fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Podziemia

Aneta Wieczerzak-Krusińska
Kopalnia nazywała się Marcel, dawniej Emma, 800 metrów, metanowa. W całym kraju zachęcały do górniczego fachu afisze przedstawiające młodego człowieka w hełmie, ze świdrem w mocarnych dłoniach wgryzający się w czarną ścianę węgla.
Jako ochotnik zgłosiłem się do biura werbunkowego. Tu muszę sobie pozwolić na dygresję dotyczącą czasów dzisiejszych. Teraz młodzi ludzie pragnący przygód i zarobków często wybierają się za granicę. Mało tu zresztą motywów przygody, więcej rzeczowego wyrachowania. W czasach mojej młodości wyprawy za granicę były poza sferą możliwości. Zdarzały się jedynie odosobnione przypadki. Jurek S. chciał dostać się kajakiem z zachodniego wybrzeża na Bornholm. Wyprawa nie udała się i zapakowali go na dwa lata do więzienia. Zwiedził zakłady karne w Szczecinie, Goleniowie i Stargardzie, kamieniołomy w Strzelcach Opolskich, gdzie pracował jako skalnik. To tyle na temat różnic.
Powodowany chęcią przygód zatrudniłem się jako górnik. Zamieszkałem w hotelu robotniczym w Radlinie i po odbyciu skróconego przysposobienia zawodowego i zapoznaniu się z przepisami BHP zacząłem zjeżdżać na dół. Miałem hełm, lampę i wyglądałem jak górnik z plakatu. Zostałem skierowany do prac zabezpieczających puste miejsca po węglowym urobku. Stemplowaliśmy i wykładaliśmy przodki palami i deskami. Kapy i fele nazywał się ten budulec w górniczej gwarze. Zjazd szybem w głąb ziemi, długa wędrówka coraz ciemniejszymi, niskimi chodnikami, gdzie tajemniczo migotały nasze lampki, gazowy charakter kopalni, głucha cisza przerywana jedynie dalekim warkotem świdrów – wszystko to przypominało wędrówkę w Hadesie. Mimo woli mówiliśmy ściszonymi głosami, niektórzy żegnali się znakiem krzyża, ktoś nagle zaczął kląć i powtarzać: – Kurwa, w co ja się wdałem!
Różne wiatry przygnały moich towarzyszy do pracy w kopalni. Był to czas nieustającej wędrówki ludności spowodowanej rozwojem przemysłu, chęcią polepszenia sobie bytu, potrzebą zaszycia się gdzieś daleko, ucieczką przed rozmaitymi zagrożeniami i innymi pomniejszymi względami. Dla rdzennych Ślązaków, tych Wilusiów, Helmutów i Manfredów, był nawet jeden Adolf, stanowiliśmy niepojętą zarazę, nazywali nas werbusami i trzymali się z daleka. W pokoju hotelu robotniczego zakwaterowano nas sześciu. Wypiliśmy zapoznawczą wódkę i każdy powiedział pokrótce o sobie. Trzymaliśmy się razem. Wolski robociarz, dawny pepeesiak, ofiara historii, nie chciał połączyć się z komunistami w jedną partię, jak dodawał, wiarołomna żona przebrała miarę jego goryczy i ruszył w Polskę. Złodziejaszek, który po kolejnej odsiadce postanowił zaniechać swego procederu i został górnikiem. Wiejski osiłek z Kieleckiego, syn bogatego gospodarza zrujnowanego przez władzę jako kułak. Genek Bednarski, wesoły lwowiak, cwaniak i włóczęga, pięknie śpiewał uliczne ballady z rodzimego miasta, nazywaliśmy go Ta-Joj. Ten odważny obieżyświat przesiedział kilka lat w syberyjskich łagrach, wrócił stamtąd dopiero w 1956 roku, bał się jak piekła zjazdu w czeluść kopalni i na dole tracił wszelki rezon, stawał się bezbronną ofiarą naszych kpin. Najbardziej jednak sugestywną postacią był Bolo. Podchorąży z kampanii wrześniowej, inteligent, akowiec, alkoholik. Zaraz po wojnie ten dzielny żołnierz konspiracji w randze podporucznika został schwytany i poszedł na współpracę z NKWD, później bezpieką. Zasłużył się wydawaniem swych towarzyszy walk. Potem zapragnął zrezygnować z haniebnego procederu. Uciekł, zmienił nazwisko, zaczął od nowa urządzać sobie życie. Wytropili go. Przesiedział długi czas w więzieniu i po wyjściu został wreszcie pozostawiony swemu losowi. Ale był to już wrak. Rozbitek, ofiara wyrzucona za burtę. Tułał się, chwytając się różnych zajęć. Był budowniczym Nowej Huty, drwalem w Bieszczadach, parobkiem w PGR, ostatnio górnikiem. O swoim pieskim życiu naznaczonym zdradą opowiadał z masochistyczną szczerością. Budził współczucie, osłupienie, wstręt.– Przestań! – wołał ze swego łóżka Genek Bednarski. Wolski robociarz spluwał z obrzydzeniem. Nawet złodziejaszek, cynik pozbawiony wszelkiej wiary w czystość ludzkich intencji, nie pozostawał obojętny. – Taki pod celą ze złodziejami nie miałby życia! – powiedział raz głęboko wzburzony. Tylko wiejski osiłek ziewał rozdzierająco odwrócony od nas plecami i zapisywał coś w notesie, pewnie przyszłe zarobki, nastawił się na duże pieniądze z górniczego trudu. A Bolo, pociągając z butelki (zazwyczaj pił denaturat), cuchnęło od niego wstrętnie, uporczywie ciągnął swój monolog o wojnie, konspiracji, zdradzie. W tej opowieści powtarzały się imiona i pseudonimy jego kolegów i przyjaciół z AK, oficer NKWD nazwiskiem Stiepaszkin, długie przesłuchania. – Zgodziłem się! zaskowyczał. – Wyciągnął samogon, wypiliśmy!To były nasze wieczory po drugiej szychcie. Seans kończył przeważnie lwowiak Genek, rzucając w Bola butem. Tamten jeszcze chwilę bełkotał, zasypiał ciężkim snem. Budził się bardzo wcześnie i zwykle, otwierając oczy, napotykałem jego wzrok skierowany w moją stronę. Z nim byłem najbliżej i często rankami opowiadał ściszonym głosem o latach przedwojennych, studiach przerwanych wojną. Był człowiekiem wrażliwym, dużo czytał, pamięć miał jeszcze niezdewastowaną. Skala jego doświadczeń – szczególnie ten skowyt sponiewieranej duszy – budziła we mnie gwałtowny niepokój, zadawałem sobie szereg pytań bez odpowiedzi. Wakacje górnicze skończyłem po czterech miesiącach. Wracałem zadowolony z przygody. Nawet wybuch metanu nie ominął mnie pod ziemią. Osypało się wyrobisko, runęły kapy i fele. Miałem kontuzję, złamany palec wskazujący, i już w Warszawie otrzymałem przekazem pocztowym pieniądze z tytułu chorobowego.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA