fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Pełzający totalitaryzm

Michał Wojciechowski
Fotorzepa, ms Michał Sadowski
Dziennik Ustaw to kilkanaście tysięcy stron rocznie, tysiące życiowych ograniczeń i komplikacji. Na każdego można znaleźć haka, a już zwłaszcza na przedsiębiorcę – pisze filozof i publicysta
Oficjalnie mieszkamy w państwie demokratycznym, które gwarantuje prawa i wolności ludzkie, troszcząc się o potrzeby obywateli. Z kolei ustrój gospodarczy uchodzi za kapitalistyczny. Jak to jednak w życiu bywa, opakowanie niezbyt odpowiada zawartości. Faktycznie żyjemy w ustroju biurokratycznym, w którym władza dba o siebie, powiększając kontrolę nad obywatelem i jego pieniędzmi. On zaś nie bardzo może liczyć na ochronę i sprawiedliwość.

Władza robi niewiele

Słowo demokracja oznacza rządy obywateli. Skoro jednak w obecnym systemie o obsadzie list wyborczych różnych szczebli decydują liderzy partyjni, to oni faktycznie rządzą. Mamy bowiem wybór głównie między ludźmi Kaczora a ludźmi Donalda (z kimkolwiek byśmy sympatyzowali), ewentualnie kolesiami z jakiejś formy lewicy bądź od ludowców. Partie polityczne wpisały do konstytucji zasadę proporcjonalności wyborów, która ten stan utrwala, wykluczając wybieranie posłów na zasadzie większościowej, w jednomandatowych okręgach wyborczych, czyli głosowanie na osoby – w takim systemie nie mogłyby bowiem wtykać wyborcom protegowanych szefa. Zafundowały też sobie utrzymanie z budżetu. Nic dziwnego, że udział w wyborach nie jest za liczny, nie należy za to obywateli strofować.
Resztką rzeczywistej demokracji są wybory prezydentów miast i wójtów, w których przebijają się jeszcze jacyś bezpartyjni (choć takim radni z list partyjnych oraz władze centralne potrafią nieźle bruździć). W wyborach jednomandatowych do Senatu pojawiła się szansa, że tendencja ta się wzmocni, ale przyzwyczajeni do systemu partyjnego obywatele zamiast na cechy kandydata patrzyli niestety na szyld partyjny. Przeważają zatem wśród kandydatów „mierni, ale wierni", czerpiący z polityki profity, no i skorumpowani. Na stanowiska trafiają ludzie mało kompetentni; lepsi się w tym towarzystwie szarpią. Władza, choć ciągle coś zmienia, robi faktycznie niewiele i jest niezdolna do działań długofalowych, czego mniejszym przykładem jest ospałe budowanie autostrad czy wałów przeciwpowodziowych, a poważniejszym słabość armii i wymiaru sprawiedliwości – gdzie państwa potrzeba, tam go nie ma. Ktoś jednak rządzić musi, decyzje trzeba podejmować. Więc kto? Nowa linia, czyli potulna bierność Polski wobec UE, oznacza, że tam zapadać będzie coraz więcej rozstrzygnięć. I nie będą one zbyt korzystne, bo z głównych krajów Europy tylko Francja może mieć jakiś interes we wzmacnianiu nas (dlatego chce tworzyć w Polsce energetykę atomową, nie tylko dla biznesu). Na obecne USA nie ma co liczyć. Nie należy też wykluczać wpływu obcych agentów, bo jakoś nie słychać, żeby nasze tajne służby takich chwytały. Czym się te służby zajmują? Wykrycie krajowej korupcji politycznej może prowadzić, jak wiadomo z przykładu szefa CBA, do utraty stanowiska. Czy ograniczają się więc one do drobniejszych przestępców? Czy osłaniają ekipę rządzącą przed wpadkami i szukają haków na opozycję (niezbyt skutecznie)? Robią kasę? Przez swoich ludzi sterują polityką i mediami? Wobec indolencji polityków nie byłoby to takie dziwne, ale czy te służby są od nich sprawniejsze? I czy te służby przejawiają odpowiedzialność za państwo, jaką bądź co bądź widać w rosyjskiej KGB?

Jeszcze trochę swobód

Dziennik Ustaw liczy kilkanaście tysięcy stron rocznie. Oznacza to tysiące ograniczeń i komplikacji w życiu codziennym. I to, że każdy w jakimś momencie narusza prawo. Narusza je np. ten, kto pożyczył trochę pieniędzy od rodziny i nie zgłosił w urzędzie skarbowym. Na każdego można znaleźć haka, a już zwłaszcza na przedsiębiorcę. Te prawa są nieraz sprzeczne ze zwyczajnym poczuciem sprawiedliwości, ale urzędy, policja i sądy mają obowiązek je egzekwować. Szczególnie niepokojąca jest zła opinia Polaków o sądownictwie, jako niesprawnym, nieprzychylnym i skorumpowanym oraz nieodpowiadającym za swoje błędy. Może jest ona przesadna, ale prawie każdy zna przykłady. Pismo sądowe wysłano na adres od trzech lat nieaktualny – i uznano za doręczone, ze skutkami finansowymi. Samochód złamał dziewczynie lewą nogę na pasach; sąd uznał, że wtargnęła na jezdnię, przyjmując, iż nadjechał on z prawej (uwierzył fałszywym świadkom). Firma skłócona z lokalną sitwą przegrywa w miejscowym sądzie wszystkie sprawy (a w apelacjach wygrywa). Sądy posuwają się do ignorowania dowodów (dziwne orzeczenia w sprawach lustracyjnych albo w sprawie „Gościa Niedzielnego"). W odróżnieniu od wyroków na kryminalistów rosną grzywny i mandaty nakładane przez urzędników na obywateli. Równolegle jednak sądownictwo wydaje się mieć coraz więcej władzy. Sąd może po swojemu wybrnąć z niejasnych przepisów. Trybunał Konstytucyjny może zawetować każdą ustawę z dowolnym uzasadnieniem. Prokuratura może wszcząć śledztwo w sprawie nadużyć polityka lub nie. Niezależność tych instytucji, choćby nominalna, jest pozytywnym punktem naszego ustroju państwowego, ale niepokój budzi sytuacja, w której muszą one kompensować rażące słabości ustaw i władzy wykonawczej. Dalej, niezbyt dawne afery dowodzą, że odpowiednie służby mogą znaleźć pretekst do nagrania rozmów prywatnych, a potem wykorzystać je poza sprawą. Firmy telekomunikacyjne miały mieć nakazane, by gromadziły na ich użytek mnóstwo wrażliwych danych o użytkownikach, co otwiera pole do nadużyć i szantaży. Politycy z pomocą prokuratury mogą dotrzeć do krytykujących ich internautów, a kontrola Internetu ma się nasilić. Dziennikarze są karani z paragrafu wprowadzonego w czasach komunizmu dla zwalczania opozycji. Krytyka bywa karana sądownie. Nie zważając na sprzeciwy, PO przepchało ustawę, która zakazuje dawania niegrzecznemu dziecku klapsa, a nawet ostrzejszej nagany, dzięki czemu będzie można ścigać i zohydzić w mediach każdego niewygodnego rodzica, a także odebrać mu dzieci. Zająć się tym ma wielostopniowy aparat administracyjny o dużych uprawnieniach. Biurokratyczne i ideologiczne państwo chciałoby podporządkować sobie rodzinę. Pewnie coś jeszcze wymyśli. W projekcie czeka też ochrona dewiacji seksualnych przed krytyką, natomiast nie widać, by prawo skutecznie chroniło polityków opozycyjnych względnie religię. Niezależność IPN osłabła na rzecz podporządkowania partii rządzącej. Media z publicznych stają się już nawet nie państwowe, lecz partyjne. Nowa ustawa ogranicza autonomię uczelni wyższych i osłabia ich trzon, profesurę. Krok po kroku, taktyką salami, państwo wchodzi coraz dalej w życie obywateli. Miarą bezradności jest rosnąca co roku liczba skarg do rzecznika praw obywatelskich. Czy obecna rzeczniczka, politycznie bliska PO, będzie tak niezależna jak jej poprzednik, który zginął w Smoleńsku? Na razie bierze na warsztat problemy pomniejsze. Oczywiście, trochę swobód jeszcze nam zostało. Ale w końcu na wszystkich przyjdzie pora. Przypuszczam, że Kościół katolicki, jako największa instytucja niezależna od państwa, będzie wzięty pod but jako ostatni, choć ten proces już się zaczyna. W tej chwili zmierzamy do tego, że konstytucyjnie niezależne organy państwa staną się przedłużeniem jednej partii, która jak dotąd sukcesami w reformowaniu kraju się nie popisała. Pierwsze próbki to wspomniane już ustawy o IPN i o kontrolowaniu rodzin, skwapliwie podpisane przez wówczas jeszcze p.o. prezydenta. Zdobycie prezydentury pozwala na samowolę legislacyjną, gdyż lewica złe ustawy chętnie poprze. Rzecz jednak nie w takich czy innych cechach danej partii. Każda z nich obdarzona nadmierną władzą może się wyrodzić. Jest to problem ustrojowy.

Ograniczyć urzędników

Tego też u nas nie ma. Zacznę od tego, że słowo „kapitalizm" jest często rozumiane opacznie i propagandowo, jako rządy pieniądza. Według definicji encyklopedycznej składa się nań jednak oparcie na własności prywatnej oraz wolny rynek. Od tego wzoru obecna Polska jest dość odległa i tak samo gros świata. W rezultacie winę za kryzys składa się na kapitalizm, gdy faktycznie problemem jest jego brak. Co do własności prywatnej, to w Polsce nie nastąpiła reprywatyzacja, duży majątek zrabowany po wojnie przez komunistów pozostaje w rękach urzędników albo został podejrzanie sprywatyzowany. W niezależnym rankingu pod względem ochrony materialnej własności obywateli Polskę sklasyfikowano na 98. miejscu w świecie! Wysokie podatki utrudniają naturalne narastanie własności prywatnej, skazując większość obywateli na czekanie do pierwszego. Jest jednak grupa ludzi, która robiła i robi dobre interesy na kontaktach ze sferą budżetową, która tym samym służy do przelewania pieniędzy szaraków do kieszeni funkcjonariuszy i wybranych biznesmenów. Jest to zamaskowana kradzież, a nie kapitalizm. Dalej, do istoty własności należy dysponowanie nią swobodnie. Podważają to mnogie ograniczenia wolności gospodarczej, od setek typów koncesji po uciążliwe prawo budowlane. Zamiast wolnego rynku mamy mnóstwo ograniczeń, tak krajowych jak europejskich, nieraz absurdalnych. Dostosowanie się do nich drogo kosztuje. Otwarcie firmy wymaga serii uciążliwych procedur, a na przedsiębiorcę czyha 40 instytucji kontrolnych. Ich połączenia pod zarządem wojewódzkim da lokalnym sitwom nową broń. Na razie ułatwienia dla gospodarowania albo są pozorne, albo idą w kierunku zwiększenia praw pracodawców kosztem pracowników. Tymczasem potrzebne jest wzmocnienie jednych i drugich, a ograniczenie władzy urzędników.

Czasy saskie bez wolności

Czasami porównuje się Polskę obecną do saskiej: korupcja, demagogia, awanturnictwo, brak decyzji, słaba armia, obce wpływy, przegrywający patrioci, suwerenność w obcych rękach. Reakcją na uczciwość bywa zdziwienie i pogarda. Jest jednak znamienna różnica. Polska dawała wtedy sporo wolności. Nie było gorsetu przepisów ani wysokich podatków. Dziś za fasadą wolności chowa się armia urzędników, służby specjalne i inne organy państwa, wprawdzie nieudolnego, ale rozwiniętego i uzbrojonego we wszystko, co potrzebne, by fizycznie i mentalnie zniewolić obywateli. Gwarancje wolności nie mają charakteru obiektywnego, gdyż zależą od dobrej woli władzy. Nowoczesne państwo jest samo w sobie niebezpieczne. Póki rządzący są uczciwi, albo chociażby słabi, problemu nie widać. Takie państwo może jednak wpaść w ręce zbrodniarzy, którzy się nim posłużą – jak to było w przypadku Niemiec hitlerowskich i Rosji sowieckiej. Ale i obecna sytuacja nie jest dobra. Państwo stało się żerowiskiem grup interesów. Najpierw własnych funkcjonariuszy, których nie jest w stanie pozwalniać ani zdyscyplinować. Potem partii politycznych i ich wspólników z szemranych biznesów. Potem ideologów, którzy rękami państwa chcą forsować swoje upodobania, czy to seksualne, czy ekologiczne, czy jeszcze jakieś. Media zwykle tego nie ujawniają, bo albo są państwowe, albo zdominowane przez ideologię lewicowo-liberalną, albo zwyczajnie kupione. Na pewno jednak państwo nie służy większości – przeciwnie, zabiera obywatelom coraz więcej wolności i pieniędzy, krok po kroku idąc ku kontroli typu totalnego, posłodzonej świadczeniami (kiepskiej zresztą jakości, jeśli popatrzeć na nasze szkoły czy służbę zdrowia). Bez tych świadczeń nie można się obyć, gdyż uprzednio władza zabiera pracującemu legalnie na pensji jakieś dwie trzecie tego, co wypracował (rolnikom, zasiłkobiorcom i emerytom mniej, średnio każdemu około połowy). A ubóstwo oznacza też brak wolności. Totalitaryzm potocznie kojarzy się z władzą opartą na przemocy. Słowo to oznacza jednak językowo władzę całkowitą. Może więc istnieć totalitaryzm mało widoczny, działający na zasadzie tysięcy cienkich nici, jakimi związano Guliwera, oraz pod maską. Ale i taki wobec broniących wolności stanie się w końcu brutalny, nie wolno się łudzić. Albo pójdziemy ku państwu nadzoru biurokratycznego, politycznego i propagandowego, albo ku wolnościowemu.

Mniej państwa!

Pamiętam z lat 70. i 80., że nadużycia władzy opisać w prasie podziemnej było łatwo, ale trudniej zaproponować program działania. W końcu się okazało, że najlepsze było właśnie ujawnianie zła i pokazywanie innych możliwości, bo nawet ludzie rządzący Sowietami i Polską stwierdzili, że kapitalizm jest dla nich lepszy, a religia przewyższa marksistowską propagandę. Wspólnym mianownikiem wymienionych negatywnych zjawisk jest rozrost instytucji państwa. Potrzebne są więc dogłębne zmiany ustrojowe, od konstytucji począwszy: ale nie wyrywkowe, lecz dogłębne i przemyślane – choćby śladem projektów, opublikowanych bez większego niestety echa przez Janusza Kochanowskiego jako rzecznika praw obywatelskich. Zatem żądajmy od kolejnych ekip, by było mniej państwa: tak w życiu prywatnym, jak w publicznym i gospodarczym! Autor jest filozofem i teologiem, profesorem uniwersytetu w Olsztynie
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA