fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Outsider z Amsterdamu

Urodzony w 1969 r. w Amsterdamie, polski aktor i reżyser pochodzenia holenderskiego. Niezwykle wszechstronny. Sprawdza się zarówno w rolach ludzi słabych psychicznie – rozbitych, desperatów, jak i twardzieli; w kryminałach i eksperymentach artystycznych. Skończył Akademię Teatralną w Warszawie i od początku był związany z reżyserami poszukującymi. Debiutował w Teatrze Studio Jerzego Grzegorzewskiego, u którego zagrał w „Le Boheme” i „Don Juanie”. W 1995 r. rozpoczął współpracę z Krzysztofem Warlikowskim. Wystąpił w jego „Roberto Zucco” oraz „Zachodnim Wybrzeżu” i już jako aktor warszawskich Rozmaitości w „Oczyszczonych”, „Burzy”, „Krumie”, a także w „Festen” Grzegorza Jarzyny. Nie ograniczył się do aktorstwa i zajął również reżyserią. Jego spektakle to m.in. „Made in China”, „Gry”, „Electronic City”, „Benvolio i Rozalina”. Obecnie gra w „Wiarołomnych” według Bergmana w TR Warszawa. W kinie oglądaliśmy go w „Grach ulicznych”, ‚Jasnych błękitnych oknach”, „Czterech nocach z Anną”. Na sopockim Festiwalu Dwa Teatry otrzymał nagrodę za rolę Józefa Światły w „Kontrymie”.
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Z Redbadem Klijnstrą rozmawia Jacek Cieślak
Rz: Kontrym, tytułowy bohater telewizyjnego spektaklu, miał nietypową biografię. Był oficerem Armii Czerwonej o polskich korzeniach, odznaczonym za udział w Bitwie Warszawskiej, a po ucieczce z Kraju Rad – polskim policjantem walczącym z radziecką agenturą, cichociemnym i powstańcem warszawskim. Zagrał pan Józefa Światłę, który przesłuchiwał Kontryma, wypominając mu, że pobłażał tylko komunistkom. Zbliżenie - czytaj więcej
Redbad Klijnstra: Pokazujemy ludzi, którzy kontrastują ze sobą, ale i są do siebie podobni. Nie chcę usprawiedliwiać Światły, ale też był prześladowany i, z racji swojego żydowskiego pochodzenia, spychany do getta: nie pozwalano mu być Polakiem. To, że za stalinizmu zbierał materiały kompromitujące każdego członka partii, dowodzi również tego, jak bardzo nie chciał być więcej wykluczony. Dostrzegam też w sztuce walor egzystencjalny: zarówno Kontrym, jak i Światło szukają swojej szansy jako mężczyźni – miejsca, w którym mogą mieć wpływ na rzeczywistość.
Ciekawa perspektywa.
Osobiście interesuje mnie temat mężczyzny we współczesnym świecie – tego, co się dzieje z męską heteroseksualną tożsamością. Kobiety i homoseksualiści się wyemancypowali, a my tkwimy w XIX w. Nie potrafimy się przedefiniować albo źle się w takiej próbie czujemy.
Kontrym został zamordowany, Światło uciekł na Zachód, ale odpowiedź, kto wygrał, nie jest oczywista.
Światło pomimo władzy, jaką sprawował, zdał sobie sprawę, że nad Kontrymem jej nie miał i nigdy nie będzie osobowością na jego miarę. To fascynujące, że Kontrym pomimo częstej zmiany poglądów zawsze był sobą, a Światło nie do końca. Z ideowego komunisty stał się rzeźnikiem, a potem uciekł z PRL i przeszedł na stronę Ameryki. W audycjach Radia Wolna Europa ujawnił, czym był stalinizm w Polsce, i przyczynił się do rozbicia aparatu bezpieczeństwa, ale potem poddał się operacji plastycznej i wybrał życie anonimowego sklepikarza. Kontrym i Światło przypominają mi Romea i Benvolia. Benvolio przeżył, ale jakie to życie?
A jakie jest pana?
Zanim przyjechałem do Polski, a nawet jeszcze tutaj, żyłem w sposób, który mógł mnie doprowadzić do pewnej śmierci. W końcu zrozumiałem, że chodzi o coś więcej niż parę mocnych chwil: warto żyć tak długo, aż uda się przekazać swoje doświadczenia dzieciom, wnukom, uczniom.
Zagrał pan ekstremalne role w spektaklach Warlikowskiego – „Roberto Zucco", „Oczyszczonych", „Burzy" i „Krumie".
Ale nie jestem już związany z jego zespołem. Kiedy byłem bliski zatracenia się, poszedłem na terapię. Po jakimś czasie pani terapeutka rzuciła mimochodem: „A wie pan, że z aktorstwa można wyrosnąć?".
Jak Warlikowski nawiązał z panem współpracę?
Zobaczył mnie w Studiu Jerzego Grzegorzewskiego. W Polsce połowy lat 90. obaj byliśmy outsiderami. Rozumieliśmy się bez słów. Nasze drogi zaczęły się rozchodzić, kiedy Krzysztof stał się mistrzem mainstreamu, a ja pozostałem outsiderem. Najważniejsza okazała się lekcja, jaką odebrałem w mojej amsterdamskiej szkole.
Co to była za szkoła?
Mój nauczyciel łaciny rozpoczął rewolucję seksualną, przebiegając nago przez główny plac miasta. Chodziłem tam z dziećmi elity kulturalnej Amsterdamu. W bufecie mogliśmy palić jointy. Nie do pomyślenia było, żeby ktoś założył coś markowego. Wszystko musiało być antymainstreamowe, bo taki jest Amsterdam. Poza modą. A mój ojciec głosował na partie ludzi wykluczonych. Dlatego, gdy w 1995 r. Warlikowski był w mniejszości, zacząłem z nim pracować, a dziś z tych samych powodów bronię moherów. Kiedy moi koledzy mówili, że z ich powodu wstydzą się być Polakami, pytałem, co mają robić mieszkańcy Polski B, gdy wszyscy o nich zapomnieli. Gdyby nie znalazł się ojciec Rydzyk, pojawiłby się ktoś inny. Powtarzałem, że łatwo jest siedzieć w stolicy i zajmować się problemami, które dla większości obywateli są abstrakcją. W odpowiedzi słyszałem, że nie ma sensu mówić ciągle o Polsce, gdy możemy być obywatelami świata. Jestem z Amsterdamu, więc nikt mi nie wmówi, że robi tu Paryż albo Berlin. Jeśli komuś wychodzi słoma z butów, zobaczę ją – nawet jeśli buty są markowe.
I co dalej?
Zostałem subtelnie wypchnięty z mojego środowiska. Gdy wraz z nim walczyłem o tolerancję dla mniejszości seksualnych i naruszałem konserwatywne tabu – byłem super. Ale kiedy naruszałem tabu liberalne – zabrakło dla mnie miejsca. Uważam, że takie sytuacje mają korzenie w PRL, w myśleniu, że jak ktoś nie jest z nami, jest przeciwko nam. Tymczasem w Holandii, gdzie demokracja jest zakorzeniona od lat, nauczyłem się, że nie ogranicza się tylko do tego, że większość ma rację. Akceptacja mniejszości ją dopełnia. Tolerancja i demokracja muszą być dla wszystkich. Jestem pewien, że pozycja ojca Rydzyka jest konsekwencją aroganckiej postawy głównych mediów. W Holandii nie wykluczano by w debacie publicznej trudnych tematów i ludzi o radykalnych poglądach. Choćby dlatego, by nie tworzyć niepotrzebnego ciśnienia.
Proszę o przykład z holenderskiego podwórka.
Gdy młodzi reżyserzy nie byli dopuszczani do teatru przez starszych, rozpoczęli akcję obywatelskiego nieposłuszeństwa „Pomidor" – rzucali na scenę zgniłymi warzywami. Media to opisały, chwilę później były interpelacje w parlamencie, a po paru miesiącach zaczęła się reforma systemu teatralnego. Polska prasa napisałaby o warcholstwie. Zamknęłaby dyskusję, nie zastanawiając się nad przyczynami frustracji części obywateli. Chodzi o to, że w prawdziwie demokratycznych mediach najpierw opisuje się zjawisko, a dopiero potem, ewentualnie, się je ocenia. W Polsce od razu przylepia się etykietki. Żeby było jasne: nie podzielam poglądów słuchaczy Radia Maryja – bronię tylko ich prawa do wyrażania poglądów. Od początku budził też we mnie niesmak zmasowany atak na Lecha i Marię Kaczyńskich.
Jakie zdobył pan doświadczenia, zakładając kawiarnię w Warszawie?
Do tego czasu żyłem w świecie umów o dzieło i jeździłem po świecie. Z takiej perspektywy można poczuć się bardzo dobrze i pomyśleć, że nie ma żadnych polskich problemów. Zmagając się z urzędami, zrozumiałem, jak wygląda życie drobnych przedsiębiorców. A i tak miałem łatwiej – jako Holender i aktor. Trafiłem też na dobry czas. Gdy planowałem otworzyć kawiarnię, wszyscy mnie uprzedzali, że muszę uwzględnić w biznesplanie koszty łapówek, i instruowali, jak wręczać pieniądze – z kwiatami albo w książce. Miałem szczęście, że w Warszawie rozpoczęła się kadencja prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nikt mnie nie zmuszał do żenującej czynności wręczania łapówki. Kiedy Ziobro był ministrem, chłopak, który ściągał haracze z restauracji na ulicy Foksal, zniknął. Pojawił się, kiedy Ziobro ustąpił. To są fakty. Potem była kwestia samolotu.
Co pan myślał?
Gdyby spadł holenderski, z głową państwa na pokładzie, nie wyobrażam sobie, żeby jego szczątki leżały dłużej, niż to jest konieczne. Już nie mówiąc o komórkach przedstawicieli wszystkich partii, telefonie satelitarnym itd. W Polsce nie oddzielono racji stanu od politycznych sympatii i antypatii. Państwo nie zadbało o swoje elity i obywatel ma prawo podejrzewać, że jeżeli prezydent państwa nie jest bezpieczny – o niego też nikt nie zadba. To się potwierdziło w Afganistanie. Polakom potrzebna jest lekcja, jaką odebrałem w mojej szkole, gdzie uczyliśmy się o państwie, o jego strukturze, o tym, że media są czwartą władzą, a nie przystawką tej trzeciej, czyli wykonawczej. Nauczono nas również, że partie tworzą treść naszego życia politycznego, ale forma państwa nie może być przez nie naruszona. Tak jak ciecz nie może stać się naczyniem, a naczynie cieczą. W Polsce wiele rzeczy jest postawionych na głowie.
Co pan myśli o legalizacji lekkich narkotyków?
Nie można przeszczepiać rozwiązań z innych krajów bez uwzględniania specyfiki państw, gdzie mają być stosowane. Zacznijmy od tego, że Holendrzy palą inną marihuanę od serwowanej w cofeeshopach dla zagranicznych klientów pragnących zapalić jointa i mieć odlot jak po heroinie. W takich wypadkach efekt jest taki, jakby ktoś wypił litr wódki jednym haustem, bo w nadmiarze wszystko staje się trucizną. Legalizacja narkotyków to złożona kwestia. Tak naprawdę marihuana w Holandii nigdy nie była legalna. Wymyślono tylko formułę patrzenia na sprawę przez palce, ale przy wzmożonej kontroli państwa. W Polsce, do której właśnie dociera kryzys, uważam tę kwestię za problem zastępczy. To jest temat, który powinien czekać na rozwiązanie w kolejce. Został wywołany sztucznie. Powiedziałbym: „Pan tu nie stał. Nie pana kolej". Są inne, ważniejsze tabu, które w Polsce trzeba łamać.
Na dobre i na złe
TVP 2 | 20.05 | PIĄTEK | 16.20 | NIEDZIELA
Cztery noce z Anną
TVP Kultura | 21.35 | NIEDZIELA
Kontrym
TVP 1 | 20.30 | PONIEDZIAŁEK
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA