fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Dewaluacja zbrodni

Piotr Skwieciński
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Nie przepraszajmy się nawzajem za działania, które w danej epoce były uznawane za normalne - apeluje publicysta „Rzeczpospolitej"
Wszechobecną i coraz bardziej rozpowszechniającą się manierę przepraszania zapoczątkowało rozliczanie się Niemców z Holokaustem. Ten fakt zamyka usta krytykom, bo „argument z Holokaustu" najczęściej w ogóle zamyka usta. W tej sprawie jednak niesłusznie. Niemieckiej ekspiacji za Holokaust nie da się bowiem porównać z żadnymi innymi wzorowanymi na niej i coraz bardziej groteskowymi.

Ekspiacja za Holokaust była – wtedy – dla wszystkich, w tym tej części Niemców, która naprawdę zerwała z nazistowskim dziedzictwem i naprawdę odczuwała wyrzuty sumienia – aktem oczywistym, potrzebnym i słusznym. Słusznym – bo Holokaust był zbrodnią do tej pory z wszystkich możliwych względów niespotykaną. Ale także i dlatego, że niemieckie prośby o wybaczenie miały miejsce wtedy, gdy żyło – i miało się dobrze – pokolenie, które w Holokauście uczestniczyło. A ówczesne młode pokolenie żyło jeszcze w cieniu wojny. Sprawcy zbrodni to byli ich rodzice. Nikt oczywiście nie odpowiada za postępki rodziców, ale z drugiej strony poczucie jakiegoś rodzaju moralnej odpowiedzialności, a przynajmniej pewnego dyskomfortu ze względu na zło wyrządzone przez ojca jest wśród choćby tylko przeciętnie wrażliwych ludzi dość powszechne. To nielogiczne, ale ludzkie.

Jest jednak tak samo ludzkie, a zarazem bardziej logiczne, że już na poziomie dziadka takie uczucia słabną, a na poziomie pradziadka zanikają. Dlatego jeśli jakieś pokolenie czuje się zobowiązane do aktów ekspiacyjnych za zbrodnie rodziców, to jest to w pewien sposób naturalne. Natomiast jeśli akty tego rodzaju dokonywane są 50 lat i więcej po faktach, za które się przeprasza, to jest w tym coś chorego. Coś, co pachnie nie wrażliwością, tylko doktrynerstwem. I tylko modą wypływającą z doktrynerstwa można wytłumaczyć tę niemającą końca falę przepraszania wszystkich przez wszystkich. I za wszystko. Amerykanie przepraszają Indian, Australijczycy – Aborygenów.

Niedawno pytałem w „Rzeczpospolitej", kiedy doczekamy się chwili, kiedy rząd Republiki Włoskiej przeprosi naród Izraela za zburzenie przez Rzymian Świątyni Jerozolimskiej. To wcale nie tak trudno sobie wyobrazić. Bo przypomnijmy np., że w 2005 roku Szwecja przeprosiła Polskę za... XVII-wieczny potop. Czekam na serię przeproszeń francusko-niemieckich za parokrotne odbieranie sobie nawzajem Alzacji i Lotaryngii. Na gruncie wewnątrzpolskim (bo mamy przecież też nurt przeprosin wewnętrznych) oczekuję na inicjatywę, aby Polacy pochodzenia szlacheckiego przeprosili Polaków pochodzenia chłopskiego za stulecia pańszczyźnianej niewoli. A ci drudzy tych pierwszych – za rabację galicyjską i za wydawanie Kozakom powstańców styczniowych. Ech, już oczyma duszy widzę te pokutne procesje całych podkieleckich wsi...

Glajszachtowanie pamięci

Dość tej groteski. Wcale nie oczekuję, że obecny rząd Austrii (a nawet Niemiec i Rosji) przeprosi Polskę za rozbiory. A gdyby coś takiego nastąpiło, to nie cieszyłbym się, tylko uznał taki akt za dziwactwo. Irytujące, ale też groźne. Na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, dlatego że jest ono przejawem dążenia do glajszachtowania pamięci, co jest sprzeczne z jakkolwiek rozumianą filozofią pluralizmu. Podstawową zasadą pluralizmu jest bowiem założenie, że jesteśmy różni i, co więcej – że w tej różnorodności leży bogactwo gatunku ludzkiego. A jedną z cech, które różnią między sobą i poszczególnych ludzi, i narody, jest różna pamięć o przeszłości, różne jej postrzeganie i różne jej wizje.
Demokratyczna dojrzałość polega na tym, żeby w imię przyszłości potrafić z sobą współpracować, mimo tego różnego postrzegania, a nie na skutek zglajszachtowania pamięci. Przyjęcie założenia przeciwnego jest groźne dla demokracji. Bo teraźniejszość i przyszłość wynikają z przeszłości. I za tendencją do ujednolicania tej drugiej kryje się pokusa – jeśli nie tendencja – do zglajszachtowania tych pierwszych. Tego rodzaju pokusy miewa wielu ludzi zaangażowanych ideowo po różnych stronach. Ale za manią przepraszania kryje się konkretny projekt (pod tym pojęciem nie rozumiem tu operacji kierowanej z jednego centrum, tylko ogólnoświatową aktywność motywowaną wspólnym ideowym założeniem i braniem przykładu z siebie wzajemnie, co powoduje efekt narastającej fali).
Jest to projekt światowej kulturowej lewicy, a jego skutkiem i celem jest wprowadzenie całej ludzkości, czy przynajmniej tej jej części, do której ta lewica ma dostęp (obszar ten pokrywa się mniej więcej ze światem białego człowieka), we wszechogarniające poczucie winy. Chodzi o wytworzenie przekonania, że cała przeszłość była ciągiem zbrodni, a zatem na zbrodniach ufundowana jest teraźniejszość, ufundowana jest kultura białego człowieka.

Ten straszny Żeligowski

Ukierunkowanych na osiągnięcie tego celu działań kulturowej lewicy jest zresztą wiele. Tytułem anegdoty można przypomnieć, że przez Niemcy przechodzi obecnie fala... rehabilitowania czarownic spalonych w XVI czy XVII wieku. Z inicjatywy lewicowych frakcji zajmują się tym, całkiem poważnie, rady miejskie i zdaje się nawet landtagi. Jest to oczywiście groteska, ale zamierzony polityczno-wychowawczy sens tej groteski jest dokładnie taki jak obsesji przepraszania. Chodzi o to, by „ufundowaną na zbrodni" kulturę „zdekonstruować" i stworzyć od podstaw nową. Oczywiście – lepszą...
Na łamach "Rz" skrytykowałem litewskiego publicystę, który otwarcie związał brak zgody na zapisywanie przez wileńskich Polaków swoich nazwisk zgodnie z polską ortografią z odmową Warszawy... przeproszenia za zajęcie Wilna przez Żeligowskiego w 1920 r. („Ze słabym nikt się nie liczy", 24.03.2012). Wydawało mi się, że dla każdego względnie rozsądnego człowieka sprawa jest oczywista. Nie tylko dlatego, że mania przepraszania jest absurdalna, i nie tylko dlatego, że w tym konkretnym wypadku chodziłoby o przeproszenie za włączenie do Polski ziemi, zamieszkanej wówczas w większości przez Polaków. Także dlatego, iż w najwyższym stopniu oburzające jest uzależnianie realizacji podstawowego prawa człowieka od zgody na postulat polityczny (polskiej ekspiacji).
Okazało się jednak, że nie jest to oczywiste dla wszystkich, bo odpowiadając na mój tekst, Marcin Wojciechowski z „GW" wezwał do... przeproszenia Litwinów za „żeligowszczyznę". Jest to, o ile wiem, pierwsze takie wezwanie na łamach polskiej prasy. Tego rodzaju wystąpienia ze strony „Wyborczej" są często interpretowane jako antypolskie. Zdaniem podzielających takie opinie krytyków chodzi tu o aplikowanie Polakom „pedagogiki wstydu", o wychowywanie ich w poczuciu winy, o wtrącanie ich w kompleks niższości. Nie odrzucając do końca takich interpretacji, sądzę, że taka „lokalna" motywacja jest rzadsza i słabsza. Znacznie ważniejsza jest motywacja „uniwersalna" – chodzi o mechaniczne (w wypadku mniej lotnych wykonawców) bądź świadome (w wypadku tych inteligentniejszych) realizowanie na terenie Polski projektu światowej kulturowej lewicy.

Rak? Więcej aspiryny!

Wojciechowski nie polemizuje – bo trudno zaprzeczać faktom – z tym, że polska polityka wobec Litwy, prowadzona konsekwentnie w ciągu ostatnich 20 lat, poniosła fiasko. Litwini, mimo obietnic, nie zrealizowali żadnego postulatu ważnego dla polskiej mniejszości. I wyciąga stąd wniosek: więcej tego samego! Dalej nie robić nic (poza może dyplomatycznymi gestami), dalej więc de facto udawać, że nic się nie stało. Dajcie choremu na raka jeszcze więcej aspiryny, w końcu pomoże...
Autor z „GW" wypomina mi, że nie piszę, jakie konkretnie bolesne dla Litwy działania mógłby podjąć polski rząd, i sugeruje, iż Warszawa nic zrobić nie może. Otóż może. Polska i Litwa należą do Unii, a w Unii decydują się stale losy rozmaitych regulacji, które dla poszczególnych państw członkowskich – w tym dla Polski i Litwy – są korzystne albo niekorzystne. Czy rząd Polski nie może – nieformalnie – przyjąć zasady, że we wszystkich kwestiach, na których zależy Litwie, Warszawa – o ile nie będzie to niezgodne z jej własnym interesem – zajmuje stanowisko przeciwne niż Wilno? Nie tylko w sferach, w których państwo polskie ma formalnie coś do powiedzenia. Przecież w aparacie Unii jest wielu polskich urzędników, po komisarzy włącznie. Oczywiście są to urzędnicy Unii, oczywiście nie wolno im kierować się interesem narodowym... Ale czy naprawdę wszyscy oni są immunizowani na opinię polskiego rządu i jego oczekiwania...? A oprócz Unii Polska i Litwa należą do wielu innych organizacji międzynarodowych... Nawiasem mówiąc, czytając tekst Wojciechowskiego, miałem wrażenie, że on nie czytał artykułu, z którym polemizuje.
Autor z „GW" cytuje moje wezwanie do twardszej polityki wobec Litwy, i konkluduje: „...po takim wywodzie wiem, skąd prezes Kaczyński czerpał inspiracje dla swoich posunięć i idei w polityce zagranicznej. (...) Ale Kaczyński jako premier nie miał sukcesów wobec Litwy, a jego brata prezydenta spotkał tam przykry despekt. W czasie wizyty prezydenta w Wilnie na początku kwietnia 2010 roku litewski Sejm odrzucił ustawę o pisowni polskich nazwisk". Czyli, jak rozumiem, prezydent Kaczyński i pisowski rząd prowadzili twardą politykę wobec Litwy?! Było przecież dokładnie odwrotnie. Ich polityka była zdecydowanie prolitewska. Kierowali się bowiem radykalnie pojmowaną giedroyciowską zasadą: „nie ma wroga wśród nierosyjskich krajów Międzymorza", i paradygmatem wspierania tych państw (w tym Litwy) za wszelką cenę, by wyprzeć stamtąd wpływy rosyjskie. Ja o tym wiem, i przecież jasno o tym napisałem, Wojciechowski też wie, że tak było i że ja o tym napisałem. Ale po co komplikować rzeczywistość... Lepiej zbudować sobie taką, która bardziej pasuje do czarno-białej wizji świata, i udawać że pada deszcz... A uznanie mnie za intelektualnego mentora prezesa Kaczyńskiego jest dla mnie oczywiście niezwykle pochlebne.

Szkodliwa mania

Mania przepraszania wszystkich za wszystko jest szkodliwa również dlatego, że dewaluuje prawdziwe zbrodnie. Tworzy bowiem sugestię, że wszystkie zbrodnie i „zbrodnie" są sobie mniej więcej równe. Holokaust staje się czymś niemal równym thatcherowskiemu prawu zakazującemu promowania w szkołach homoseksualizmu (przepraszał za nie Cameron), a rzeź Ormian w Turcji – może właśnie wyprawie Żeligowskiego...
Aby zapobiec tej dewaluacji, ludzie rozsądni mogliby się umówić, żeby przepraszanie ograniczyć. Żeby – jeśli już koniecznie trzeba (a ja nie uważam, żeby było trzeba) – przepraszać za jakieś fakty z dawnych czasów, nie popadać chociaż w najbardziej skrajny ahistoryzm. Nie przepraszajmy się więc nawzajem za działania, które w danej epoce były uznawane za normalne, tylko za takie, które były sprzeczne nie tylko z obecnym, ale i z ówczesnym poczuciem moralności.
I w żadnym razie nie przepraszajmy się za normalne międzypaństwowe konflikty, za wszystkie niepoliczalne Alzacje-Lotaryngie, Dobrudże, Siedmiogrody, Wileńszczyzny, Galicje, Eupen-Malmedy, Saary, Śląski, Schlezwiki, Triesty, Tyrole i Nicee Europy. Obawiam się jednak, że taka zdroworozsądkowa umowa nie zostanie zawarta. Bo mania przepraszania jest niestety po prostu bardzo potrzebna bardzo potężnym siłom.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA