane analizy na temat ukrytego sensu wynajęcia Loży Prezydenckiej na Stadionie Narodowym oligarsze Abramowiczowi i domniemanego przyjazdu na mecz Władimira Putina. Dowiedzieliśmy się nie tylko tego, że wszystko to jest, jakżeby inaczej, misterną prowokacją Rosjan, mającą na celu upokorzenie Polaków (bo loża zwana prezydencką to przecież świętość narodowa...). Poznaliśmy też bardziej wystudiowaną koncepcję, w myśl której ewentualna obecność Putina w tym świętym miejscu miała być operacją na polskiej podświadomości. Chodziło o wprowadzenie do niej zakodowanej informacji, kto tu jest prawdziwym prezydentem... Cel tej kampanii był oczywisty: chodziło o wykorzystanie antyrosyjskich resentymentów (świeżo niestety ożywionych skandalicznym postępowaniem Kremla w sprawie smoleńskiego śledztwa) dla zwiększenia poparcia dla PiS. Podobnie postępowała druga strona. Szef „Newsweeka" Tomasz Lis miał zupełną rację, gdy atakowany w radiu TokFM za słynną okładkę swojego tygodnika ze Smudą jako Piłsudskim odgryzł się, mówiąc, że to „»Wyborcza« przez trzy tygodnie nakręcała atmosferę konfliktu polsko-rosyjskiego. Przez trzy tygodnie czytałem, czy będzie marsz, czy nie. Czy dojdzie do zamieszek pod Bristolem, czy nie". Strona „antypisowska" (rozumiem przez to tak większość mainstreamowych mediów, jak i rząd - pamiętajmy o podnoszącej atmosferę konfliktu wypowiedzi minister Muchy o pożądanym wyprowadzeniu sbornej z „Bristolu) wyraźnie grała na to, żeby poprzez rozdęcie konfliktu polsko-rosyjskiego znów zaostrzyć wojnę wewnątrzpolską. Wojnę, która jest dla Platformy jedynym właściwie uzasadnieniem dla sprawowania władzy. Na której to wojnie zawsze zyskuje. Dla jej rozżarzenia Platforma poświęci wszystko, łącznie z dowolnym interesem kraju. Obie strony są teraz w dobrym nastroju, gratulują sobie słusznych decyzji i cieszą z pierwszych sondaży wykonanych po Euro. Platforma zyskała, a PiS nie stracił, czyli utrwalił elektorat (utrwalanie elektoratu to rdzeń politycznej strategii tej partii). A więc i ci, i ci mają powody do zadowolenia. W odróżnieniu od wszystkich tych, dla których interes Polski jest ważniejszy od partyjnych wojenek. Oczywiste jest, że pogorszenie opinii o Polsce na świecie i popsucie relacji z narodem rosyjskim szkodzi temu interesowi. Ale mamy też zapowiedzi szkód bardziej wymiernych. W piątek 22 czerwca MSZ Rosji uczciło 71. rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej zażądaniem od Warszawy... „uregulowania problemów związanych z jak najszybszym powrotem do Rosji rosyjskich kibiców zatrzymanych w Polsce". Podobnie wypowiedział się rosyjski minister sportu. Innymi słowy  przez najbliższe dwa miesiące, bo na taką karę skazani zostali rosyjscy kibole, Kreml będzie eskalować napięcie. A niech tylko któremuś ze skazanych w polskim więzieniu nagle pogorszy się zdrowie... Moskwa będzie prowadzić z Polską wojnę nerwów, oczekując zapewne, że za jej przerwanie nasz kraj zapłaci ustępliwością na jakimś innym polu. I będzie próbował wykorzystywać tę sytuację do kuluarowego przedstawiania Polski jako kraju opętanego chorobliwą rusofobią. Przecież ci Polacy są nieracjonalni. Naprawdę uważacie, że tacy ludzie powinni mieć udział w kształtowaniu polityki wschodniej waszej Unii, waszego NATO? Przecież widzicie, że to niebezpieczne - będą słyszeć na koktailach zachodni dyplomaci. Krótko mówiąc, obie strony polskiej wojny siały z poświęceniem wiatr, a teraz wszyscy zaczynamy zbierać burzę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA