fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Węgry Viktora Orbana jak Ameryka Południowa

Jan Winiecki
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Rządy Fideszu i zachowania jego polityków pasują doskonale do Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza tej z lat 80. i do obecnych lewackich reżimów – pisze członek Rady Polityki Pieniężnej
Nie będę zajmować się polityczną oceną tego, co nie podoba się na Węgrzech, ponieważ tutaj akurat linie dyskusji są dość jednoznaczne. Wiadomo, kto broni, a kto krytykuje, i  jak to się ma do naszych politycznych podziałów. Szkoda na to mojego – i czytelników – czasu. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na kontekst gospodarczy problemów Węgier (i Węgrów), bo tutaj zwolennicy „orbanizacji" gospodarczej po prostu mijają się z prawdą. A że to trudniej czytelnikom ocenić niż biadania nad „traumą", „frustracją" biednych Węgrów, rzekomo tak pokrzywdzonych przez los, warto przypomnieć pewne fakty i pokazać związki przyczynowe.
Kiedy obrońcy obecnej formacji rządzącej tłumaczą ową frustrację sprawami gospodarczymi, czyta się zwykle o złodziejstwach rządzących przed Fideszem socjalistów i totalną krytykę węgierskiej transformacji, formułowaną w kategoriach, które doskonale znamy i naszego podwórka. Spójrzmy więc najpierw na to, po kim podobno „naprawia bałagan" obecna formacja rządząca.

Koszty sukcesu

Po pierwsze Węgry, obok siedmiu innych krajów  Europy Środkowo-Wschodniej (w tym Polski), to kraj niewątpliwego transformacyjnego sukcesu. Dlatego znalazły się w ósemce krajów postkomunistycznych, które pierwsze weszły do Unii w 2004 r. Tyle że Węgry zapłaciły za sukces wyższą cenę, niż musiały. A winni temu byli współczujący sfrustrowanym Węgrom konserwatyści rządzący w latach 1990 – 1994.
Znam nie tylko dane, ale i nastroje. Pamiętam ministrów tego rządu, których znałem jeszcze z wcześniejszych, dysydenckich lat. Mówili oni, że Węgrzy przeżyli dość trudnych lat i teraz należy ich chronić przed kosztami transformacji. Rząd Józsefa Antalla w ciągu kilku zaledwie lat zwiększył deficyt budżetowy do 10 proc. PKB, a jednocześnie pozwolił deficytowi w bilansie płatności bieżących z zagranicą wzrosnąć do takiego samego poziomu.
Ochrona Węgrów przed kosztami transformacji poszła tak daleko, że udział wydatków publicznych w PKB pod koniec kadencji wzrósł do poziomu szwedzkiego (2/3 PKB!). Tyle że Szwecja potrzebowała ćwierć wieku, by doprowadzić państwo opiekuńcze do tego kryzysowego poziomu, a Węgrom zabrało to niespełna cztery lata! Konserwatywne rządy Antalla były wyraźnie niechętne prywatyzacji, ale logika opieki nad „ciężko doświadczonym Węgrami" była nieubłagana. Trzeba było skądś brać na to pieniądze i prywatyzacja dawała takie szanse. W rezultacie w pierwszej połowie lat 90. Węgry prywatyzowały bardzo szybko i dzięki temu – oraz niezłej reputacji z przeszłości (o czym niżej) – dorobiły się najwyższego poziomu zagranicznych inwestycji bezpośrednich w przekształcającym się regionie.
Był to sukces rządzącej wówczas formacji, choć traktować go należy jako niezamierzone konsekwencje działań mających zupełnie inne cele. (Podobne zasługi mieli wówczas np. nasi dzielni związkowcy broniący zakładów przed dostosowaniami do rynkowych reguł gry, którzy przyspieszali moment, w którym firma stawała na granicy bankructwa i w ten sposób także jej prywatyzację).

Źli komuniści

Chociaż nie mam ochoty wdawać się w tym tekście w dyskusje polityczne, to chciałbym przypomnieć, dlaczego Węgry były na starcie liderem wśród krajów transformacji. Otóż Węgry były jedynym krajem komunistycznym, w którym rządzący komuniści – po lekcji 1956 r. – uznali, że trzeba myśleć o tym, by ludzi nie doprowadzać do desperacji. Dlatego np., na co zwróciłem uwagę w swojej książce The Distorted World of Soviet-type Economies (1988), tempo wzrostu produkcji konsumpcyjnych dóbr przemysłowych było w każdej pięciolatce w okresie 1960 – 1980 wyższe niż tempo wzrostu dóbr produkcyjnych (materiałów, półfabrykatów i maszyn). We wszystkich pozostałych komunistycznych krajach Europy było odwrotnie.
Węgrzy zaczęli także podejmować pewne instytucjonalne kroki w kierunku gospodarki rynkowej już pod koniec lat 80. Oczywiście, dopiero zmiana ustrojowa nadała tym krokom rzeczywisty sens, ale instytucje były już po części na miejscu. I to właśnie dawało im na starcie przewagę nad innymi. W dodatku na Węgrzech istniało w kadarowskiej partii dość szerokie grono reformatorów, co ułatwiało jeśli nie rzeczywiste reformy, to przynajmniej poważniejsze dyskusje na temat zmian. Konsekwencją tego był na starcie demokratycznych przemian rozpad węgierskiej partii komunistycznej na dwie części: mniejszą partię komunistyczną (partyjnego betonu) i większą partię socjalistyczną, która przekształciła się w socjaldemokrację. W odróżnieniu od naszego SLD, gdzie znalazło  się bardzo różne towarzystwo. Tak więc, jeśli musiałbym już wybierać którąś postkomunistyczną socjaldemokrację, to więcej zaufania miałbym do tej już oczyszczonej z betonu.

Syzyfowe prace

Oczywiście gigantyczna nierównowaga, jaką wytworzył rząd Antalla, groziła załamaniem się gospodarki i socjaliści wraz z liberałami (mniejszą od nich partią) musieli dokonać głębokich cięć stabilizacyjnych. Wahali się przez cały rok, aż wreszcie tzw. reformy Bokrosa ograniczyły państwo opiekuńcze i system rozmaitych ad hoc dopłat i subsydiów. Podniesiono także niektóre podatki. Było to, rzecz jasna, bolesne – i dlatego niepopularne. Koalicja socjalistyczno-liberalna przegrała wybory i w 1998 r. wygrała zrekonfigurowana prawica, w której główną rolę odgrywał już Fidesz. Co interesujące, partia ta wcześniej występowała pod tą samą nazwą jako młodzieżówka partii liberalnej, ale najwyraźniej dążenie do władzy wydawało się tam ważniejsze niż przywiązanie do liberalnych ideałów i Fidesz wystąpił już z odmiennym pakietem ideologicznym. Konserwatywno-nacjonalistyczny okazał się najwyraźniej dużo bardziej nośny – i tak już zostało.
Węgry czeka długi okres niskiego wzrostu gospodarczego, a być może również – w wyniku jakichś kolejnych pomysłów Orbana – wręcz załamanie gospodarcze
Socjaliści też wyciągnęli swoiste – oportunistyczne – wnioski z przegranej i wybory 1998 r. miały już miejsce w warunkach populistycznej licytacji obietnic. Kiedy jedni zaproponowali wzrost płac w administracji publicznej o połowę (!), to drudzy obiecali jeszcze więcej. I dalej w podobnym stylu. Wygrali socjaliści, ale od tego czasu do załamania się gospodarki węgierskiej i kolejnych cięć stabilizacyjnych rządu Bajnaiego polityka węgierska stała się skrajnie populistyczną licytacją na obietnice.
Najgorszy populizm to taki, w którym obiecuje się wyborcom gruszki na wierzbie, a potem usiłuje się jednak te gruszki wyborcom dostarczyć. Jest on bowiem najbardziej kosztowny. A tak właśnie zrobili socjaliści po dojściu do władzy. Jest sprawą oczywistą, że podwyżka płac o połowę musiała zachwiać równowagą budżetową Węgier i zachwiała. Od tego czasu nierównowaga rosła latami, aż w wysoce niezrównoważoną gospodarkę uderzył globalny kryzys finansowy i zaczęły się schody.
Tu właśnie widać przewiny socjalistów, którzy, jak przedtem konserwatywny rząd Antalla, czekali, aż problem rozwiąże się sam. Ale, rzecz jasna, nie rozwiązał się sam i po skandalu z taśmami (gdy ówczesny premier Ferenc Gyurcsany przyznał się w wąskim gronie działaczy, że oszukiwał opinię publiczną, opowiadając, że gospodarka jest w lepszym stanie, niż naprawdę była) trzeba było zacząć znowu ciąć wydatki, tym razem głównie w wyniku własnych błędów (głównie, bo pamiętajmy o populistycznej licytacji rozpoczętej w 1998 r. przez Fidesz). Kolejny pogram stabilizacyjny kosztował niemało i  socjaliści przegrali z kretesem wybory.

Chłopcy do bicia

Z latynoamerykańskich specjalności doceniam muzykę taneczną i steki wołowe (ludzie o niewygórowanych potrzebach artystycznych dodadzą jeszcze zapewne seriale telewizyjne). Z polityką i polityką gospodarczą było – i ciągle jest – znacznie gorzej. W końcu jeśli szukać obszaru świata, gdzie te same błędy popełniały dziesiątki kolejnych rządów i krajów, w których polityka była wręcz modelowo populistyczna, to do głowy przychodzi przede wszystkim Ameryka Łacińska.
Otóż gdybym miał znaleźć odpowiednik podejmowanych kroków ekonomicznych i póz w polityce, to rządy Fideszu i zachowania jego polityków pasują doskonale do Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza tej z lat 80. XX w. i obecnych lewackich reżimów: od Wenezueli, Peru, Ekwadoru i Boliwii po Argentynę. Te same odruchy „godnościowe" zastępujące myślenie o istocie problemu i – w sferze realiów, a nie póz – ta sama niechęć do podejmowania kroków w polityce gospodarczej, które wynikają z solidnej teorii i które wcześniej sprawdzone zostały w praktyce.
A więc – jak głosił latynoski „strukturalizm" – inflacji nie należy zwalczać restrykcjami monetarnymi, bo to zaszkodzi wzrostowi (oczywiście, nic za darmo na tym świecie!). Stąd, podejrzewam, orbanowskie pretensje do banku centralnego. Latynoskie myślenie ekonomiczne jest następujące: najlepiej wymyślić coś takiego, co przyniesie na krótko efekt, a potem jakoś to będzie. Np. skok na drugi filar ubezpieczeń emerytalnych. No i usprawiedliwić skok tym, że stracą na tym towarzystwa ubezpieczeniowe. Owszem, też, ale co z emerytami? U nas przynajmniej stworzono (niezbyt wiarygodne w długim okresie) rachunki jednostkowe w ZUS, a tam państwo wypłaci tyle, ile będzie chciało i miało. Skok na drugi filar ubezpieczeń zlikwidował całkowicie deficyt budżetowy. Na jeden rok oczywiście, co wszyscy poza rządzącymi na Węgrzech rozumieją; w tym roku będzie znowu deficyt. Osłabł forint do franka szwajcarskiego, więc z kolei trzeba zrobić skok na banki, aby rozliczały spłaty rat kredytowych po sztucznie zaniżonym kursie. Banki są wygodnymi chłopcami do bicia. Krótkowzroczni Węgrzy cieszą się z lżejszych obciążeń dziś, ale co będzie jutro? Jakie będą w tych samych bankach warunki udzielanych konsumentom i firmom pożyczek?
Wracając do deficytu budżetowego, można obawiać się, że manewr ze zmianą procedury mianowania członków Rady Polityki Pieniężnej węgierskiego banku centralnego miał w zamyśle nie tylko stworzenie prorządowej większości, ale i znalezienie następnego źródła pieniędzy dla równoważenia budżetu w rezerwach banku centralnego a la Kirchner (czyli w stylu argentyńskim).
Trudniejsze (z miesiąca na miesiąc niemalże) problemy pożyczkowe Węgier zmuszają rząd premiera Orbana do kluczenia i kompromisów, więc na ten skok na razie Fidesz chyba się nie zdecyduje. A innych sposobów zatykania dziury nie widać. Drogi wyjścia z ekonomicznego kryzysu są zamglone i Węgry czeka długi okres niskiego wzrostu gospodarczego, a być może również – w wyniku jakichś kolejnych latynoamerykańskich pomysłów – wręcz załamanie gospodarcze. I nie wiedząc jeszcze, co może obecna formacja rządząca wymyślić, trudno dziś przewidywać, kto wniesie większy wkład do owych negatywnych skutków kumulujących się od 1998 r.: rządzący uprzednio socjaliści czy Fidesz.
Autor jest ekonomistą, był m.in. prezesem Centrum im. Adama Smitha, doradcą prezydenta Lecha Wałęsy, a także dyrektorem wykonawczym Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Obecnie jest członkiem Rady Polityki Pieniężnej
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA