fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Fajnopolacy

Rafał Ziemkiewicz
Fotorzepa, Waldemar Kompala Waldemar Kompala
Subotnik Ziemkiewicza
Nie ukrywam, że bardzo by mnie ucieszyła wiadomość o spadku sprzedaży  „Newsweeka Polska" po powierzeniu tego tytułu Tomaszowi Lisowi. Ale, jeśli to jakaś okoliczność łagodząca, moje oczekiwanie na cudze niepowodzenie nie ma nic wspólnego z osobistymi antypatiami, ani nawet z całkowitą niezgodą co do tzw. pryncypiów ideowych. Przyczyny są dwie.
Po pierwsze, chciałbym, a może raczej, szczerzej ? marzy mi się, aby się okazało, że sformułowana przez amerykańskiego magnata medialnego zasada „pogarda dla widza zawsze owocuje wzrostem oglądalności" w odniesieniu do polskiego czytelnika się nie sprawdza. Że medialne zbydlęcenie ? fałszowane wywiady, prymitywnie obelżywe fotomontaże na okładce, tabloidowe podkręcanie tytułów aż do chamstwa na miarę nazwania oddziały nowotworowego dziecięcego szpitala „obozem śmierci" ? po prostu się nie opłacają.
Czy taka satysfakcja będzie mi dana, czy też przeciwnie ? okaże się, że szmacąc renomowany zachodni tytuł i marnując dorobek ludzi, którzy na sukces jego polskiej edycji pracowali, Lis trafił w gusta prorządowej publiki?
Że trafnie odczytał i zaspokoił potrzeby ludzi, którym gorliwe popieranie szeroko rozumianego establishmentu III RP, i pogarda dla opozycji pozwala leczyć swoje kompleksy i znaleźć orientację w skomplikowanym, zapewne przerastającym ich świecie? Można wszak obawiać się, że za ewolucją „Newsweek Polska" w kierunku rynsztoka stoją przeprowadzone przez wydawcę badania, i zatrudniając takiego właśnie naczelnego, z taką „linią", „świstaki" z Ringer Axel Springer działają na pewniaka.
Co prawda, takie same badania i może nawet ci sami fachowcy nie dawały cienia szansy tygodnikowi „Uważam Rze", bo „przecież", po pierwsze, nikt w ogóle nie chce czytać publicystyki, trzeba iść w krótkie teksty i duże ilustracje, najlepiej obsesyjnie krążące wokół seksu ? a po drugie, szczególnie nie ma popytu na publicystykę „prawicową", bo prawicę popierają wyłącznie analfabeci i wsiowa ciemnota.
I to jest właśnie drugi powód, dla którego liczę na słabe efekty redaktorskiej działalności Lisa i ekipy, którą ciągnie za sobą. Jeśli kupowanie i czytanie tygodnika jest jakimś przejawem aktywności, mającej na celu utwierdzenie się w wybranej tożsamości ? to efekty te, bądź ich brak, powiedzą nam coś na temat górnych warstw naszego społeczeństwa. A mianowicie, na ile pewna modyfikacja promowanej przez rządowe media tożsamości, z jaką wystąpił Lis, jest dla Polaków atrakcyjna.
Bo „Newsweek Polska" w swym obecnym, propagandowo-tabloidowym wcieleniu, bardzo konkretnie definiuje swoją „grupę docelową", o którą zresztą walczy z innymi salonowymi mediami. Bardzo ciekawi mnie zresztą pytanie, na ile wpisany w te media portret odbiorcy wynika z odczytania i podporządkowania się rzeczywistej sytuacji ? a na ile z chęci jej kreowania? Inaczej mówiąc, czy media oddane Władzy podążają za czytelnikiem, czy też korzystając z posiadanej siły oddziaływania, i z faktu, iż ich zarobki nie zależą bezpośrednio od czytelników, ale od reklamodawców, kierujących się często bardziej złożonymi kryteriami niż tylko „koszt dotarcia", starają się tego czytelnika urobić, wytresować pod założony strychulec?
Długo by opisywać ten wpisany w prorządowe media target „młodych wykształconych". W znacznym stopniu (tu na razie zostawmy na boku tygodnik Lisa i przejdźmy do ogólnych prawidłowości) robota współczesnych propagandystów władzy przypomina tu pracę ich poprzedników sprzed półwiecza. Tak jak i wtedy, i tu widzę analogię, chodzi o zagospodarowanie awansu społecznego i uczynienie z niego twardego, trwałego zaplecza panującego porządku.
Punkt wyjścia jest bezdyskusyjny – skala exodusu ze wsi bądź małego miasteczka do miasta w III RP jest porównywalna tylko z pierwszymi dziesięcioleciami peerelu (dopiero ostatnio ten ruch wygasa na rzecz migracji młodzieży z prowincji bezpośrednio za granicę). Rzecz zrozumiała, że młodzi uciekinierzy z prowincji z jednej strony skłonni są odczuwać za swój awans wdzięczność wobec panującego porządku, z drugiej zaś pragną jak najszybciej upodobnić się elit, pomiędzy które, w swoim przekonaniu, weszli, zrzucić z siebie poprzednie, hańbiące wcielenie, zadokumentować to manifestacyjną pogardą dla własnych korzeni ? co czyni ich szczególnie łatwymi do ulepienia przez manipulatorów wedle założonego wzorca. Fakt, że dziś jest to wzorzec „europejskiej normalności", podparty powołaniem się na Zachód, wobec którego tradycyjnie żywił Polak kompleks niższości, czyni robotę treserów III RP znacznie łatwiejszą niż mieli ci z PRL.
Pamiętajmy jednak, że wtedy, w PRL, oswajanie awansu i wychowywanie „człowieka socjalistycznego" mimo początkowych sukcesów w pewnym momencie się załamało. Najpierw zbuntowała się grupa, na którą władza najbardziej liczyła, wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. A gwoździem do trumny systemu było wymówienie lojalności przez beneficjentów systemu ? nomenklaturową klasę panującą. Wyrżnięcie partyjnej listy krajowej w czerwcu 1989 w okręgach zamkniętych, tam, gdzie głosowali mundurowi i wybrańcy na dewizowych kontraktach, oznaczało, że „realny socjalizm" nie spełnia już aspiracji nawet swojego bezpośredniego zaplecza.
Masa rozmaitych ? by przywołać powszechnie znany film ? Birkutów najpierw się zachłysnęła nową, „ludową" tożsamością, ale z czasem ją odrzuciła, w większości powracając pod duchowe władanie Prymasa Wyszyńskiego, Papieża – Polaka i patriotycznej tradycji. Dysydenci, rekrutujący się z rozczarowanej PRL nowej elity, chcąc nawiązać kontakt z masami, musieli się z tym pogodzić i na pewien czas zawarli z Kościołem i polskim patriotyzmem taktyczny sojusz. Poczuli się na siłach sojusz ten wymówić dopiero w III RP, gdy na bazie Okrągłego Stołu ukształtowała się nowa elita ? w sposób podobny do tego, co sadownicy nazywają „szczepieniem". Trzon, siłę uderzeniową tej nowej elity stanowiła stara peerelowska „inteligencja pracująca", która znacznie bardziej od ludu oddaliła się tradycyjnej polskiej mentalności ? a ową uszlachetniającą ją gałązką grupa byłych opozycjonistów, którą nazwano „michnikowszczyzną" (choć, Bogiem a prawdą, nazwa „geremkowszczyzna" byłaby trafniejsza). Zamiast „Ojczyzny Proletariatu" ? „Zjednoczona Europa", zamiast socjalizmu – podatna na doraźną interpretację „europejskość". Ale postkolonialna zasada funkcjonowania tej elity, jako „elity przeciw narodowi" zamiast „elity narodu", pozostała. Pozostał też niezmieniony mechanizm, wedle którego dowartościowani przez przemawiające w imieniu tej elity media i autorytety „młodzi, wykształceni z dużych miast" mieli zapewnić III RP stabilność władzy, dokładnie ten sam.
Czy owi „młodzi wykształceni" powtórzą historię Birkuta, czy po dwukrotnym wyniesieniu do władzy Tuska odejdą od nuworyszowskiego oddania Rzeczpospolitej Magdalenkowej? Osobiście jestem przekonany, że tak. Wspomniany redaktor Lis i jemu podobni zapewne są przekonani, że nie, skoro robią to, co robią... Trudno zresztą ocenić, na ile właściwie mają świadomość tego, co robią, a na ile kierują się instynktem. Sami są przecież poruszani ? być może w stopniu przemożnym ? przez te same proste emocje, którymi warunkują swoich odbiorców: Michnik fajny, Kaczyński niefajny, nowoczesność ? dobrze, tradycja ? źle, postępowe autorytety ? tak, Kościół ? nie, i tak dalej.
Czytam w „Newsweeku" (a parę miesięcy temu, pamiętam, coś bliźniaczo podobnego czytałem we „Wprost") jak portretują się bohaterowie pozytywni narracji salonu. Można powiedzieć, że naczelny ukonkretnia piórem swych podwładnych ów konstrukt „fajnego" Polaka, dla którego robi pismo. Fajnopolacy portretowani, a może bardziej postulowani przez „Newsweek", oczywiście „patrzą w przyszłość", oczywiście „nie interesuje ich Smoleńsk", oczywiście czują lepsi, nowocześni, europejscy ? to wszystko nic nowego, to już znamy od czasów Kwaśniewskiego. Ale pojawia się też element, którego wcześniej nie było: wyraźna niechęć do wspólnoty. Fajnopolak Lisa „niczego nie oczekuje od państwa", „liczy sam na siebie", i wie, że jego sukces jest jego indywidualną sprawą.
Zwróćcie Państw na to uwagę. Model budowany przez michnikowszczyznę propagował aktywność w budowaniu III RP ? działajcie, zwalczajcie zacofanie, zakładajcie komitety i klubu „Krytyki Politycznej". Lis w redagowanych przez siebie tygodnikach występuje z korektą. Powiada ? jesteście fajni, to wszystko co niefajne miejcie w de.
Z punktu widzenia politycznej taktyki ta korekta bohatera pozytywnego oficjalnej narracji jest zrozumiała. Grillowanie i nadzieja, że dzięki „europejskości" będzie coraz fajniej skończyło się. Dzisiaj jedyna szansą trwania obecnej władzy jest już tylko obniżanie oczekiwań Polaka oraz jego atomizacja. Tylko wtedy zaakceptuje on dziadowskie państwo Tuska i jego trampkarzy, gdy niczego od państwa nie będzie oczekiwał, i tylko wtedy będzie się godził na tak marne rządy, jeśli odetnie się go od jakiejkolwiek wspólnoty, zarówno symbolicznej, jak i realnej. Dlatego już nie oczekuje się od niego zaangażowania, ale by zachwycał się mądrościami w stylu „bardziej kocham psy niż Ojczyznę" i „rząd niech mi się tylko nie wtrąca, sam se radzę". Tu mamy afirmujące potwierdzenie tej atomizacji społecznej, o której ? tłumacząc, jakim cudem coś takiego jak Tusk mogło w ogóle nas spotkać ? mówili w niedawnych wywiadach dla „Uważam Rze" profesor Staniszkis i profesor Zybertowicz.
Taka zmiana oczekiwań wobec „młodych wykształconych" to już (ciekawe, czy Lisa albo Machała zdają sobie z tego sprawę?) oznaka zaawansowanej  zgnilizny systemu. Bredzić o tym, że „niczego od państwa nie oczekuje" i powtarzać egoistyczne formułki może tylko ktoś, kto się jeszcze nie zderzył z poważnym życiem. Wystarczy paść ofiarą przestępstwa, albo zachorować, albo popaść w inne problemy, żeby zrozumieć, że i państwo dla obywatela, i wspólnota kulturowa jest obywatelowi potrzebna.
Dlaczego w narracji szeroko pojętych elit wzorzec Kuronia, zaangażowanego zwolennika zmian, zastąpiony zostaje wzorcem Wojewódzkiego ? dobrze ustawionego i świetnie się bawiącego cynika? Bo zaangażowanie przeważnie prowadzi do uświadomienia sobie, że takim państwem i wspólnotą, które mogą zapewnić i ochronić życiowy sukces, są dla Polaka państwo polskie i polska wspólnota narodowa. A z tego rodzi się ? a fuj, exorciso te! ? patriotyzm.
Mój Boże, zdarłem gardło, opowiadając po Polsce o Żeromskim, Dmowskim i Balińskim, którzy w swoich czasach obserwowali ze zgrozą wynaradawianie się zmieniańskich dworków i zdziczenie włościan. „Wielu twierdzi dziś, że Polak nowoczesny winien być Polakiem jak najmniej. Jedni sądzą, że w naszym wieku praktycznym myśleć trzeba o sobie, nie o Ojczyźnie, u innych zaś ta Ojczyzna ustępuje miejsca ? ludzkości"; przecież te słowa, którym drugi ze wspomnianych otworzył swą najsławniejszą książkę, brzmią jak napisane dzisiaj, może tylko dzisiaj zamiast „ludzkości" napisałby Dmowski „Europie". Nie pamiętam, ile razy już gadałem i pisałem o tym, jaką odpowiedź znaleźli oni na tę wielką smutę po wypaleniu się wraz z Powstaniem Styczniowym polskich nadziei „wybicia się na niepodległość", w ten czy inny sposób realizując zadanie, określone przez Balińskiego „polityzowaniem mas". (Kto ma chęć i czas, wisi na jutubie mój wykład z KUL, pod tytułem „Myśli Nowoczesnego Endeka"; zapraszam).
Dziesięć lat temu użyłem określenia „polactwo", by opisać ten stan zatraty poczucia dobra wspólnego, rozbicia, zaniku więzi, który sprawia, że można miliony Polaków, każdego z osobna, dymać, z przeproszeniem, w nieskończoność. Nie ulegało dla mnie nigdy wątpliwości, że zjawisko to jest złe. Przeciwnikom ? a w tej sprawie może wręcz trzeba użyć słowa „wrogom´? jawi się to, rzecz zrozumiała, wręcz przeciwnie. Właśnie o to chodzi, by Polacy byli każdy sobie i dla siebie, każdy z osobna, bo gdyby się zebrali razem, gdyby poczuli się wspólnotą, zachłysnęli się duchem solidarności ? to obecna władza i służące jej elity nie przetrwałyby własnego przerażonego oddechu.
Ten „fajnopolak" od Lisa to nic nowego. To nowe wcielenie tych strasznych, ciemnych, pazernych chłopów z Żeromskiego. Brak tylko inteligentów takich, jakich Żeromski wychowywał, i na jakich oparła się Narodowa Demokracja ? patrzących na tych ludzi bez wyższości, bez romantycznej pogardy, która jest tą drugą, ciemną stroną tradycji insurekcyjnej, jak na ludzi, z których będą jeszcze dobrzy obywatele. Trzeba tylko włożyć w nich trochę pracy, i pozwolić działać czasowi i naturalnym mechanizmom.
Treserzy III RP mają, na nasze szczęście, ten sam problem, co ich poprzednicy z PRL. Wzorzec, który ma imponować tresowanym, na dłuższą metę nie działa. III RP jest cywilizacyjną klęską, a obietnica modernizacji, trwałego awansu, jaką uwiodła „młodych wykształconych" ? zwykłym oszustwem. A „obniżania oczekiwań" i atomizacji poddanych próbowano i wtedy ? na dłuższą metę to nie wystarcza. Na dłuższa metę ludzie potrzebują wspólnoty o nieco szerszej podstawie, niż wspólnota rechotania ze Smoleńska i „pisowców". Zwłaszcza, że ochota do rechotania nieuchronnie słabnie w miarę, jak zaczyna się burczenie w brzuchu.
Nie ukrywam, że bardzo bym chciał, aby się okazało, że wiara redaktora Lisa i jemu podobnych w liczne masy „fajnopolaków", którzy podtrzymywać będą w nieskończoność obecną władzę i pasożytnicze elity III RP, już teraz jest bezpodstawna. Sprzedaż poszczególnych tytułów prasowych jest tu jakąś wskazówką. Cóż, zobaczymy.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA