fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory parlamentarne 2011

Kampania wyborcza PiS wygrywa z PO - Igor Janke

Igor Janke
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
PiS chciało pokazać: tak, Tusk jest może fajny, ale Polska dziś potrzebuje nie kogoś fajnego, lecz skutecznego. I ten przekaz działa na wyborców – zauważa publicysta „Rzeczpospolitej”
Niecały rok temu wydawało się, że PiS jest formacją, którą czeka już tylko zjazd w dół. Ostry zwrot w retoryce i działaniu dokonany przez Jarosława Kaczyńskiego po kampanii prezydenckiej oraz odejście dzisiejszych działaczy PJN wskazywały, że partia idzie do prawej ściany i tam chce już na zawsze się umiejscowić. Przewidywano, że zamknie się w wąskim, kilkunastuprocentowym elektoracie radiomaryjnym.
Tymczasem dziś Prawo i Sprawiedliwość znów jest na fali wznoszącej. Odbija centrum, staje się atrakcyjne dla młodych ludzi, a Jarosław Kaczyński jawi się jako poważny, odpowiedzialny, skuteczny przywódca. Prawdopodobieństwo wygrania wyborów przez PiS jest spore. Co się zatem stało?

Udana kampania PiS

Platforma po czterech latach słabych rządów zapracowała na to, by mieć znacznie silniejszego konkurenta. Można powiedzieć, że gdyby PiS działało rozsądniej przez ostatnie lata i wykorzystało wszystkie szanse, dziś byłoby niekwestionowanym liderem idącym po pełnię władzy. Niemniej trzeba przyznać, że obecna kampania wyborcza partii Kaczyńskiego jest bardzo dobrze przemyślana, konsekwentna i  trudna dla Platformy. Choć nieagresywna i pozbawiona fajerwerków, to jedna z lepszych kampanii ostatniego dwudziestolecia.Skomentuj ten tekst
Głównym problemem PiS był fakt, że Polacy, choć część z nich jest niezadowolona z obecnych rządów i poziomu życia, cały czas lubili Plaftormę.  Duża część umiarkowanych wyborców, o nie do końca sprecyzowanych poglądach, myślała: jak tu krytykować partię i jej premiera, który jest sympatyczny i tak dobrze przyjmowany w Europie? Narzekać można, ale na Kaczyńskiego. Na Tuska nie wypadało. Można by wyjść na oszołoma, a tego przecież nikt nie lubi. Charakterystyczna była reakcja po ataku Zbigniewa Ziobry na polski rząd w Parlamencie Europejskim. Ukryta w dłoniach twarz Donalda Tuska pokazywana przez telewizyjne kamery oddawała to, co myślało wielu ludzi: „Co za wstyd!". Za rządów PiS krytyka za granicą spotykała się z aplauzem niektórych środowisk w kraju. Ale teraz jest inaczej. Ton wypowiedzi nadawany przez główne stacje telewizyjne, radiowe i „Wyborczą" odnosił skutek.

Jak żyć, panie premierze?

Tak było jeszcze późną wiosną. W ciągu zaledwie kilku miesięcy, wiele się zmieniło. Kampania wyborcza tak naprawdę zaczęła się od wizyty Jarosława Kaczyńskiego w sklepie spożywczym. Choć akcja na pierwszy rzut oka była niezbyt udana i raziła teatralnością, efekt został osiągnięty: zaczęto mówić o wysokich cenach. W lipcu, w radiu tysiące razy wyemitowano spoty, w których tzw. zwykli ludzie opowiadali, jak ciężko im się żyje, zwracając się zdesperowanym głosem: „Panie premierze, słyszy mnie pan?". I kończyli: „Proszę mi nie mówić, że nie mam prawa pana krytykować". Kampania przeszła niemal niezauważona przez media, ale była  intensywna. Wysłuchały jej miliony Polaków. Jej celem było „odblokowanie" ludzi, by się nie wstydzili – choćby w rozmowach ze znajomymi – krytykować rząd. Po miesiącu o dziesięć punktów procentowych podskoczyła liczba ankietowanych, którzy w sondażach deklarowali się jako „niezdecydowani". Nie mówili, że chcą głosować na PiS, ale nie mówili też, że wybierają Platformę. Potem, jak manna z nieba, PiS-owi spadł „Paprykarz" Stanisław Kowalczyk, który podczas transmitowanej na żywo w telewizjach wizyty Donalda Tuska zaczepił go i zapytał dramatycznie: „Jak żyć, panie premierze?". „Paprykarz" stał się stymulatorem antyrządowej kampanii. Kowalczyk, szybko ściągnięty na pisowskie wiece, pierwszy pokazał, że publicznie można krytykować ulubionego szefa rządu. Co ważne, nie wyglądał obciachowo ani radiomaryjnie. To normalny, wygadany przedsiębiorca rolny. Łatwo było się z nim identyfikować. Następni byli kibice, którzy antyrządowe demonstracje organizowali wszędzie, gdzie tylko pojawił się Donald Tusk. Wkrótce zniechęcenie do Platformy albo przynajmniej do agresywnego ataku na PiS zaczęli wyrażać celebryci. A to Kazik Staszewski powiedział, że Lech Kaczyński nie był zły, a to Muniek Staszczyk oświadczył, że z tym szewstwem antypisowskim to była przesada. Nie było to poparcie, ale odblokowanie drzwi, które wydawały się zamknięte na amen.

Trafić do młodych

Do tej pory to PiS było ofiarą nieustannego ataku, nie tylko politycznego. Największym problemem Kaczyńskiego i jego partii nie byli niechętni mu dziennikarze „Faktów" TVN czy nieustanny nalot ze strony TOK FM i „Wyborczej". Najgorszy był przedpolityczny, podprogowy, kulturowy atak w rozrywkowych programach Kuby Wojewódzkiego, Szymona Majewskiego czy Grzegorza Miecugowa. Kpina z PiS była wszędzie i zawsze w dobrym tonie. Teraz to zaczęło się odwracać. Kiedy premier wyruszył „tuskobusem" w Polskę, spotkał się z masową, publiczną krytyką. Krzyczeli na niego kibice, płakała starsza pani, żalili się zwykli ludzie. Premier zetknął się z czymś, czego nie znał. A jednocześnie nawet „Wyborcza" nieustannie donosiła, jak to kiepsko idą inwestycje drogowe, czy jak nierealizowany jest plan cyfryzacji kraju. Platforma przestawała być trendy. Dlatego pojawienie się na listach i na billboardach PiS młodych, atrakcyjnych, dobrze ubranych dziewczyn, choć wydawało się nienaturalne, okazało się strzałem w dziesiątkę. W „Newsweeku" pojawił się reportaż o młodych zwolennikach partii Kaczyńskiego przedstawiający ich dokładnie tak, jak niegdyś zwolenników PO – młodych, wykształconych, z wielkich miast. Bo dla nich też PiS ma swoją ofertę: obietnicę odblokowania układów, które hamują rozwój kariery młodych ludzi w Polsce. Kaczyński nie zdejmował wprawdzie czarnego krawatu, ale wkraczał na salę, gdzie obradowali młodzi przy dźwiękach „We will rock you" Queenu. Pokazywał się jako ktoś, kto umie otwierać drzwi, przez które do świata dorosłości mogą wkroczyć młodzi – tak, jak w jednym ze spotów PiS. Kaczyński nie kojarzy im się już jako dawny koalicjant LPR i Samoobrony – tego nie pamiętają. Pamiętają ostatni przekaz.

Rozbrajanie bomb

Przed PiS ciągle stały jednak zagrożenia. Jednym z nich był brak ekspertów. Poważnym problemem było pytanie: „Komu byś powierzył swoje pieniądze: Beacie Szydło czy Jackowi Rostowskiemu?". Choć nikt nigdy nie udowodnił niekompetencji Beacie Szydło, to nie ma ona wizerunku porównywalnego z Rostowskim. On jest pracującym przez lata w Londynie ministrem finansów, ona byłym burmistrzem małego miasteczka. Stąd szybka akcja w amerykańskim stylu: ustawiona pod prasę kolacja Zyty Gilowskiej z Jarosławem Kaczyńskim, seria jej wywiadów i wystąpień. Podobnie z ustawami podatkowymi i Witoldem Modzelewskim w tle. Kaczyński zdał sobie zresztą sprawę z tej słabości swojej partii i do wyborów wystawił sporą grupę nowo pozyskanych prawników, ekonomistów, naukowców różnych dziedzin, ekspertów ds. polityki zagranicznej. Kampania wyborcza partii Kaczyńskiego jest bardzo dobrze przemyślana, konsekwentna i dla PO trudna Innym potencjalnym problemem mogła być udana prezydencja, a w każdym razie komunikat, że taka była. Stąd w dniu szczytu Partnerstwa Wschodniego PiS rozpoczęło  wielogłosową krytykę pt. „Szczyt był porażką", gdy nie udało się przekonać jego uczestników do przyjęcia dokumentu w sprawie Białorusi. Szczyt nie był może wielkim sukcesem, ale nazywanie go porażką jest przesadą. Okazało się jednak, że PiS stało się zaskakująco skuteczne. Jeszcze zanim Radosław Sikorski i Donald Tusk zdążyli odtrąbić sukces, na portalach już wisiały wypowiadane przez kilku polityków słowa o porażce i długiej liście popełnionych przez rząd błędów. Pozytywny wizerunkowo efekt szczytu został z punktu widzenia kampanii zabity przez akcję PiS.

Szorstki, ale skuteczny

Celem kampanii PiS od początku było pokazanie, że chaotyczne rządy odbijają się na życiu obywateli. PiS nie próbowało tym razem pokazać zaciętych, złych twarzy działaczy Platformy. To właśnie „fajność" i sympatyczność premiera miały się stać kulą u jego nogi. Rząd dba tylko o swój wizerunek, ale w istotnych dziedzinach jest nieudolny. Ceny są wysokie, rozwój młodych ludzi zablokowany, czas jest trudny, trzeba odważnych decyzji (choć mało mówi się o tym, co to za trudne decyzje). PiS chciało pokazać: tak, Tusk jest może fajny, ale Polska dziś potrzebuje nie kogoś fajnego, lecz skutecznego. Kogoś, kto nie boi się konfliktów. Kogoś, kto bywa szorstki, bywa nieprzyjemny, ale umie twardo walczyć o interesy wyborców. Stąd budowanie wizerunku Jarosława Kaczyńskiego jako stanowczego, pełnego sił i wyraźnej wizji męża stanu, przywódcy, który jest w stanie stanąć na czele państwa i pracować dla obywateli. Który potrafi znosić krytykę, ale który umie też pokazać, że Polska i Polacy mogą być suwerenni, nie muszą ulegać innym. Że Polacy mogą być ważni w Europie. W swojej książce Jarosław Kaczyński skrytykował Angelę Merkel. To ma być komunikat: jesteśmy równi innym, możemy krytykować każdego. Polski premier ma takie same prawa jak kanclerz Niemiec, a polski pracownik w londyńskiej knajpie takie same, jak pracujący tam Brytyjczyk. Prezes i jego sztab uznali, że dziś dla Polaków ważne jest nie tylko to, że możemy wynegocjować 300 miliardów złotych, ale to, by czuli się pewnie i bezpiecznie. I to PiS ma być tym, kto zlikwiduje istniejące bariery. To wszystko zgrabnie składało się na finalne hasło: „Polacy zasługują na więcej". To, że zostało zapożyczone, czy – jak chcą niektórzy – ukradzione z kampanii Tony'ego Blaira, miało znaczenie jedynie dla grupki ekspertów od marketingu. Do ludzi trafia przekaz. Skutecznie. Na tydzień przed wyborami PiS zrównało się z Platformą w sondażach.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA