fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Gospodarze czekają na tytuł od 24 lat

Zwodnicy Nowej Zelandii w tradycyjnym tańcu haka
AFP
Mistrzostwa Świata. Po tygodniach szaleństwa Nowa Zelandia ma to, na co czekała: All Blacks w niedzielnym finale
Właściwie to jajem jest połowa Ziemi, bo ta druga, na której leży Polska, jest okrągła, futbol przesłonił jej wszystko i nie do końca zdaje sobie sprawę, co się przez ostatnie tygodnie w Nowej Zelandii działo. Że właśnie dobiega końca trzecia co do wielkości impreza sportowa na świecie, po letnich igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata w piłce nożnej.
Są takie kraje, w których miłość do futbolu nie wyklucza uczuć do rugby, tak jest m.in. na Wyspach Brytyjskich, w Argentynie, Urugwaju, a we Francji, u finałowego rywala Nowozelandczyków, są takie regiony, gdzie rugby jest kochane mocniej. Polsce bliżej do Niemiec czy Brazylii, gdzie dla rugbystów została wąska nisza, choć w tłumie przyciągniętym przez nowozelandzkie mistrzostwa byli i nasi kibice. Może będzie ich więcej, gdy rugby (w wydaniu siedmioosobowym, ale dobre i to) wróci od 2016 roku do programu igrzysk olimpijskich.
Turniej olimpijski nigdy jednak nie dorówna gorączce mistrzostw świata. Turnieju bardzo młodego, bo rozgrywanego dopiero od 24 lat. Dwanaście nowozelandzkich stadionów zapełniało się przez półtora miesiąca niemal do ostatniego miejsca. Na żywo 47 spotkań turnieju (finał będzie 48.) obejrzało ponad 2 miliony ludzi. A transmisje telewizyjne przyciągnęły według szacunków 4 miliardy kibiców.
Dochody ze sprzedaży biletów już przekroczyły zaplanowane 268,5 mln dol. nowozelandzkich (153 mln euro). I nikt się przed turniejem nie martwił o rozróby czy ustawki. Rugby, chuligańska gra dla dżentelmenów, przyciąga na trybuny widzów z temperamentem, ale bez nienawiści do obcych plemion. Normą jest dobra zabawa i oklaskiwanie rywali, nawet gdy po szarży na boisko pada zawodnik gospodarzy.
Wyjątek kibice robili tylko dla Quade'a Coopera. Nowozelandczyka, który wybrał Australię i został gwiazdą jej reprezentacji. Zdrada niewybaczalna i pomszczona w półfinale, w którym Nowozelandczycy pokonali Australię 20:6. I są przekonani, że Puchar Williama Webba Ellisa wróci w niedzielę do domu. To Nowa Zelandia była gospodarzem pierwszego Pucharu Świata w 1987 roku. W finale pokonała właśnie Francję. A potem co cztery lata przychodziły kolejne turnieje i zadziwiające porażki, nawet gdy w drużynie był wielki Jonah Lomu, gwiazda światowego rugby i twarz tej dyscypliny.
Na zmianę Nową Zelandię upokarzały Australia i Francja, z jednorazową przerwą na turniej w RPA, w 1995 roku, kiedy w finale 15:12 zwyciężyli gospodarze. Ale dla All Blacks drugie miejsce to też porażka. Oni czują się narodem wybranym w rugby, jak Anglicy w futbolu. Teraz przygotowali wszystko, żeby znów świętować. Oni i kilkaset milionów fanów jajowatej piłki na świecie wierzą, że historia zatoczy koło i znów po drodze do pucharu pokonają Francję. W grupie już z nią wygrali, 37:17. Ale tego finału się boją, przede wszystkim sprytu Francuzów, którzy nie czarowali w tym turnieju, a jednak przeskakiwali wszystkie przeszkody.
Mecz odbędzie się na stadionie Eden Park w Auckland. To twierdza gospodarzy, którzy nie przegrali tam od 1994 roku. Ostatnimi, którzy ich tam pokonali, byli, nie trzeba dodawać, Francuzi.
Transmisja w niedzielę o 10 (Polsat Sport Extra, Polsat Sport News)
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA