fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

Prokurator posłał mnie na śmierć

Maciej Lisowski walczy o sprawiedliwość w świdnickim sądzie
Materiały Polsat
Śledczy uznali, że sparaliżowany mężczyzna był hersztem gangu. Trzy miesiące spędził w areszcie
Sparaliżowany od 22 lat Marek Lisowski miał według wrocławskiego prokuratora przewozić do Polski narkotyki. Śledczemu wystarczyły zeznania gangsterów, którzy wcześniej od inwalidy wyłudzili pieniądze.
Zgodnie z zasadami prawa każdy jest niewinny, chyba że sąd prawomocnym wyrokiem uzna inaczej. W sprawie Marka Lisowskiego, którą zbadały „Rz" i Małgorzata Cecherz, dziennikarka programu „Państwo w państwie" telewizji Polsat, działania organów państwa polskiego mało mają wspólnego z praworządnością.
Marek Lisowski ma obywatelstwo niemieckie, choć urodził się w 1970 r. w Świdnicy. Tam uczył się i pracował jako kucharz w restauracji Piast. Mając 18 lat, uciekł do Niemiec. – Miałem dość komuny, chciałem żyć normalnie, zarabiać pieniądze i kiedyś otworzyć własną restaurację – mówi w rozmowie z „Rz".
Marzenia pokrzyżowała tragedia. W 1990 r. Lisowski uległ wypadkowi samochodowemu. Cudem przeżył, ale został więźniem we własnym ciele. Diagnoza lekarzy: całkowity paraliż czterokończynowy. Szansą na powrót do normalnego życia była realizacja marzeń z dzieciństwa – własny lokal. Jego rodzice w 2005 r. zaczęli w Świdnicy budować restaurację, którą miał poprowadzić.
Pewnego dnia Lisowskiego odwiedził kolega z dzieciństwa Krzysztof Panek. Pożyczył spore pieniądze. – Mówił, że potrzebuje na walkę z chorobą – tłumaczy Lisowski.
Jednak Panek pieniędzy nigdy nie oddał. Został zatrzymany przez policję w ramach głośnej sprawy tzw. gangu bokserów – odpowiedzialnych m. in. za dystrybucję narkotyków. Podobnie jak jego kolega Daniel Bronikowski poszedł na współpracę z wrocławską prokuraturą.
Obaj zyskali status świadka koronnego i zaczęli oskarżać znane sobie osoby. Oskarżyli też Lisowskiego. Na podstawie ich zeznań wrocławska prokuratura zarzuciła sparaliżowanemu mężczyźnie, że w latach 2000 – 2005 kierował zorganizowaną grupą przestępczą sprowadzającą narkotyki  i handlującą nimi oraz wprowadzał do obrotu fałszywe pieniądze.
W styczniu 2011 r. postępowanie w tej sprawie przejął prokurator Jarosław Dyko z wrocławskiej Prokuratury Apelacyjnej. – W tym czasie pozostawało zawieszone z powodu niemożności wykonania czynności procesowych z udziałem podejrzanego Marka Lisowskiego i trzech innych podejrzanych. Podejrzani ci nie przebywali w Polsce pod ustalonymi adresami, a Marek Lisowski zaprzestał przyjazdów do Polski, mimo że w latach 2000 – 2007 przekraczał granicę 190 razy – tłumaczy „Rz" prokurator Marek Ratajczyk, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu.
Jak wynika z materiałów Izby Karnej Wyższego Sądu Krajowego w Monachium, który wyraził zgodę na ekstradycję, polska prokuratura, choć znała niemiecki adres Lisowskiego, nie próbowała nawet wezwać go na przesłuchanie. W listopadzie 2011 r. po ekstradycji Lisowski mimo katastrofalnego stanu zdrowia został umieszczony na trzy miesiące w Zakładzie Karnym w Czarnym. Wrocławska apelacja przekonuje, że prokurator Dyka ustalił, iż ten zakład dysponuje odpowiednimi warunkami.
– W toku śledztwa nie uzyskano ekspertyzy wykluczającej osadzenie Marka Lisowskiego w zakładzie karnym w Polsce – przekonuje prokurator Ratajczyk. Zastrzega się, że opiera się na wyjaśnieniach prokuratora Dyki. Ale to nieprawda. Dziennikarze „Rz" i „Państwa w państwie" dotarli do notatki urzędowej sporządzonej przez chorążego Bartosza Orłowskiego z wrocławskiej delegatury ABW.
Już w piśmie z 30 stycznia 2009 r. funkcjonariusz ABW przytaczał opinię biegłego sądowego. „Stan zdrowia Marka Lisowskiego nie pozwala na umieszczenie go w żadnym zakładzie karnym na terenie kraju (...). W/w nie jest w stanie samodzielnie egzystować, wymaga ciągłej opieki w podstawowych czynnościach życiowych (...)" – napisał funkcjonariusz ABW.
W ZK w Czarnym Lisowski przebywał w warunkach zagrażających życiu. Nie zapewniono mu właściwej opieki lekarskiej. Personel nie potrafił zadbać o to, by chory mógł wykonywać podstawowe funkcje fizjologiczne. Dyka podczas przesłuchania ciężko chorego mężczyzny zapowiedział, że na wolność wyjdzie dopiero, gdy przyzna się do winy.
– Powiedział, że podpiszę się pod tym, co ma napisane na kartce, albo tu zgniję. On mnie tam wysłał na śmierć – mówi „Rz" Lisowski. Zakład opuścił po trzech miesiącach. W tym czasie prokurator przesłuchał go tylko raz.
– Nie było potrzeby więcej, takie przesłuchania stanowiłyby dodatkową dolegliwość – przekonuje prokurator Ratajczyk. Już po wyjściu z aresztu Lisowskiego zbadali niemieccy lekarze z Ingelstadt. Stwierdzili, że cierpiał na stan zapalny dróg moczowych, ma powiększoną wątrobę, poranione krocze, zwichnięte barki, uszkodzony stabilizator w barku. Proces Lisowskiego rozpoczął się już przed sądem okręgowym w Świdnicy. Ma się zakończyć jeszcze w maju.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA