fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bibułę rozpoznawałem po zapachu

Wojciech Borowik, prezes zarządu Stowarzyszenia Wolnego Słowa, w okresie PRL działacz opozycji demokratycznej, współpracował z Komitetem Obrony Robotników i Niezależną Oficyną Wydawniczą, później wstąpił do „Solidarności” i Niezależnego Zrzeszenia Studentów
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Kiedy wchodziłem do kogoś do mieszkania i czuć było pastę Komfort, od razu wiedziałem, że ta osoba albo ma w domu bibułę albo drukuje - opowiada Wojciech Borowik
Przy okazji podpisania umowy ACTA i tego, że telewizja Trwam nie dostała koncesji na nadawanie na multipleksie, powróciła dyskusja na temat wolności słowa w naszym kraju. Pan walczył o wolne słowo w PRL. Dostrzega pan podobieństwa?

Wtedy było zupełnie inaczej. Przede wszystkim dlatego, że dziś wolność słowa, może ułomna, ale jest. W PRL jej nie było. Wszystko było poddane cenzurze: od środków masowego przekazu po zaproszenia na ślub czy nekrologi. Walczyliśmy o to, czego nie było.

Opowie pan, jak się to wszystko dla państwa zaczęło?

Słuchaliśmy Radia Wolna Europa. To nas nauczyło, że można myśleć, mówić i pisać inaczej, niż narzucała władza. Stwierdziliśmy, że chcemy być wolni i nie będziemy się poddawali cenzurze.

Chyba niełatwo było jej uniknąć...

Nam się udawało, bo po prostu robiliśmy swoje. Zaczęliśmy wydawać takie publikacje, w które nikt nie ingerował.

„Robotnik", „Biuletyn Informacyjny" KOR, współpraca z Niezależną Oficyną Wydawniczą. To było w PRL nielegalne. Mogli państwo zostać aresztowani. Jak przy takiej ilość pracy uniknąć wpadek?

Zacząłem działać w 1976 roku, ale można to podzielić na trzy etapy. W każdym organizacja wyglądała inaczej. Inaczej przed powstaniem „Solidarności", inaczej od sierpnia 1981 do 13 grudnia 1981 r., a jeszcze inaczej w stanie wojennym.

To zacznijmy od początku.

Okres przedsolidarnościowy był najtrudniejszy. Ludzi, którzy zajmowali się rozpowszechnianiem wolnego słowa, było niewielu. Z tego powodu pozyskiwanie na przykład lokalu na drukarnię było trudne. Ludzie się bali. Byłem członkiem Klubu Inteligencji Katolickiej, w którym działała sekcja kultury, czyli sekcja młodzieżowa. Gromadzili się w niej ludzie niezwiązani z systemem komunistycznym, ale kiedy prosiliśmy o kolportaż „Robotnika" czy „Biuletynu Informacyjnego", to wielu odmawiało.

I jak sobie radziliście?

Pomagali nam znajomi, rodzina, przyjaciele. Wiedzieliśmy, że możemy na siebie liczyć. Poza tym uczyliśmy się konspirować. Niektóre nawyki konspiracyjne pozostały nam do dzisiaj.

Jakie?

Na przykład niechęć do zapisywania czegokolwiek. W konspiracji nie zapisywaliśmy ani terminów, ani miejsc spotkań.

Chyba że spotykaliśmy się w mieszkaniach. Zakładaliśmy, że są na podsłuchu, i zamiast mówić, pisaliśmy. Po zakończeniu rozmowy wszystkie kartki paliliśmy w popielniczce. W konspiracji nauczyliśmy się tego, że każdy powinien wiedzieć jak najmniej. Tylko to, co jest związane z jego działalnością. Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, staraliśmy się mówić niewiele.
Nie podawaliśmy konkretnego miejsca, konkretnej godziny ani dnia. Uczyliśmy się też, jak „gubić ogon", bo część z nas była rozpracowywana przez bezpiekę. A jak wyglądało drukowanie bibuły?
Często szukaliśmy miejsc poza miastem, w mniejszych miejscowościach. Przyjeżdżali ludzie na robotę, kończyli i wyjeżdżali. Jeśli drukowaliśmy w mieście, to staraliśmy się znaleźć taki lokal, do którego było kilka wejść. Po to, żeby można było jedną klatką wejść, a drugą wyjść. Skąd braliście farbę, papier, maszyny drukarskie? Przecież nie można było chyba wejść do sklepu i ot, tak sobie, to kupić? W czasach „Solidarności" było już łatwiej. Wielu ludzi nam pomagało. Z Zachodu przemycano dla nas sprzęt i farbę. Mieliśmy też pomoc finansową. Czyli w latach 70. musiało być trudniej... Mo­gli­śmy li­czyć tyl­ko na sie­bie. Za­przy­jaź­nia­li­śmy się na przy­kład z dru­kar­nią, z któ­rej nie­le­gal­nie wy­no­si­li­śmy far­bę. Tak sa­mo by­ło z pa­pie­rem. Cza­sa­mi ku­po­wa­li­śmy go na kon­to ja­kiejś in­nej, za­przy­jaź­nio­nej dru­kar­ni. Al­bo two­rzy­li­śmy fał­szy­we do­ku­men­ty i na tej pod­sta­wie ku­po­wa­li­śmy. Cza­sa­mi trze­ba by­ło ko­goś w hur­tow­ni prze­ku­pić. No dobrze, udało się zdobyć papier, farbę i co dalej? Najmniej skomplikowana w sensie technicznym była metoda sitodrukowa. Trzeba było mieć odpowiednią siatkę, na którą metodą fotograficzną nanosiło się matrycę. Potem drukowało się wzór ręcznie. Metoda była dobra, bo maszyna zajmowała mało miejsca i można było drukować wszędzie, nawet w małym mieszkaniu. Wcześniej technika druku sitowego nie była chyba wykorzystywana do drukowania książek czy gazet? To jest technika artystyczna, a my ją wykorzystaliśmy do celów przemysłowych. Udało się, bo nasi koledzy byli pomysłowi. Potrafili na przykład przystosować do naszych celów farbę drukarską. Robili to przy użyciu pasty Komfort. Czego? To była pasta do mycia rąk, takie mydło przemysłowe. Farbę rozcieńczaliśmy w ten sposób, żeby nadawała się dla naszej techniki. Miała specyficzny, mocny zapach i dlatego wszystkie publikacje tak śmierdziały. Kiedy wchodziłem do kogoś do mieszkania i czuć było pastę Komfort, od razu wiedziałem, że ta osoba albo ma w domu bibułę  albo drukuje. I następowała dekonspiracja... Ten zapach był znany tylko wtajemniczonym. Ale nie uniknął pan prawdziwej dekonspiracji. 13 grudnia 1981 roku internowano pana w zakładzie karnym na warszawskiej Białołęce... Wcześniej był moment zachłyśnięcia się wolnością. Powstała „Solidarność". Uznaliśmy, że nie musimy się przejmować komunistami i możemy wszystko robić jawnie. Część kolegów chciała nawet, żebyśmy zlikwidowali tajne drukarnie i przenieśli je do regionów, do komisji zakładowych i tam uruchomili poligrafię, drukowali książki. Byliśmy znani milicji. Dlatego nas internowano. Czy w więzieniu też pan coś drukował? Tak. Wydawałem gazetkę, która wychodziła najczęściej w dwóch egzemplarzach, a czasami nawet w pięciu lub sześciu. Jak się to panu udawało? Jednemu z kolegów udało się do Białołęki przemycić radio. Miał nasłuch na Wolną Europę i dzięki temu wiedzieliśmy, co się dzieje poza murami. Pisaliśmy też o tym, co się dzieje w więzieniu: kto głoduje, kogo pobili. W jednej celi robiło się winietkę gazety. Z gumoleum został wycięty stempelek, który odciskaliśmy na kartce z zeszytu. Potem jedna osoba czytała głośno teksty, a inni przepisywali. W ten sposób mieliśmy gazetkę z identycznymi artykułami, ale napisaną innym charakterem pisma. A co z kolportażem? Przeciskaliśmy gazetkę między rurami od ogrzewania albo przez okno wysuwało się dwa kije od szczotki i podawało. Taką pisaną ręcznie prasę pewnie trudno było czytać, ale inne nielegalne publikacje zrobione techniką sitodruku też sprawiały problemy czytelnikom. Literki były małe, odstępy między wierszami też. Dlaczego? Nie można było drukować wyraźniej? Staraliśmy się, żeby tekstu na stronie było jak najwięcej. Dzięki temu z ilości papieru, która normalnie wystarczyłaby na jedną książkę, my drukowaliśmy dwie. Jak teraz na to patrzę, to się dziwię, jak my to czytaliśmy i dlaczego nam się chciało tak męczyć. Trzeba jednak podkreślić, że wszystkie te publikacje rozchodziły się i naprawdę były czytane. Stworzył pan nawet bibliotekę wydawnictw niezależnych. Wielu z nas bibułę nie tylko drukowało, ale też kolekcjonowało. Staraliśmy się mieć we własnych księgozbiorach książki, które wydawaliśmy. Doszliśmy jednak do wniosku, że nie mogą być bezużyteczne. Dlatego założyliśmy „latającą bibliotekę". Ukryliśmy ją u jednego kolegi, zrobiliśmy katalog, były karty biblioteczne. Mieliśmy około 200 czytelników. A to nie wszystko. Byli państwo nowocześni i wypożyczali kasety... Powstała firma kasetowa, w której nagrywaliśmy wszystko. Począwszy od słuchowisk radiowych, reportaży przez audycje historyczne o Józefie Piłsudskim, po piosenki Jana Pietrzaka i Jacka Kaczmarskiego. Mieliście studio nagraniowe? Nie. To była amatorszczyzna. Moi koledzy w studiu radiowym nielegalnie nagrywali i montowali i tak powstawała kaseta matka. A później następowało kopiowanie na dwukasetowych magnetofonach, które sprowadzaliśmy z Zachodu. To była żmudna praca. Sprzęt nie zawodził? Po dużej ilości przegranych kaset magnetofon nadawał się raczej do wyrzucenia, a nie do słuchania. Mój teść pochodził z muzycznej rodziny i cenił sobie wysoką jakość odtwarzania. Dlatego kupił w Japonii urządzenie bardzo wysokiej jakości. Moja żona i ja zabraliśmy mu to urządzenie do naszych celów. Jak już je odzyskał, to więcej nam nic nie pożyczył. Nie brakuje dziś panu tego życia rewolucjonisty? Przez to, że zająłem się działalnością w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa, ciągle jestem zanurzony w klimacie rewolucyjnym. Czuję się trochę tak, jakbym z tego w ogóle nie wychodził.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA