fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Każda premiera to ryzyko

Księżyc i magnolie
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Maciej Englert o swoim nowym spektaklu „Księżyc i magnolie” oraz planowanym debiucie filmowym
Bohaterowie „Księżyca i magnolii", którzy pracują nad scenariuszem „Przeminęło z wiatrem" pokazują, że tworzenie sztuki to harówa.
Maciej Englert: Bo taka jest prawda. Często zdarza się, że następują jakieś szczególne warunki, powodujące, że praca zaczyna ocierać się o szaleństwo, ludzie nie wychodzą tygodniami z teatru i właściwie trwa nieustająca próba aż do premiery. Takie sytuacje powodują dodatkową więź, wspólnotę i może też i przez to przynoszą zaskakujące rezultaty.  Gdy w 1987 roku zmarł Czesław Wołłejko, załamał się nam repertuar i w sześć tygodni musieliśmy przygotować „Mistrza i Małgorzatę".  Podobnie szczególne warunki  towarzyszyły powstawaniu przedstawienia  „To idzie młodość".
„Księżyc i magnolie" opowiadają o podejmowaniu ryzyka. Producent „Przeminęło z wiatrem" stawia wszystko na jedną kartę.
Pasja i ryzyko w sztuce są niezbędne. Nawet ten, kto uprawia teatr komercyjny, powinien ryzykować. Inaczej zostaje przy kopiowaniu gotowych formatów, aby mieścić się w panującej koniunkturze. Wszystko jedno czy jest to koniunktura artystyczna czy sprawdzona kasowo. Wygrywają ci, którzy szukają uczciwego dialogu z widownią, z pełnym szacunkiem do niej i jej inteligencji. Martwi mnie więc coraz częściej głoszona teza, że pełna widownia oznacza komercję, natomiast „wyższa" sztuka ( nie mówimy już jakoś o wysokiej) wiąże się z pustą salą. Tymczasem potrzebna jest przestrzeń poszukiwania nowego kontaktu z widzem. Pamiętamy  niespodziewany sukces kasowy niskonakładowego filmu „Dym", próbowano nawet tworzyć wokół niego nową koniunkturę, szczęśliwie bez sukcesu. Mam wrażenie, że w teatrze, mając dziś otwartą drogę do wielkiej różnorodności toczymy walkę o wyższość poszczególnych gatunków czy typów teatru, zamiast z tej wolności wyboru korzystać.
A pan we Współczesnym podejmuje ryzyko?
Nieustannie, bo Współczesny, jest teatrem repertuarowym, a zatem jego byt jest zależny od sukcesu lub klapy.  Z tego powodu naszą cechą był zawsze „szlachetny eklektyzm", różnorodność gatunków, korzystna dla rozwoju warsztatu aktorskiego. Jeśli teatr nie wypracuje wpływów pokrywających  koszta przygotowania sztuk,  to znaczy kiedy ma klapę,  brakuje pieniędzy na następną premierę. Jesteśmy więc uzależnieni od frekwencji, a ryzyko artystyczne ponosimy na własny rachunek.  Nie wiem, czy podejmuje je ktoś, kto dostaje grant na przygotowanie sztuki. Nawet jeśli ma klapę, nic przecież z tego nie wynika.  Fundator grantu utopił jedynie pieniądze. Niestety, coraz częściej pieniądze na teatralne projekty przyznają różnego rodzaju komisje wedle mało jasnych kryteriów. Niepokoją też coraz bardziej zmniejszane widownie, oraz odczyty i spotkania w miejsce przedstawień, zbliżające teatry publiczne do domów kultury. Wydawało mi się zawsze, że funkcje edukacyjne realizował teatr artystyczny poprzez  przedstawienia, pozostawiając edukację instytucjom zajmującym się upowszechnianiem i nauczaniem. Nie mam nic przeciwko dyskusji o teatrze i o świecie w teatrach, tyle, że nie zamiast teatru. Istnieje poważna różnica pomiędzy prowadzeniem instytucji zatrudniających stałe zespoły profesjonalnych aktorów, działających za publiczne pieniądze, a pracą, równie istotną ale o innych powinnościach, koła naukowego.
W sztuce Hutchinsona jeden z bohaterów mówi „To, że robi się kretyńskie filmy, to nie wina widzów, choć większość z nich to kretyni". Zgadza się pan z takim poglądem?
Mówimy o filmie i to amerykańskim. Ale kiedy włączam TV, trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. W stu procentach zgadzam się, że to „nie wina widzów",  mniej, że „większość z nich to kretyni",  choć wiadomo, że na świecie niezależnie od tego, jak postrzegamy mądrość, jest mniej ludzi mądrych niż głupich. W  teatrze szczęśliwie, to artysta wybiera z kim chce rozmawiać. Nieszczęście, jeśli uważa widownię  za kretynów z tego powodu, że nie przyszła. Jeszcze gorzej gdy robi dla głupich. Ja staram się robić sztuki, które sam chciałbym obejrzeć, wedle mojego przekonania trafiające w potrzebę chwili. Czasem jest to przypowieść, innym razem felieton, potrzeba metafizyki, nadziei, ucieczki w inny świat. Jak to w teatrze repertuarowym.
Nigdy nie wyreżyserował pan filmu. Kino pana nie pociąga?
Zawsze mnie pociągało, to widać chyba w moich przedstawieniach. Nie miałem czasu ani odwagi. Poza tym kierowanie teatrem jest wystarczająco absorbujące. Uzbrojony w swoje doświadczenia z prac telewizyjnych, namówiony przez nieżyjącego już autora scenariusza, przygotowuje się do filmu fabularnego „Czerwona kurtyna" według Jerzego Stefana Stawińskiego. To mało opisany fragment naszej historii, dokończenie innych scenariuszy Stawińskiego - „Kanał" i „Jutro idziemy do kina" pokazujący, co dalej stało się z tymi, którzy uszli cało z wojny i powstania.  Rzecz o narodzinach PRL, ale przedstawiona nie poprzez zapisy historyczne, ale przez historię młodych ludzi o różnych rodowodach próbujących wrócić do normalnego życia po strasznej wojnie, zderzających się z nową opresją powstającego PRL. Akcja rozgrywa się w Łodzi, która wobec zniszczenia stolicy stała się miejscem zbornym warszawiaków, a miasto jak cały świat dość szybko wracało do życia  i względnej normalności.  Właśnie tam trafiają też gwiazdy teatrów rewiowych przedwojennej Warszawy, i tworzą zespół, w którym lądują bohaterowie filmu. Tak zresztą też powstał Współczesny Erwina Axera, który dopiero w 1949 roku przeniósł się do Warszawy. Jeśli producent zgromadzi środki w przyszłym roku zaczniemy zdjęcia. Szczęśliwie Michał Englert, z którym pracuję od dawna, zgodził się po starej znajomości nakręcić film z debiutantem. Ale o obsadzie nie mogę na razie nic powiedzieć.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA