fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Żywy gadżet dawnego rocka

Ozzy Osbourne to geniusz autokreacji
Fotorzepa, Piotr Wittman
Ozzy Osbourne udowodnił w Ergo Arenie, że rock and roll nawet w wersji geriatrycznej ma moc i siłę.
Wiek szkodzi demoniczności. Na scenie gdańsko-sopockiej Ergo Areny zobaczyliśmy we wtorek schorowanego człowieka wykonującego pląsy tak dziwaczne, jakby chciał sparodiować samego siebie sprzed 30 lat.
Ciemna koszula słabo maskowała upływ lat, Ozzy przypominał raczej czarnoksiężnika z czeskiej komedii dla młodzieży niż wokalistę, który przyprawiał kiedyś o ciarki, śpiewając "Hole in the Sky" czy "Diary of a Madman". Obejrzyj fotosy z koncertu
A jednak było w tym coś porywającego. Osbourne to w końcu nie tylko klasyk, który wraz z Black Sabbath zmienił bieg rocka, ale też geniusz autokreacji. W jego jarmarczno-kiczowaty wizerunek demonicznego błazna zawsze wpisana była groteska i dlatego ten koncert był widowiskiem wzorowym.
Ozzy Osbourne nie nagrał nic znaczącego od początku lat 90. i najwyraźniej sam doskonale zdaje sobie z tego sprawę, skoro lwią część koncertu wypełniły utwory z lat 80. Rozpoczął od "I don't know" – sporego hitu początku lat 80. – a potem był praktycznie cały zestaw z solowego debiutu "Blizzard of Ozz",  z "Mr. Crowley" i "Crazy Train" na czele.
Jeśli pojawiał się jakiś akcent późniejszych lat i dekad, to tylko w postaci " Bark at the moon", "Shout in the dark" oraz "I don't wanna change the world" i nośnej balladki "Mama, I'm Coming Home".
Ozzy dostawał wówczas od widzów, co chciał – reagowali głośno i owacyjnie na każdy jego gest. Znacznie jednak bardziej, gdy z powrotem zagrzebywał się w przeszłość. Chociaż większość publiczności stanowili ludzie młodzi (niektórych przyprowadzali rodzice), to właśnie utwory  z repertuaru Black Sabbath, liczące dziś ponad czterdziestkę, wywoływały największą euforię.
Usłyszeliśmy więc "Fairies wear boots", "Iron Man", "War Pigs". Ozzy zagrał w zasadzie wszystkie utwory z legendarnego albumu "Paranoid". Te banalnie proste, oparte na jednym riffie, kawałki rzeczywiście do dziś zachowały tę siłę, którą wstrząsały na początku lat 70. XX wieku.
O ile samemu Osbourne'owi wiele można wybaczyć, choćby z racji wieku i zbyt wielu narkotyczno-alkoholowych zawirowań w młodości, o tyle przeciętności towarzyszącego mu zespołu nie tłumaczy nic. Przy nich często fałszujący w wyższych partiach i zaliczający porażki wokalista brzmiał jak rasowa, rockowa gwiazda. Tylko on liczył się na scenie.
Czy kogoś to jednak obchodziło? Fani nie wnikali w szczegóły, dostali ulubione utwory, trochę wybuchów, grę świateł i Ozzy'ego – mimo upływu lat żywy gadżet rock'n'rolla. A on też otrzymał to, po co tu przyjechał. Krzyk żegnający go po solidnym rockowym widowisku.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA