fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

W Rosomaku na „żelka”

rp.pl, Janusz Walczak
Na lądowisku w bazie Ghazni ciągle startują i lądują śmigłowce - bojowe, transportowe, medyczne i należące do cywilnych firm obsługujących wojska NATO na misji w Afganistanie.
Jest słoneczny poranek. Ciepło. Czekamy na dwa amerykańskie transportowe Chinooki. Mają nas przewieźć do polskiej bazy Warrior, oddalonej ponad 100 km na południowy-zachód od Ghazni. Jest to główna baza zgrupowania bojowego Bravo Polskich Sił Zadaniowych w Afganistanie (Alfa stacjonuje w Ghazni i kontroluje wschodnią część prowincji).
Obejrzyj zdjęciaWczoraj wieczorem wpisaliśmy się na specjalną listę oczekujących na ten lot, ale spory tłumek wokół budynku, który też chciał się załapać na podróż w tę samą stronę nie wróżył, że wylot dojdzie do skutku. „Show time", czyli prowizoryczna odprawa miała się zacząć o 8.30. Na lotnisku zjawiło się kilkudziesięciu żołnierzy polskich i amerykańskich, pani psycholog, trochę cywilnych pracowników wojska, kilku Afgańczyków. Nie wszyscy lecieli do Warriora. Wcześniej przyleciał Cougar, dwa  Black Hawki i SeaKing. Zabrały pasażerów m.in. do Sharany, Andaru i Bagram.
W końcu po około dwóch godzinach czekania przyleciały też nasze Chinooki. Załadunek przebiegł zadziwiająco sprawnie. - Lot do Warriora! – krzyknął czarnoskóry amerykański żołnierz. Wszyscy chętni chwycili swoje bagaże i wskoczyli do stojących na helipadzie (tak nazywa się lądowisko dla śmigłowców) dwuwirnikowych maszyn, pamiętających jeszcze wojnę w Wietnamie. Zmieściliśmy się. W śmigłowcu na bocznych pomarańczowych, składanych krzesełkach usadowiło się prawie trzydzieści osób. Bagaże ułożyliśmy w przejściu – i tak nie można było chodzić po pokładzie w trakcie lotu – i wystartowaliśmy. Lot trwał niespełna godzinę. W niewielkim okienku przesuwały się obrazki brunatnoszarych afgańskich gór i dolin. Zarysy lepianek, w których mieszkają miejscowi, pojawiały się znacznie rzadziej, niż kiedy leciałam do Ghazni.
Po niespełna godzinie byliśmy w Warriorze. Baza jest znacznie mniejsza niż w Ghazni. Wokół góry, a w środku resztki brytyjskich fortyfikacji z XIX w. Wszystko obwarowane i otoczone drutem kolczastym. Wewnątrz drewniane chatki i namioty dla żołnierzy, którzy stacjonują w bazie. Stanowiska dwóch armatohaubic Dana.
- Gdy byłem tu ponad rok temu jedna nazywała się Lady Gaga, a druga Fiona – opowiada fotograf Janusz Walczak, który przyleciał ze mną do Afganistanu. -  Teraz, wygląda na to, Lady Gagę wyparła Barbara. Rzeczywiście, na lufie jednej z nich widnieje wielki, namalowany białą farbą napis Fiona, a na drugiej - Barbara.
W bazie przywitał nas dowódca Bravo ppłk Wacław Samocik. - Co byście chcieli zobaczyć? – spytał od razu. Widać, że jest zmęczony. Żołnierze koalicji w tym rejonie są częściej nękani przez rebeliantów niż wschodnia część prowincji. Zaczynamy wymieniać: - Może dałoby się pojechać na kilka patroli z żołnierzami, zobaczyć artylerzystów przy pracy, działania zespołów CIMIC (współpraca cywilno-wojskowa), szkolenie afgańskiej policji  - wymieniamy. - Da się zrobić – mówi ppłk Samocik. - Zobaczę, co tam mamy zaplanowane i coś wymyślimy. Ale chyba nie interesują was wielogodzinne patrole na „żelka" - pyta, jednocześnie obrazowo demonstrując, jak wygląda kiwający się w Rosomaku żołnierz. Formalności załatwiamy sprawnie i szybko. Na koniec dowódca odwraca się jeszcze: - Pamiętajcie, żeby znaleźć najbliższy schron i gdziekolwiek byście byli: pod prysznicem, w toalecie, gdy usłyszycie komendę „in coming", natychmiast tam biegniecie.
Pani podoficer z komendy bazy pokazała nam jeszcze, gdzie będziemy spać, gdzie są prysznice, toalety i  stołówka. Idziemy na kolację, a tam niespodzianka.... kraby i grillowany pstrąg.
 
 
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA