fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Expose Donalda Tuska w panice - pisze Ziomecki

Mariusz Ziomecki
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Dlaczego w wykonaniu tego rządu reformy muszą zawsze oznaczać podwyżki podatków? Czy już nie ma w tym państwie, panie premierze, zbędnych instytucji i nadmiaru biurokracji? – pyta publicysta
Dwa kolejne wystąpienia programowe – exposé – Donalda Tuska dzieliły zaledwie cztery lata, a były to wystąpienia tak różne, jakby stali przed nami zupełnie różni ludzie.
Pierwszą mowę wygłaszał tuż przed załamaniem się znakomitej koniunktury w Polsce i w Europie pewny siebie młodzieńczy liberał, optymista i wizjoner, który aż kipiał z niecierpliwości, by reformować wszystko w zasięgu wzroku. Wystąpienie przypominało swą długością oracje kubańskiego El Comandante, dlatego że premier starał się szczegółowo opisać nową, lepszą Polskę, jaka miała się narodzić – szybko! – dzięki prostym receptom ekonomicznym i radykalnej polityce jego gabinetu.
Na formę i przekaz exposé w ostatni piątek miał wpływ, jak się wydaje, jeden tylko czynnik: lęk graniczący z paniką. Tym razem to czarna wizja powodowała premierem i sprawiła, że znów nie wygłosił klasycznego exposé.

Lęk przed kryzysem

Lęk premiera był prawie namacalny, wyraźnie obecny w jego ekspresji i mowie ciała. Zobaczyliśmy na własne oczy, jak kryzys europejski, który wywiera brutalną presję na bezradne rządy eurolandu, stawia pod ścianą również naszą "zieloną wyspę" i nasz rząd. To dlatego głównym adresatem tego exposé, jak wielu od razu zauważyło, wydawały się agencje ratingowe i analitycy rynków finansowych, dopiero w następnej kolejności Sejm i polska opinia publiczna. Jak to możliwe, że ekipa, jeszcze wczoraj tak głośno (i słusznie) chwaląca się, że przeprowadziła kraj suchą stopą przez pierwszą odsłonę światowego kryzysu, wpada w taką nerwowość?
 
 
Odpowiedź jest prosta: Polska, choć jak na współczesne standardy zadłużona jest umiarkowanie, bo do gry w życie na kredyt dołączyliśmy później niż inni, pożyczała głównie w walutach obcych. A takie kraje są znacznie bardziej narażone w trakcie kryzysu niż np. monstrualnie zadłużona Japonia, która obligacje sprzedawała głównie własnym obywatelom i za własną walutę.
Dlaczego tak się dzieje? Pożyczanie "z zewnątrz" rodzi ryzyko kursowe, którego żądło poznali w skali mikro posiadacze kredytów hipotecznych w euro lub frankach szwajcarskich. Przy słabym złotym nie tylko wysokość miesięcznych spłat wystrzeliła w górę, ale szokująco też spuchło wyrażane w PLN całkowite zadłużenie.
Kombinacja ogromnej zmienności na rynkach walutowych – złotego, który uparcie odmawia umocnienia się, wbrew zaklęciom, że fundamenty polskiej gospodarki są mocne; agencji ratingowych, które wydają negatywne rekomendacje przy najlżejszej prowokacji; histerycznej nadwrażliwości inwestorów, u których narasta nieufność do wszelkich papierów rządowych poza amerykańskimi i niemieckimi – jest po prostu wybuchowa. Zmiotła już szereg rządów eurolandu.
Wystarczy, że jutro inwestorzy finansowi zażądają znacząco większej ceny za miliardy, które Polska musi pożyczać, by zrolować istniejące obligacje i pozyskiwać nowe środki na bieżące wydatki, by rozwijający się dotąd na przekór kryzysowi kraj też znalazł się w tarapatach.
Według słynnej obserwacji leksykonografa Samuela Johnsona nic tak nie koncentruje czyjegoś umysłu jak perspektywa powieszenia go za dwa tygodnie. Tym razem przygaszony Tusk wygłosił exposé nie tylko zwięzłe, ale również treściwe, w którym poszczególne elementy z grubsza trzymały się kupy. Doraźne oszczędności, które reformy mogłyby przynieść, zostały mocno przeszacowane w przemówieniu, ale i tak z nadwyżką zasypałyby dziurę budżetu planowanego (przynajmniej w tej chwili) na rok 2012.

Dyskusyjne szczegóły

Premier obiecał też przeprowadzenie zmian o znaczeniu długofalowym, o których chcieli usłyszeć agencje ratingowe i ekonomiści. Korekty w systemie podatkowym i emerytalnym, choć szokują wielu zainteresowanych, nie dają, rzecz jasna, żadnych gwarancji, że przetrwamy bez szwanku najbliższe miesiące kryzysu. Takich gwarancji w tej chwili nie da nam nic i nikt.
Gdyby jednak proponowane reformy faktycznie przeszły przez Sejm, Trybunał Konstytucyjny i jakimś cudem nie zostały kompletnie rozmyte w procesie politycznym, pomogłyby ustabilizować polskie finanse publiczne w dłuższej perspektywie. Wzrosłaby szansa, że w kolejnych dziesięcioleciach Polska uniknie stagnacji i konfliktu pokoleń, przed którym elokwentnie przestrzega np. Krzysztof Rybiński.
Wiele szczegółów tego planu jest dyskusyjnych. Można i należy zapytać, dlaczego np. kobiety mają wolniej dochodzić do wyższego wieku emerytalnego – prawie dwadzieścia lat dłużej niż mężczyźni! Albo czemu ubezpieczenia dla rolników miałyby wciąż pełnić dodatkową rolę pomocy socjalnej? Bardzo interesującą kwestią jest też, dlaczego w wykonaniu tego rządu reformy muszą zawsze oznaczać przede wszystkim podwyżki danin.
Już nie ma w tym państwie, panie premierze, zbędnych, dublujących się instytucji i nadmiaru biurokracji? Koniecznie musimy mieć zarówno Ministerstwo Gospodarki, jak Ministerstwo Skarbu i na dodatek Ministerstwo Infrastruktury? A czemu, poza przechowywaniem dziwnych osób, służy Ministerstwo Sportu i Turystyki?
Czy naprawdę obok ABW potrzebujemy aż tylu tajnych służb? I aż tylu organizacji śledczych – i CBA, i CBŚ, i policji państwowej? Czy Polska potrzebuje tak wielu kontrolowanych przez polityków stacji telewizyjnych i radiowych? Czy nie zostało już nic z owych "bizantyjskich" przywilejów władzy, o których mówił pan kiedyś z takim wzburzeniem i o likwidacji których miał pan raportować Sejmowi aż do skutku każdego miesiąca?
Po stronie wątpliwości nie te kwestie wydają się jednak najważniejsze. Kluczowe jest pytanie o charakter premiera. Po cichu wielu kwestionuje jego determinację dotrzymywania składanych publicznie zobowiązań. Nie tylko dziennikarze, ale również analitycy i agencje ratingowe żywo pamiętają, ile naobiecywał w exposé poprzednim.

Niebezpieczne  reformowanie

Oczywiście były okoliczności łagodzące. Zajadła opozycja ze strony PiS i kryzys światowy radykalnie zmniejszyły pole manewru ówczesnego rządu. Sporą rolę odegrał też brak doświadczenia początkującego premiera. Cztery lata temu można było odnieść wrażenie, że Tusk szokująco mało, jak na byłego lidera ruchu liberałów, wiedział o funkcjonowaniu gospodarki i jeszcze mniej o polskiej machinie państwowej.
Jego przemówienie było zastanawiająco pęknięte: naprawdę dobre w części politycznej – gdy szef zwycięskiej partii interpretował mandat, który jesienią 2007 roku dali mu wkurzeni na PiS polscy wyborcy – i uderzająco nieroztropne w części programowej. Premier chełpliwie mnożył obietnice ("Mój rząd w trybie pilnym zakończy prace nad studium kolei dużych prędkości po to, aby jeszcze w tej kadencji z fazy studium wejść w fazę realizacji"; "Podejmiemy również pracę nad ustawą, która nada językowi migowemu status języka urzędowego"), które wryły się w pamięć i obywateli, i opozycji, i publicystów.
Pamiętamy też, jak brutalnie Donald Tusk potraktował ekonomistów, którzy po objęciu prezydentury przez Bronisława Komorowskiego uznali, że oto otworzyło się okno dla reform i zgodnym chórem zaczęli się domagać, by rząd zaczął wreszcie robić porządek w finansach państwa. Rozeźlony premier określił ich jako "pseudoekspertów", którzy gotowi są robić przykrości zwykłym ludziom – bez faktycznej konieczności.
"Reguła wydatkowa" i księgowe sztuczki ministra finansów miały wystarczyć, jednak gdy rynki finansowe zaczęły potrząsać drzewem zadłużonych państw eurolandu, premier w panice kazał swojej partii przepchnąć przez Sejm brutalny plan odebrania pieniędzy prywatnym funduszom emerytalnym. Takie postępowanie nie buduje zaufania do liderów.
Czy więc teraz Tusk będzie miał dosyć ognia w brzuchu i charyzmy, by przeprowadzić to, co zapowiedział? Reformowanie to niewdzięczne zadanie, dla polityka niebezpieczne. Czytelna, widoczna choćby niedawno na warszawskich ulicach radykalizacja nastrojów społecznych czyni je jeszcze trudniejszym.

Wiarygodność na zakręcie

Tusk czuje elektorat najlepiej z liderów polskich partii, wielokrotnie pokazał też (ostatni raz latem, gdy energicznie włączył się do kampanii wyborczej), że umie stawiać czoła wyzwaniom, jakie normalnie niesie współczesne demokratyczne państwo. Jednak nie zademonstrował dotąd cojones prawdziwego przywódcy, churchillowskiej umiejętności przewodzenia w historycznym kryzysie.
Ta sztuka nie polega na ciułaniu punktów w rankingach popularności. Lider na zakrętach historii musi mieć wiarygodność. Gdy wskazuje na wyższą konieczność ponoszenia ofiar, gdy obiecuje ludowi krew, pot i łzy, robi to z siłą moralną, która płynie z prawdy i wewnętrznego przekonania. Dlatego znajduje posłuch w momencie próby i dlatego to, co w innych czasach jest politycznie niemożliwe, staje się wykonalne.
Tego nie można udać, tego nie da się sprokurować metodami piarowskimi. I z tego właśnie powodu, mimo merytorycznych zalet, exposé Donalda Tuska budzi sporo wątpliwości. Dyskusja w Sejmie, jaka po nim nastąpiła, pokazała to wyraźnie.
Autor jest dziennikarzem i publicystą.  Był m.in. redaktorem naczelnym pism:  "Cash", "Profit", "Przekrój", "Super Express", oraz telewizji Superstacja
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA