fbTrack

Publicystyka

Wuje-muje i Złote Węże - Subotnik Ziemkiewicza

Rafał Ziemkiewicz
Fotorzepa, Waldemar Kompala Waldemar Kompala
Subotnik Ziemkiewicza
Za każdym razem siadam do felietonu z mocnym postanowieniem, że tym razem powstrzymam się od pisania o Nich. Że poświęcę tę chwilę i tych parę tysięcy znaków czemuś fajniejszemu. Literaturze, zwłaszcza fantastyce, cywilizacji. Albo ? a tak! ? rozrywce. Od paru tygodni na przykład noszę się z zamiarem objawienia światu, co sądzę o filmowych „antynagrodach" Złotych Węży, czyli polskiej podróbce amerykańskich Złotych Malin (jak to wszystkie polskie podróbki zachodnich „formatów" ? chcieli jak najfajniej, a wyszło...), Jeżom, lecąc sławną piosenką Kelusa. Ale ? „wariackie papiery i obsesja czysta" ? Oni nie dają mi napisać o czymkolwiek innym. Żeby choć jednego dnia nie zrobili czegoś głupiego albo nikczemnego, wstrzeliłbym się w ten jeden dzień z jakąś lżejszą, ożywczo odmienną tematyką. Tylko że nie ma takiego nie dnia.
Więc zamiast o Złotych Wężach, muszę odnotować najnowszy pomysł pijarowców premiera Tuska. Owoż premier przed długim majowym weekendem ogłosił poddanym radosną nowinę: autostrady będą tańsze! No, nie wszystkie oczywiście, tylko kilka odcinków. Tam, gdzie taka decyzja zależy od rządu. A tam, gdzie zależy od „koncesjonariuszy", rząd będzie na nich „naciskał", aby też obniżyli opłaty, choć z góry, niestety, wiadomo, że nie obniżą. Łaskawe panisko! Opłaty obniżył... O jednym tylko nie wspomniał ? że mu to nakazała zrobić Unia Europejska, pod groźbą kary zwrotu pobranej przez III RP na te autostrady subwencji.
Na co to-to liczy? Że Polacy tak głupi, że się o prawdziwych przyczynach tej pierwszomajowej łaski pańskiej nie dowiedzą? Że tak się bezmyślnie zachłysną wdzięcznością za obniżkę opłat na kilku szczęśliwie ukończonych odcinkach, że nie zauważą odcinków, mimo gigantycznej mobilizacji i kosztów, nie ukończonych, że ominą wzrokiem pęknięcia, blokujących budowy podwykonawców, którym „koncesjonariusze" nie zapłacili za wykonane roboty i cały ten szajs? Może się przeliczy. A może to tylko moje chciejstwo. Tak nawiasem, w tegorocznym budżecie pan minister Rostowski zapisał wpływ 1,2 miliarda (słownie:  tysiąc dwieście milionów) złotych z fotoradarów. Już się nie chce przypominać, jak to się pan premier pogardliwie wyrażał kiedyś o rywalu, co to zamiast budować drogi stawia fotoradary, ale warto przypomnieć, że pierwszym kwartale, jak podała prasa, wpływy z tego foto-haraczu wyniosły 7 milionów (słownie siedem milionów), co nie zwraca nawet kosztów, jakie rząd PO-PSL włożył w rozbudowę orwellowskiego systemu ich ściągania. Okazuje się, że wszystkie fotoradary na nic, bo cała Polska zamiast jechać i przekraczać prędkość stoi w korkach. A może tak stanie w korkach obłożyć mandatami? Kto autostradą lub drogą szybkiego ruchu, spełniającą warunki „przejezdności" określone specustawą, posuwa się z prędkością niższą od dozwolonej, podlega karze... Ho ho, to by zapewniło dziurawej państwowej kasie spływ gotówki znacznie większy, niż 1,2 miliarda. Praktycznie nieograniczony. I to na długie lata, bo przecież każdy wie, że jak się tych autostrad rządowi i „gdace" nie udało oddać na Euro, to potem już ich nie dokończą tym bardziej. A pan minister Rostowski, mówiąc nawiasem, zażądał od Balcerowicza, żeby zdjął ludziom z widoku licznik długu publicznego, bo „zagrożenie już minęło". Nie chce mi się już nawet podejmować polemiki z tym przekonaniem, że niby dlaczego minęło ? bo według Eurostatu, który olewa jego „kreatywną księgowość", wynosi już ponad 56 proc. PKB (a więc tak naprawdę jesteśmy już poza drugim progiem oszczędnościowym) i stale rośnie. Ale zwróćcie Państwo uwagę ? trzy lata nas zapewniał, bożył się, omalże jak Wałęsa przysięgał na Matkę Boską, że żadnego zagrożenia nie ma. A teraz radośnie oznajmia, że już minęło. Jak takim nie wierzyć? Jak ich nie szanować? Skoro przy fachowcach, to jak mam spokojnie pisać o Złotych Wężach, kiedy salon znalazł sobie nowego autoryteta od Smoleńska? Już nie pana Hypkiego, który redaguje pismo o lotnictwie, więc z grubsza wie przynajmniej co to samolot, ale niejakiego Krzysztofa Łozińskiego. Tenże pan Łoziński, którego pamiętam mgliście z czasów gdy bez większych sukcesów próbował kariery dziennikarza od wszystkiego, ogłasza, że profesor Binienda „plecie bzdury", a jego obliczenia nie są nic warte. I w ogóle nie jest żadnym tam ekspertem ani autorytetem. Dowodem fakt, że ? twierdzi pan Łoziński ? na stronie internetowej NASA nie znalazł on żadnych jego publikacji. Otóż na stronie NASA jest 58 prac profesora Biniendy, co natychmiast opublikowali, z kompletem linków, prawicowi blogerzy. Do demaskowania nieuctwa i „bzdur" eksperta NASA, na dodatek, jak na złość naszym salonom, właśnie uhonorowanego prestiżową nagrodą Amerykańskiego Stowarzyszenia Inżynierów ASCE, bierze się facet, który nie umie nawet obsłużyć przeglądarki internetowej. Jego kompetencje są takie, że przedstawia się jako „pasjonat lotnictwa", i że kiedyś ścinał brzozę ? a właściwie nie wynika z rozmowy, że sam to robił, może tylko rozmawiał z kimś, kto brzozę rąbał ? i „każdy wie, jakie to twarde drzewo". I takie oto mądrości komentatorzy i publicyści salonu oraz gwiazdy dziennikarstwa III RP ogłaszają „rozbiciem w puch pisowskich kłamstw o rzekomym zamachu", z tą samą groteskową butą, z jaką Janina Paradowska ogłasza, że „twarde i celne słowa premiera wywołały popłoch w szeregach PiS". Oczywiście, mogliby przecież znaleźć innego profesora, choćby nie tak utytułowanego, który by ? odpowiadając za to swoim nazwiskiem ? zweryfikował obliczenia profesora Biniendy (których jedyną podstawą, przypomnijmy, są dane podane w oficjalnym raporcie) i pokazał, gdzie i jaki popełnił on błąd. Mogli by, oczywiście, przecież całe elity intelektualne są u nich i z nimi. Ale z jakiegoś powodu wyciągają tylko takiego wuja-muja, „pasjonata lotnictwa", i nadrabiają pewnością siebie, bluzgami i agresją wobec tych, którzy ośmielają się kwestionować ustalenia pp. Anodiny i Millera. Którzy, nota bene, niczego nie przeliczali, ani nawet, co ostatnio przyznano, w ogóle nie badali tej nieszczęsnej brzozy. Bo po co, skoro wszystko było z góry było wiadomo. I jak nie szanować takich „elit opiniotwórczych"? I jak o tym nie pisać? A jak się już o tym pisze, to jak nagle, u licha, przejść do tych nieszczęsnych Złotych Węży, z którymi noszę się od tak dawna, że temat stracił już aktualność? Przejdę ? krótko ? wyjaśniając, dlaczego w ogóle się na ten temat wypowiadam. Otóż dlatego, iż rzecz jest charakterystyczna i jako przykład toczącej wspomniane elity choroby wydaje się ciekawa także dla ludzi, którzy się filmem nie zajmują i do kina nie chodzą, a „szczególnie nie chodzą na filmy polskie". Pomysł ? jak powiedziałem, amerykański: napiętnować filmową chałę, zwłaszcza tę wpychaną niekumatej widowni nachalną i kosztowną reklamą. Wykonanie ? polskie: załatwić swoje prywatne zawiści, nienawiści i niechęci. Zestawienie na jednym poziomie utrzymanej w najgorszym guście, prymitywnej komedyjki „Wyjazd integracyjny" z „Bitwą Warszawską" to żenada, która kompromituje i samą ideę antynagrody, i gremium, które ją przyznaje. Zapewne, „Bitwa" nie jest filmem do końca udanym ? właściwie wszystko jest w nim znakomite, bardzo dobre albo przynajmniej dobre, poza rzeczą najważniejszą: scenariuszem. Niestety, od początku wiadomo, jak się akcja potoczy i dokąd zaprowadzi ? zero napięcia. Ale to przecież w ogóle inna klasa, inna liga, co jest oczywiste dla każdego widza. Domyślam się jednak, że „dziennikarzy filmowi", którzy stoją za inicjatywą filmowych antynagród, nie polubili „Bitwy" przede wszystkim za temat, i w ogóle za całokształt: patriotyczny patos, postać księdza Skorupki, i że w ogóle, wiecie ? Ojczyzna i inne takie sprawy, które na część „młodych wykształconych z dużych miast" działają jak kropidło egzorcysty na opętanego. Domyślam się też, że nie lubią Nataszy Urbańskiej, bo z jakichś przyczyn nikt jej nie lubi (taki szczególny rodzaj celebryctwa). Ale starając się zbyt gorliwie utytłać nielubiany film i grającą w nim aktorkę w „Wyjeździe integracyjnym", powiedzieli coś nie o filmach, tylko o sobie. A mianowicie, że są takimi samymi ? że powtórzę to modne w moich latach młodzieńczych określenie ? małymi wujami-mujami, jak inne nasze „elity", i te opiniotwórcze, i te rządzące. Tylko mniej, jak dotąd, fartownymi w dopychaniu się do znaczenia. Kropka, tyle na dziś.
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL