fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Katastrofa wpisana w politykę

Łukasz Warzecha
Fotorzepa, Marek Obremski Marek Obremski
Można wątpić w oficjalne śledztwo smoleńskie, a nawet uważać, że Tusk zasłużył na Trybunał Stanu, a zarazem nie wielbić PiS i jego prezesa – uważa publicysta
Po 10 kwietnia Robert Mazurek wyznał, że nie pójdzie więcej w ten dzień na Krakowskie Przedmieście. Mazurek napisał, że nie jest w stanie zaakceptować stylu, w jakim PiS zorganizowało obchody drugiej rocznicy katastrofy.
Dalej było standardowo. Wielbiciele PiS przypuścili atak w Sieci, stwierdzając, że od dawna wiedzieli, iż Mazurek to taki trochę nie bardzo. Gdy publicystę zaczął chwalić Tomasz Machała, a następnie gdy zacytowała go – niewątpliwie z satysfakcją i w tonie aprobującym – „Gazeta Wyborcza" – uzyskano koronny dowód zdrady. Niektórzy pisali o „piszczeniu w przedpokoju salonu" – piszczeniu, dodajmy, nareszcie wysłuchanym. Rafał Ziemkiewicz zwrócił się bezpośrednio do redakcyjnego kolegi: „W miejscu pamięci symboliczne szubienice dla zdrajców nie są stosowne. W miejscu, gdzie walczy się o prawdę i ukaranie winnych wielkiej podłości – jak najbardziej. Widać inaczej już rozumiemy sens pewnych publicznych wystąpień".

Potrzask automatyzmu

W tej sprawie ujawnił się daleko posunięty automatyzm. W obu obozach każde odchylenie od normy jest traktowane natychmiast jak ostateczna zdrada. Automatyzm smoleński wynika oczywiście nie z przemyślenia sprawy, ale ze stosunku – na ogół nie wynikającego także z jakichkolwiek głębszych refleksji – do PiS, a zwłaszcza do Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli nie lubi się Kaczyńskiego (tak właśnie: nie lubi, bo na tym krytyczna refleksja wielu jego przeciwników się kończy), to trzeba: zachwycać się raportem Anodiny, uznawać Tomasza Hypkiego za wybitnego fachowca, odsyłać Antoniego Macierewicza do domu wariatów, naśmiewać się z hipotez o zamachu, uznawać, że Ewa Kopacz nie kłamała, twierdzić, że nie ma znaczenia ani to, czy generał Błasik był w kokpicie czy nie, ani to, czy Rosjanie przeprowadzili uczciwie sekcje zwłok – i tak dalej. Automatyzm działa nawet wbrew absolutnie pewnym i oczywistym faktom. Każde odstępstwo od tej linii skutkuje piętnem „pisiora" lub przynajmniej obawą, że takie piętno się dostanie.
W drugim obozie jest trochę podobnie, ale symetrii tu jednak nie ma i pisanie o niej byłoby niesprawiedliwe. Po pierwsze dlatego, że ten pierwszy obóz wspiera ludzi władzy, a to oni odpowiadają za oficjalne śledztwo. Po drugie – ponieważ sprzeciw wobec narracji oficjalnej bierze się z wątpliwości, a te nie prowadzą do jednej zatwierdzonej wersji. Jest oczywiście grupa ludzi, którzy są absolutnie przekonani, że doszło do zamachu, ale jeśli wysłuchać uczciwie tego, co mówią Jarosław Kaczyński czy Antoni Macierewicz – oni do tego grona nie należą. Choć o tym wariancie mówią faktycznie często, tyle że z zastrzeżeniami. Generalnie rzecz biorąc – przekonanie o tym, że oficjalne śledztwo nie daje żadnych odpowiedzi, a władza nie stara się wcale tego zmienić, nie oznacza automatycznie, że jest się zwolennikiem teorii zamachu. Tu nie ma jednorodności.

Walka o prawdę

Problem, na który wskazał Robert Mazurek, pozornie nie jest skomplikowany. Jeśli wczytać się rzetelnie w jego tekst, nie wynika z niego – jak sugerowali niektórzy oponenci – że należy sprawę Smoleńska odpolitycznić. Chodzi jedynie o to, że akurat 10 kwietnia, w miejscu, gdzie dwa lata wcześniej zbierali się ludzie o różnych politycznych sympatiach, nie powinno się organizować regularnego politycznego wiecu.
Faktycznie, wieczorne spotkanie przed Pałacem Prezydenckim było polityczne w sensie bardzo bieżącym i doraźnym. Wszak prezes PiS komentował aspekty polityki PO, nie związane z wyjaśnianiem katastrofy. Ale tu dochodzimy do paradoksu, na który nie wprost zwrócił uwagę Mazurek. Przede wszystkim pamiętajmy, że Jarosław Kaczyński jest politykiem. Czy można mieć do polityka pretensję, że organizuje polityczny wiec? Chyba nie. Tyle że polityk powinien sobie zdawać sprawę z konsekwencji takiego działania. Jeżeli akurat w rocznicę katastrofy, w czasie zgromadzenia, poświęconego teoretycznie jej ofiarom, przeprowadza frontalny atak na rządzących, nie ograniczając go do sprawy Smoleńska, powinien się liczyć z odpowiedzią.
Tyle że wezwania do odpolitycznienia sprawy katastrofy, których mnóstwo pojawiło się zaraz po 10 kwietnia 2010 roku, są obłudne. Ta katastrofa jest wpisana w politykę. O okolicznościach lotu zdecydowali politycy, politycy podejmowali polityczne decyzje, dotyczące sposobu prowadzenia śledztwa. Politycy ponoszą za to odpowiedzialność. I to nie jacyś niesprecyzowani politycy, ale bardzo konkretni – politycy Platformy, znani z nazwiska. W tym sam Donald Tusk.
Faktycznie, można by darować sobie tę bieżącą, szeroką politykę akurat 10 kwietnia. Ale – mogliby powiedzieć obrońcy wiecu PiS – to także część walki o prawdę. Przecież doskonale wiemy, że póki będzie trwał ten rząd, państwo polskie tej walki nie będzie w stanie prowadzić. Aby zatem do prawdy dążyć, trzeba atakować Platformę. Także 10 kwietnia. A może zwłaszcza 10 kwietnia. I, przyznajmy, nie jest to argument bezsensowny.
Tyle że dobrze byłoby dostrzec szerszy kontekst. Ten zaś jest taki, że tak jak rozszczelnia się teflonowa powłoka, za którą do niedawna ukrywał się Donald Tusk, tak samo rozszczelnia się dotychczasowa oficjalna wersja Smoleńska. Jeden z sondaży pokazał, że tylko 16 proc. badanych uważa katastrofę za wyjaśnioną. Przeciwnego zdania było w sumie ponad 60 proc. badanych (z różnych powodów). Mamy zatem całkiem sporą grupę Polaków – na pewno znacznie większą niż żelazny elektorat PiS – która gotowa jest wątpić w rządową bajkę. To bardzo ważny sygnał.

Partyjna impreza

Jeszcze w 2010 roku napisałem w „Rzeczpospolitej", że sprawy Smoleńska nie wolno odpolityczniać, bo to absolutnie niemożliwe, ale warto ją odpartyjnić. Aby sprawić, że ci, którzy nie czują się wielbicielami PiS i może nawet nie trawią Jarosława Kaczyńskiego, wyrwali się z potrzasku opisanego wcześniej automatyzmu i pojęli, że wyjaśnienie katastrofy nie jest kwestią partyjnych sympatii, ale szacunku dla wszystkich ofiar i dla własnego państwa. Taki sposób myślenia – nie partyjny, ale wciąż mocno polityczny – jest możliwy, ale wymagałby od obu stron – Prawa i Sprawiedliwości oraz jego zwolenników oraz od coraz bardziej wątpiących – pewnego myślowego ustępstwa. Wątpiący musieliby zrozumieć, że za śledztwo odpowiadają konkretni politycy, a zatem wnioski z refleksji nad jego stanem muszą być polityczne, a nawet partyjne. Musiałoby do nich dotrzeć, że Donald Tusk jest odpowiedzialny za tę sytuację, zaś pozostawanie Platformy przy władzy oznacza blokowanie wyjaśnienia katastrofy. Musieliby jednak również zrozumieć, że uznanie tych faktów nie oznacza, że automatycznie zaczęli wspierać PiS. Innymi słowy – można wątpić w oficjalne śledztwo, a nawet uważać, że Tusk zasłużył na Trybunał Stanu, a zarazem nie wielbić PiS i jego prezesa.
Wspomniany sondaż pokazuje, że dwie grupy – wątpiący oraz sympatycy PiS – choć w części się pokrywają, absolutnie nie są tożsame. I z tego właśnie wnioski powinien wyciągnąć sam PiS. Jeśli przyjąć, że stworzenie obywatelskiej presji na rzecz rzetelnego wyjaśnienia katastrofy jest celem nadrzędnym wobec partyjnych interesów, może jednak warto poświęcić rocznicowy wieczór na bardziej stonowane przemówienia? Może warto uspokoić zbyt rozbuchane emocje? Może warto zaprosić pod pałac wszystkich – także tych, którzy z PiS nie sympatyzują – i nie odstraszać ich zbyt wojowniczymi przemówieniami? Może warto zapłacić tę niewielką cenę za zdobycie dla sprawy nowych zwolenników? W tym roku to się na pewno nie udało. Jeżeli wątpiący przyszli na Krakowskie Przedmieście, to musieli mieć poczucie, że znaleźli się w środku obcej im, partyjnej imprezy.

Narodowy problem

Można oczywiście uznać, że osoby prawdziwie niezależnej to nie powinno obejść. Jeżeli uznaje się wyjaśnienie katastrofy za kwestię bardzo istotną, to idzie się oddać hołd, obojętnie czyja impreza akurat trwa obok miejsca, gdzie postawi się znicz. Tyle że na taką myślową i emocjonalną niezależność stać niewielu. Większość, jako się rzekło, ulega automatyzmowi reakcji i warto to uwzględniać.
Politycy PiS mówią: nie zabraniamy przecież nikomu włączyć się w uroczystości lub domagać się rzetelnego śledztwa równie intensywnie jak my. Nieszczęście polega na tym, że w tej sprawie – i ludzie PiS świetnie to rozumieją – zapadło niewypowiedziane porozumienie. Pozostałe ugrupowania uznały, że Smoleńsk „należy" do PiS i nie dostrzegają żadnego interesu w tym, żeby na to poletko wchodzić. PiS z kolei nie widzi interesu w tym, żeby kogokolwiek na nie wpuszczać. Bo w obecnym układzie mamy do czynienia z naczyniami połączonymi: zależy ci na wyjaśnieniu Smoleńska, to poprzyj nas. Tylko my do tego dążymy.
Czy to może się zmienić? Wątpliwe. W grę wchodzą partyjne interesy, emocje, mocne lojalności i powtarzane przez media dzień w dzień klisze. Coś jednak zaczyna się łamać. Żal byłoby nie spróbować wykorzystać takiej okazji, jeżeli zgadzamy się, że katastrofa z 10 kwietnia jest naszym narodowym problemem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA