fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i rozmowy

Posłuszeństwo i ks. Adam Boniecki - ks. Chrostowski

Ks. Waldemar Chrostowski
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Wypowiedzi ks. Adama Bonieckiego w wielu przypadkach nie są zgodne z nauczaniem Kościoła. Odbiegają też od potrzeb i odczuć zwyczajnych wiernych — twierdzi teolog w rozmowie z Anną Chodyką
Władze zakonne zakazały ks. Adamowi Bonieckiemu zakaz wypowiedzi publicznych. Czy to nie godzi to w jego swobody obywatelskie?
Ks. Waldemar Chrostowski: Trzeba najpierw powiedzieć, że takie dramatyczne sytuacje nie powinny nikomu sprawiać satysfakcji. Zatem również ci, którzy nie zgadzają się z wieloma wypowiedziami ks. Adama Bonieckiego, odczuwają niemały dyskomfort i zakłopotanie, bo gdy różnice zdań przeobrażają się w podziały, a nawet powodują przepaście, taka sytuacja jest dla Kościoła bardzo bolesna.
Decyzja o  wydaniu zakazu wypowiadania się, zresztą ograniczonego w zakresie i w czasie, nie zapadła od razu. Jestem przekonany, że została starannie przygotowana i przemyślana przez władze zgromadzenia marianów, które kierowały się dokładnym i wszechstronnym rozeznaniem całej sprawy. Na pewno odbyło się wiele konsultacji i rozmów przed wydaniem tego zakazu, a sama decyzja nie przyszła łatwo.
 
 
Nikt ks. Bonieckiemu nie odbiera praw obywatelskich, ale ten starszy wiekiem i skądinąd zasłużony kapłan jest też reprezentatywnym członkiem Kościoła katolickiego, a w oczach wielu jego ważnym przedstawicielem i niemal rzecznikiem. Skoro jest zapraszany do publicznego komentowania doniosłych wydarzeń i spraw, musi więc się liczyć z każdym słowem, które wypowiada. Powinien także brać pełną odpowiedzialność za wnioski, jakie z jego słów płyną dla innych. Nie ma nic szczególnie dziwnego ani zaskakującego, że na decyzję przełożonych ks. Bonieckiego oburzają się ci, którzy dotąd promowali jego osobę i nagłaśniali jego poglądy.
Kogo ksiądz ma na myśli?
Panuje powszechne przekonanie, że ks. Boniecki to kapłan, który reprezentuje zapatrywania i nastawienie środowiska "Tygodnika Powszechnego" i "Gazety Wyborczej", bo od długiego czasu jest to ta sama opcja ideowa i grupa osób. Teksty publikowane w "Tygodniku Powszechnym" były systematycznie omawiane, a nawet przedrukowywane w "Gazecie Wyborczej". Nie dziwię się, że podjęta decyzja nie spodobała się temu środowisku, czemu zresztą natychmiast dało ono wyraz.
W Kościele katolickim w Polsce istnieje daleko posunięta dowolność w głoszeniu opinii, ale nie może być tak, że nie ma już żadnych granic
Autorzy zarzutów, że Kościół zamyka usta czy odbiera prawa obywatelskie, powinni zwrócić uwagę, że oni sami nigdy na swoje łamy i do swoich programów nie zapraszali osób, które uznają za niewygodne bądź  nie podzielające ich punktu widzenia. Jest to niewątpliwa cenzura, która istnieje w redakcjach  oraz w studiach telewizyjnych i radiowych, a nawet systematycznie się nasila w bezkompromisowym dążeniu do przejmowania "rządu dusz".
Nie powinno zatem  być zdziwienia, gdy wreszcie, po długiej obserwacji i namyśle, przełożeni kościelni dali wyraźnie poznać, że wypowiedzi ks. Adama Bonieckiego nie są zgodne w wielu przypadkach z nauczaniem Kościoła. Wolność nie może być mylona z zupełną swobodą, a tym bardziej ze swawolą.
Czy ks. Boniecki nie ma prawa do wyrażania osobistego poglądu, na temat tego, czy w sali obrad Sejmu powinien wisieć krzyż?
Kapłan, który wypowiada się publicznie, zwłaszcza w środkach masowego przekazu, nie robi tego wyłącznie na własny rachunek ani tylko w swoim imieniu. Po śmierci Jana Pawła II środowisko, do którego należy ks. Adam Boniecki, bardzo się zradykalizowało. Za życia papieża istniał był jakoś respektowany stały punkt odniesienia dla wypowiadanych opinii, które docierały  do Watykanu i mogły tam być weryfikowane i oceniane.
Natomiast w ostatnich latach niemało publicznych komentarzy religijnych, teologicznych i społecznych pozostawało w rażącym kontraście do stanowiska Kościoła, co wprowadzało w błąd nie tylko  katolików, lecz i ludzi spoza Kościoła, siejąc wśród nich niepewność, zamęt i dezorientację. Ta bolesna decyzja, która - jeszcze raz podkreślam - nie powinna nikomu sprawiać satysfakcji, sprzyja większej przejrzystości, a ponadto daje poznać innym, którzy zbyt swobodnie i bez skrupułów wypowiadają się w sprawach teologicznych i moralnych, że powinni być ostrożniejsi i bardziej powściągliwi.
Zamknięcie ust ks. Bonieckiemu uratuje Kościół przed zamętem?
Niejasne, dwuznaczne, mętne czy wprowadzające w błąd wypowiedzi reprezentatywnych przedstawicieli Kościoła mają dwojakie, bardzo niebezpieczne skutki. Po pierwsze, wywołują zamieszanie, bo sprawiają wrażenie, iż osoby odpowiedzialne za Kościół w Polsce nie mają wyrazistego rozeznania w kwestiach doktrynalnych, moralnych i duszpasterskich. Wygląda na to, że Kościół nie ma żadnej wiążącej i normatywnej tradycji, lecz ciągle - i to jakby po omacku - poszukuje właściwych odpowiedzi i rozwiązań. Wiara i moralność stają się przedmiotem debat i sondaży sugerujących, że rozeznanie w tych dziedzinach powinno być wypadkową statystyk, czasami odgórnie profilowanych.
Kościół staje wobec coraz to nowych wyzwań współczesności, lecz bardzo wiele rozwiązań wypracowano dawniej i są  one wystarczająco sprawdzone. Także w ciągu ostatnich dwudziestu lat ludzie Kościoła nabywają i powiększają swoje rozeznanie, często w ogniu nagonki i niewybrednych ataków. Dobrze widać, że po śmierci Jana Pawła II sytuacja Kościoła katolickiego w Polsce jest coraz trudniejsza, co stawia wyznawców Chrystusa wobec napięć i problemów, jakich wcześniej nie było.
A ponieważ zakres i natężenie ataków na Kościół i duchowieństwo jest większy i silniejszy niż wcześniej, pilnie stają się potrzebne  klarowne i mocne punkty odniesienia. Wierni mają pełne prawo do tego, by ci, którzy ich prowadzą, mam tu na myśli biskupów i kapłanów, a także katolickich intelektualistów, wiedzieli, o co w wierze w Chrystusa naprawdę chodzi.
Drugi skutek mętnych czy wprowadzających w błąd  wypowiedzi to narastające poczucie bezradności wierzących.  Ksiądz Adam Boniecki ma do dyspozycji potężne i wpływowe środki przekazu. Nigdy nie był osobą dyskryminowaną ani prześladowaną; wielokrotnie występował w programach telewizji państwowej, i to w porze największej oglądalności,  był też często zapraszany do telewizji prywatnych i wielokrotnie wypowiadał swoje opinie na różne tematy. Ma też stale do dyspozycji "Tygodnik Powszechny", konsekwentnie wspierany przez przyjaciół z "Gazety Wyborczej" oraz "Znaku" i "Więzi".
Problem polega na tym, że, zwłaszcza w ostatnim okresie, wypowiedzi ks. Bonieckiego odbiegały od stanowiska biskupów i z nim polemizowały, a także od potrzeb i odczuć zwyczajnych wiernych. Istnieje opinia, moim zdaniem uzasadniona, że ks. Boniecki reprezentuje stanowisko "katolicyzmu otwartego", ale to otwarcie Kościoła sprzyja, by z niego wychodzić — a nie do niego wchodzić i zachować bezpieczeństwo wynikające z solidnej i dobrze ukształtowanej wiary.
Uważa ksiądz, że „katolicyzm otwarty" szkodzi Kościołowi?
Już dawno widział  wynikające stąd zagrożenia kardynał Stefan Wyszyński, którego kręgi "Kościoła otwartego" nigdy nie hołubiły, a zdarzało się, że mniej czy bardziej otwarcie go kontestowały i występowały przeciw niemu. Prymas Tysiąclecia powtarzał: "Zanim wytnie się drzewa, które owocują, trzeba się dobrze upewnić, czy te, które sadzimy, albo dopiero będziemy sadzić, w ogóle przyniosą owoce". Jest to znakomite i trafne wskazanie dla wszystkich reformatorów Kościoła, którzy w niesprawdzonej jeszcze, ani nie zawsze wiarygodnej trosce o przyszłość, lekceważą i burzą to, co jest, czyli wiarę prostych ludzi.
Najbardziej aktualne wyzwanie, jakie stoi przed Kościołem w Polsce, polega więc na budowaniu i obronie pewności, jaką daje wiara w Boga oraz rozumna i odpowiedzialna przynależność do Kościoła. Tymczasem kwestionuje się - poprzez ataki  lub obojętność na znak krzyża, podważanie sensu obecności symboli chrześcijańskich w życiu publicznym, nawoływanie do usunięciu katechezy ze szkół, nagonkę na tradycyjne formy pobożności, które zawsze przynosiły dobre owoce - same fundamenty  misji i posłannictwa Kościoła,  nie dając nic w zamian lub obiecując niepewną przyszłość. Wielu uważa, że właśnie w tym nurcie mieszczą się wypowiedzi ks. Adama Bonieckiego.
Wobec rosnącego poczucia bezradności i bezsilności, słychać głosy wiernych, którzy są zdezorientowani i czują się upokorzeni. Starając się żyć według zasad Ewangelii i okazując posłuszeństwo Kościołowi, oczekują, że władze kościelne przywołają do porządku tych duchownych, którzy publicznie zabierając głos, nie odzwierciedlają i wiarygodnie nie przekazują nauczania Kościoła.
Czy we współczesnych czasach, w erze mediów elektronicznych, rzeczywiście uda się zdyscyplinować duchownych?
Kapłan ma obowiązek wypowiadać się na tematy związane z religią i moralnością,  bo wynika to z samej istoty powołania. Jednak jego wypowiedzi powinny dobrze odzwierciedlać nauczanie Kościoła, a więc nie mogą być to jego własne opinie czy poglądy,  tym bardziej takie, które są głoszone  wbrew albo na przekór Kościołowi. Kapłan jest postrzegany jako swoista ikona Kościoła i dlatego jest zobligowany do wiernego przekazywania Dobrej Nowiny. Niemało z tego, co mówią kapłani, nie podoba się środkom masowego przekazu, gdyż często się zdarza, że musimy iść pod prąd wszelkiej politycznej poprawności, zwłaszcza narzucanej w sprawach wiary i moralności.
Dziennikarze, realizując zamówienia swoich mocodawców i pracodawców, szukają więc duchownych, którzy będą mówili to, co oni chcą słyszeć i nagłośnić. To dlatego wypowiedzi niektórych duchownych wyraźnie podobają się tym środkom masowego przekazu, które forsują obcą, a nawet wrogą chrześcijaństwu opcję światopoglądową oraz oparty na niej własny wizerunek Kościoła i jego obecności w świecie.
Istnieje stosunkowo wąskie, lecz głośne i nagłaśniane, grono "dyżurnych" księży i zakonników, którzy przy każdej nadarzającej się okazji są zapraszani przez określone media, co potwierdza, że ich wypowiedzi odpowiadają regułom zaprogramowanej politycznej poprawności.
Wierni sami nie dostrzegą, że niektórzy księża nie wyrażają opinii Kościoła, ale swoją własną?
Większość odbiorców to widzi i ocenia, ale nie zawsze możliwe jest w pełni poprawne rozeznanie, zwłaszcza gdy narzuca się dyktat relatywizmu sugerujący, że wszyscy mają rację albo każdy ma swoją rację i nie powinno się tego zmieniać. Muszą zatem sprawnie i skutecznie funkcjonować odpowiednie instytucje i gremia kościelne utworzone, by weryfikować i oceniać publiczne wypowiedzi kapłanów.
W Kościele katolickim w Polsce istnieje daleko posunięta dowolność w głoszeniu opinii, ale nie może być tak, że nie ma już żadnych granic. Do przykrej sytuacji wydania i ogłoszenia zakazu wypowiadania się ks. Bonieckiego poza "Tygodnikiem Powszechnym" by nie doszło, gdyby wziął sobie do serca wcześniejsze ostrzeżenia i napomnienia.
Byłoby nieporozumieniem, gdyby bohatera tego i podobnych przypadków kreowano, tym bardziej z jego udziałem, na ofiarę kościelnych prześladowań i restrykcji. Byłby to jeszcze jeden dowód, że ten zakaz wypowiadania się był konieczny, aby wyklarować sytuację i położyć kres poczuciu swoistego bezhołowia.
A więc posłuszeństwo w Kościele jest ważniejsze od swobody wypowiedzi?
Posłuszeństwo jest jedną z cnót i zalet, ale nie oznacza służalczości. Trzeba je rozumieć przede wszystkim jako świadomie podjętą wraz ze święceniami kapłańskimi szczególną odpowiedzialność za Kościół i wiernych.  Wierni mają prawo, by ich przewodnicy duchowi byli znakiem jedności oraz wierności Bogu i jego przykazaniom. Posłuszeństwo w Kościele nie może  odzwierciedlać struktur świeckich, lecz powinno być wyrazem pokornej służby Prawdzie, a więc i prawdzie.
Jezus nauczał, że komu więcej dano, od tego więcej wymagać się będzie. Zatem im ktoś jest wyżej postawiony w hierarchii, bądź ma więcej możliwości publicznego zabierania głosu i jest bardziej znany, ten ponosi większą odpowiedzialność za to, kim jest i co mówi. Posłuszeństwo w Kościele nie zmierza do celebracji poddaństwa, lecz do wiernego i owocnego przekazywania prawdy Ewangelii.
Zatem jeśli ktoś w Kościele zostanie upomniany, a takie przypadki zdarzają się zarówno na szczeblu Stolicy Apostolskiej, jak i na szczeblu biskupów diecezjalnych oraz przełożonych zakonnych, a także akademickim czy parafialnym, nie powinien odbierać tego w kategoriach buntowniczych, ale jako zachętę, a nawet zobowiązanie do poważnej refleksji nad swoim miejscem w Kościele i powinnościami wobec Kościoła.
Ks. Waldemar Chrostowski jest profesorem teologii, wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, konsultorem Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA