fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Europejski Kongres Kultury - Rafał Ziemkiewicz

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Ile we wrocławskim kongresie jest takich elementów jak koncert Pendereckiego? A ile wysilonych realizacji zamówienia na sztukę jedynie słuszną, która przy użyciu medialnej maszyny ma zostać wbita do głów konsumentów jako wzorzec nowoczesności? – pyta publicysta „Rzeczpospolitej".
Na oficjalnej stronie Europejskiego Kongresu Kultury wielki baner w centralnym miejscu przypomina o stalinowskim Kongresie Intelektualistów w Obronie Pokoju, który odbył się w tym samym mieście w roku 1948. W polskiej wersji językowej można znaleźć coś jakby dyskretny wyraz zdystansowania się wobec tej tradycji, do której postanowili odwołać się, od samego początku prac nad imprezą, organizatorzy EKK. W materiałach obcojęzycznych jednak budowanie skojarzenia pomiędzy tamtym kongresem a obecnym odbywa się w taki sposób, jakby stalinowska tradycja imprezy przynosiła jej zaszczyt.
 
Pobieżny rzut oka na listę zaproszonych gości i prelegentów, tych zwłaszcza, których umieszczono w głównych punktach programu, nie pozostawia wątpliwości, że przez nich zapewne jest tak odbierana.

Przedsięwzięcie na poważnie

Bliższe przyjrzenie się programowi tej bizantyjskiej imprezy, urządzonej ogromnym kosztem dla wsparcia propagandowej tezy o naszym poczesnym miejscu w Europie, sprawia jednak, że za tamtym, stalinowskim kongresem można wręcz zatęsknić. Jak to ujął, parafrazując Hegla, duchowy patron obu imprez: historia się powtarza, ale jako farsa.
Kongres z roku 1948 był przedsięwzięciem podłym, ale niewątpliwie poważnym. Związek Sowiecki, główny inspirator i organizator, miał poważny problem: Amerykanie o kilka lat prześcignęli go w pracach nad bronią jądrową, mieli śmiercionośną bombę gotową do użycia, podczas gdy uczeni sowieccy dopiero się nad nią biedzili, a tamtejszy przemysł ledwie zaczynał poznawać niezbędne dla jej produkcji technologie.
Dlatego komuniści, od zarania głoszący pochwałę i potrzebę wielkiej wojny, która wyzwoli uciskany proletariat spod jarzma, nagle stali się, na czas niezbędny do dogonienia Ameryki, największymi na świecie pacyfistami. Ponieważ wychodziło to naprzeciw nastrojom wymęczonych wojną społeczeństw zachodnich, aż prosiło się pozyskać dla "sprawy pokoju" zachodnich "pożytecznych idiotów" z salonów i uniwersytetów. Nie wszyscy z nich okazali się takimi idiotami, jak zakładano – część zdała sobie sprawę, w co została wciągnięta, i demonstracyjnie Wrocław opuściła.
Miejscowi organizatorzy, pod batutą towarzysza Jerzego Borejszy, mieli cel skromniejszy, i ten się ugrać udało. Kongres pełen osób w rodzaju Picassa, Sartre'a i Eluarda stanowił część Wystawy Ziem Odzyskanych i miał symbolicznie przyklepać pojałtański porządek.
Jakkolwiek na sprawę patrzeć, ideologia, której służył Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju (do tradycji którego, powtórzę, świadomie i konsekwentnie odwołują się organizatorzy obecnie odbywającej się we Wrocławiu kosztownej farsy – inaczej bym o nim nie pisał) była na poważnie, była w natarciu. Wielu niemarksistów wzorem Sartre'a kapitulowało przed "koniecznością dziejową", przed młotem dialektyki postępu i wizją nieuchronnego upadku kapitalizmu.

Nadbudowa bez bazy

Próba reanimacji tego klimatu poprzez spędzenie do Wrocławia pogrobowców marksizmu (o dowodach starannej selekcji zaproszonych pod kątem "poprawności" poglądów pisaliśmy już na tych łamach) dla wspólnej obrony "idei europejskiej" i postępu przypada zaś na moment, gdy wszyscy widzą, że Unia Europejska jest wspólnotą egoizmów Niemiec i Francji, które dyktują warunki innym państwom, mniej lub bardziej stanowczo w zależności od tego, jaki jest stopień ich gospodarczego uzależnienia.
W istocie, mówiąc językiem patrona obu kongresów, nadymanie kulturalnej "nadbudowy" jest próbą ukrycia faktu, że z "bazy" praktycznie nic już nie pozostało.
Ktokolwiek widział, na przykład, pomniejszą siedzibę Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, utrzymywaną kosztem setek milionów euro tylko dla absurdalnego przyzwyczajenia, bądź inne  przykłady europejskiej rozrzutności, tego wrocławska feta ani nie zmrozi, ani nie rozgrzeje. Szkoda oczywiście, że do jej sfinansowania przykładają się polscy podatnicy, i śmiech bierze, iż w podobny sposób manifestuje się europejską gospodarność w czasie, gdy w nieodległej od Wrocławia Krynicy wszyscy mówią o nieuchronnie nadchodzącym kryzysie i konieczności wyrzeczeń.

Frankenstein się rusza

Ale też, nie ukrywanym, w obecnej sytuacji bodaj głównym celem kongresu jest wymuszenie gwarancji, iż wydatki na utrzymywanie najwierniejszych promotorów "idei europejskiej" nie zostaną uszczuplone, a nawet wzrosną.
Europejski Kongres Kultury jest bowiem monumentalnym wykwitem swoistej unijnej – przypadkowa zbieżność nazw – kultury biurokratycznej, ujmowanej w formule "subwencja za sprawozdawczość". U nas najsprawniejszym jej przedstawicielem wydaje się lewicowy koncern wydawniczo-impresaryjno-gastronomiczny "Krytyka Polityczna", która też nie przypadkiem na kongresie czuje się jak przysłowiowa ryba w wodzie.
Owa kultura biurokratyczna wpasowała się w oczekiwania zarządzających "niczyimi" pieniędzmi biurokratów premiuje dziesiątkami książek, których więcej egzemplarzy rozdaje się niż sprzedaje, i które więcej niż nabywców mają recenzji w "prestiżowych" mediach, utrzymywanych z innych grantów; spektaklami i "performance'ami", na których więcej jest rejestrujących kamer niż spontanicznie przybyłych widzów – a wszystko to przy spełnieniu warunku "słuszności", czyli promowania idei europejskiej, tolerancji, postępu, multikulturalizmu i zakazu używania innych żarówek czy sprzętu AGD niż wyprodukowane przez koncerny, które akurat załatwiły sobie "proekologiczne" regulacje w stosownym unijnym organie.
Sponsorujące instytucje dostają liczne "podkładki" zaświadczające, że wydały fundusze zgodnie z przeznaczeniem, a media liczne dowody "prężności" działania sponsorowanych i sponsorujących. Europejska kultura, jak pozszywane z trupich kawałków monstrum Frankensteina, rusza się i daje dowody życia. Ale to nie jest życie. To ruchy tego samego rodzaju co trzepotanie zdechłej żaby, traktowanej prądem w sławnym doświadczeniu doktora Galvaniego; na oko żaba sprawia wrażenie żywej, ale wystarczy, że butla lejdejska zostanie odłączona albo zwyczajnie się wyczerpie, i pozory życia znikną.
Naturalnie, dysponując ogromnym funduszem, można zorganizować także imprezy, które przyciągają publiczność. Na koncert Krzysztofa Pendereckiego zapewne sprzedałoby się dość biletów, aby się opłacił. Tylko taki koncert można ściągnąć do miasta bez opakowywania go w pseudouczone dyskusje o "kulturze prekariatu" czy "przezwyciężaniu patriarchalnych reliktów" we współczesnym seksualizmie.
Ile jednak jest takich elementów w programie kongresu? A ile wysilonych realizacji zamówienia na sztukę jedynie słuszną, która przy użyciu kosztownej medialnej maszyny ma zostać wbita do głów konsumentów jako wzorzec nowoczesności?

Na szczęście groteska

60 lat temu, gdy zachodni intelektualiści ciągnęli do Wrocławia dać głos za pokojem i socjalizmem, polscy ochoczo korzystali z okazji, by spotkać się z ludźmi stamtąd, nawiązać kontakty, zdobyć jakieś zaproszenie, możliwość wyjazdu. Podobnie i dziś, w unijną maszynę do produkowania pozorów chętnie wkręcają się twórcy poszukujący hojnego, europejskiego sponsora. Pokazać się z jakimś "dziełem" albo "instalacją", która może spodobać się możnemu lobby homoseksualnemu, wykazać się gorliwością w antyklerykalizmie, w potępieniu dla "faszyzmu" i "wstecznictwa" – załapać na podtrzymywany niczyimi pieniędzmi ruch, wziąć w nim udział.
Europejski Kongres Kultury? Ta kultura, której pozory potęgi usiłuje się stworzyć za ciężkie pieniądze i w atmosferze nieznośnego propagandowego zadęcia dziś we Wrocławiu, już wydała owoce. To rozwydrzona gówniarzeria na ulicach Berlina, podpalająca samochody, bo sama by chciała mieć takie, ale jej nie stać. To pijany motłoch w Hiszpanii atakujący pielgrzymów i plądrujący w Londynie sklepy, to protesty bezrobotnej młodzieży, która sama nie wie, czego chce, ale domaga się, żeby starczyło i dla niej, żeby miała tak samo, jak starsze pokolenie, które zabalowało na jej koszt, i żeby długów nie trzeba było oddawać. Nic nie wskazuje, by była w stanie dać cokolwiek lepszego.
Towarzysz Fadiejew, gdy gromił z kongresowej trybuny amerykański imperializm i zmuszał przybyłych obywateli państw zachodnich do odcięcia się od zgniłej, burżuazyjnej demokracji i potępienia własnych, wolnych państw, był przynajmniej groźny, bo przysłali go tam prawdziwi macherzy ustawiający światowy porządek. Profesor Baumann, gdy usiłuje ratować wiarę tamtych czasów przemyśleniami o "płynnej rzeczywistości", czy inni prorocy ponowoczesnej dekadencji i antywartości sprawiają, na szczęście, wrażenie groteskowe.
Bardziej od nich groteskowe jest chyba tylko jeszcze wplątanie w to przedsięwzięcie kolorowych strzałeczek mających promować "polską prezydencję" i zapewnień, że organizując i finansując gromadzie euroartystów taką fajną imprezę, podnieśliśmy swój cywilizacyjny status.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA