fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Piłkarze Wisły przygotowują się do walki o Ligę Mistrzów

Wisła w Zakopanem: w górę na Kasprowy Wierch kolejką, ale w dół piechotą
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Czas zapomnieć o historii, gra o Ligę Mistrzów zaczyna się od nowa
Korespondencja z Zakopanego
Jest trochę jak na koloniach. W poniedziałek basen, we wtorek wycieczka na Kasprowy Wierch, w środę przejażdżka rowerami po Dolinie Chochołowskiej. Gdyby jednak można było zadzwonić po rodziców, żeby wcześniej zabrali do domu, większości kolonistów już by tutaj nie było. – Narzekają? Na szczęście nie znam polskiego – mówi ich opiekun.
Trener Robert Maaskant pierwszy raz w polskie góry trafił jesienią ubiegłego roku, gdy korzystając z ligowej przerwy na mecze reprezentacji, szukał miejsca, gdzie mógłby w spokoju popracować z Wisłą. Kiedy później do hotelu u stóp Nosala przyjechał na urlop, wiedział już, że będzie to jedno z jego ulubionych miejsc w Polsce. Właśnie tutaj Wisła zaczyna teraz grę o wielkie pieniądze, czyli o awans do Ligi Mistrzów.

Trener pilnuje

Maaskant, podobnie jak niedawno Leo Beenhakker, prosi, by nie żyć historią. Beenhakkera denerwowało przypominanie sukcesów kadry z lat 70., Maaskant wzdryga się na hasło Levadia Tallin kojarzące się z jednym z największych upokorzeń polskich klubów w ostatnim czasie.
Dwa lata temu marzenia mistrzów Polski o sukcesie w Europie skończyły się na pierwszym, wyśmiewanym rywalu z Estonii. – Teraz nie może być powtórki, nawet o tym nie myślę. Będziemy przygotowani już na pierwszy mecz  – mówi Holender.
Trener ma dobry humor. Pytany, czy czuje  presję, odpowiada, udając dreszcze, że jest  spokojny. Na boisku nie ma jednak litości. Poranny trening w pełnym słońcu trwa trzy godziny. Maaskant pilnuje, by nikt nie miał choćby minuty przestoju. Robi widowisko, któremu przygląda się kilkunastu kibiców Wisły. Gdy śpiewają o nim piosenkę, pozdrawia ich ręką.
Początek to rozgrzewka, ostatnie pół godziny bieganie. – Musimy zbudować wytrzymałość na ligę, Puchar Polski i Europę – tłumaczy.
Rano stal hartuje się na boisku Centralnego Ośrodka Sportu, kilkaset metrów od skoczni narciarskiej. Po południu piłkarze w szybkim tempie zwiedzają okolicę. We wtorek wjechali na Kasprowy Wierch kolejką, by drogę powrotną pokonać już na piechotę. Wczoraj przejechali 9 kilometrów na rowerach po Dolinie Chochołowskiej. Są rozpoznawani, ludzie życzą im powodzenia.
Nie ma mowy o chowaniu się przed kibicami czy dziennikarzami. Zdjęcie? Nie ma problemu. – Bóg dał nam dobrych ludzi do drużyny. Widać, że wszystko idzie we właściwym kierunku, a każdy ma w tym jakiś udział – mówi Maor Melikson, dziwiąc się, że ostatnią polską drużyną w fazie grupowej LM był w 1996 r. Widzew Łódź. Liczy, ile wtedy miał lat.
Kiedy rok temu Wisła trenowała w Zakopanem przed sezonem z Henrykiem Kasperczakiem, trener rozkładał rozpaczliwie ręce, mówiąc, że nie ma ludzi do gry. Przed tamtym sezonem ktoś otworzył drzwi i zrobił przeciąg. Teraz nie dość, że zostali wszyscy najważniejsi zawodnicy, to jeszcze ma przyjść pięciu nowych.
Wczoraj drużynę odwiedził dyrektor sportowy Stan Valckx, którego największą zaletą poza kontaktami na całym świecie i znajomością futbolu jest życzliwe podejście do ludzi. Podobno potrafi negocjować jak nikt inny.  W Wiśle mówią, że Stasiu Walczyk to w porządku chłop – zawsze przyjdzie, przywita się. – Jutro znowu mam pilny wyjazd. Chciałbym, żeby jak najszybciej umowę z Wisłą podpisało jeszcze dwóch, trzech piłkarzy – mówi Holender, stojąc przy ogrodzeniu boiska.
W tym czasie Patryk Małecki biega kolejne okrążenie. On jest wszędzie pierwszy – na dole z Kasprowego, na rozgrzewce i w pokoju po obiedzie. Widać, że chce być liderem. Maaskant, zapytany o trzy gwiazdy swojej drużyny, mówi bez zastanowienia: – Małecki, Melikson i Iliev mogą zmienić losy meczu jednym zagraniem.

Odszukać talent

Ivica Iliev to z tego grona najświeższy zakup. Serb ma 32 lata, a w minionym sezonie był mistrzem, zdobywcą pucharu oraz królem strzelców w barwach Partizana Belgrad. Zmieniał kluby jak rękawiczki: w ostatnich pięciu latach grał też w Messinie, Genoi, Energie Cottbus i Maccabi Tel Awiw.
Kilka dni temu do Wisły dołączył także kolejny Holender – Michael Lamey. Kiedyś uznawany za wielki talent, przez kilka lat był zawodnikiem PSV Eindhoven, ostatnio trenował z Leicester City, ale w całym sezonie rozegrał tylko cztery mecze. – Z jednej strony nie jest w rytmie meczowym, z drugiej jest wypoczęty. Lamey kiedyś był zagłaskany, uwierzył w swój geniusz i przestał pracować. Miał talent, pora, by go odnalazł – przedstawia nowego zawodnika Maaskant.

Zdjęcie z Rynku

Z klubu odeszli już Maciej Żurawski, Nourdin Boukhari, Serge Branco, Andy Rios i Erik Czikosz. Nowych twarzy potrzeba na czterech pozycjach: stopera, lewego obrońcy, pomocnika i napastnika.
22 czerwca Wisła wyjeżdża na zgrupowanie do holenderskiego Arnhem, najbardziej zmęczeni dostaną wcześniej kilka dni wolnego. 12/13 lipca zaczyna się walka o Ligę Mistrzów.
Maaskant mówi: – Presja w Krakowie była od samego początku. W szatni powiesiliśmy sobie zdjęcie z przejazdu odkrytym autobusem na Rynek i przez cały sezon dążyliśmy, by coś takiego przeżyć. Dla większości moich piłkarzy to było pierwsze mistrzostwo w życiu, a feta zostawiła niesamowite wspomnienia. Teraz pora na kolejny krok.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora m.kolodziejczyk@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA