fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2012

Euro 2012: panika jest dla innych

Stadion Narodowy w Warszawie
Fotorzepa, Danuta Matloch Danuta Matloch
Odliczanie do mistrzostw lub igrzysk zwykle zaczyna się atakiem paniki
Niemal każdy gospodarz to przerabiał. Opóźnienia, awarie, zrywane kontrakty. I krzyczące tytuły, że nie uda się to, tamto, a może nawet nie uda się nic. Jeźdźcy apokalipsy nadciągają zwykle właśnie rok przed Euro, mundialem czy igrzyskami.

Niemiecka dziura

Jak historia sportu długa, tak wielkie imprezy odwoływano tylko z powodu wojen, a przeniesiono do innego kraju tylko raz: mundial w 1986 r. do Meksyku z Kolumbii, która poddała się już kilka lat przed MŚ. Trudno też sobie przypomnieć turniej czy olimpiadę, która byłaby tak zła, że stała się wstydem dla gospodarza – może poza igrzyskami w Atlancie w roku 1996, inna sprawa, że USA jakoś nie wydawały się po nich specjalnie zawstydzone. Ale katastrofizm dobrze się sprzedaje, więc raporty o niegotowości są stałym fragmentem gry: nie będzie atmosfery podczas mundialu w Niemczech, nie będzie śniegu na olimpiadzie Vancouver, nie będzie w Soczi, będzie smog dusiciel w Pekinie, będą zamachy w Atenach, będzie jatka w fawelach Brazylii podczas igrzysk i MŚ. Nie będzie dróg w Polsce i stadionów na Ukrainie – albo odwrotnie. I tak dalej.
Nie ma turniejów i igrzysk niezagrożonych, są tylko niedokładnie sprawdzone. Nawet u Niemców znalazły się dziury w całym, gdy się okazało, że podczas próbnego turnieju rok przed MŚ 2006 z dachu we Frankfurcie zaczęła się lać woda. Trzeba też było zamknąć na jakiś czas stadion w Kaiserslautern, bo dach popękał. Oraz wzmocnić jedną z trybun w Norymberdze, bo okazała się niestabilna. Przed mistrzostwami Europy w 2008 r. w Szwajcarii ślimaczyła się przebudowa stadionów, a w Austrii przedłużanie linii metra na Prater.
To wszystko działo się przed mundialem uchodzącym dziś za najlepiej zorganizowany, i ze świetną atmosferą. Oraz przed udanym Euro. W krajach kojarzonych z dobrą robotą, porządkiem i bogactwem. Gdy kraje kojarzą się gorzej, każdy drobiazg może się rozrosnąć do zapowiedzi końca świata. Wystarczy sobie przypomnieć, co przed mundialem wróżono RPA. Strajki uniemożliwią dokończenie stadionów, przestępcy będą polować na kibiców, korki sparaliżują turniej, nie wystarczy prądu. Krótko mówiąc: przenieśmy to jak najszybciej do Australii albo gdziekolwiek, bo będzie katastrofa. Przyszło do turnieju – i z katastrofy nici.

Widziane z kuchni

Dlatego na rok przed naszymi mistrzostwami nie dajmy się zwariować. Jeszcze w niejednym miejscu będzie usterka podobna do tej, którą odkryto w schodach oplatających Stadion Narodowy, bo jak się buduje dużo, a do tego – jak się buduje pierwszy raz, to się robi błędy. Przygotujmy się też, że i w nocy przed meczem otwarcia ktoś gdzieś będzie układał chodnik albo łatał dziurę. Że podczas mistrzostw jakiś pociąg stanie w polu albo trzeba będzie zamknąć pas na autostradzie. Taka jest kuchnia wielkich sportowych wydarzeń. My zaglądamy do niej pierwszy raz, więc jesteśmy skazani na ciągłe zdziwienie.
To rzeczywiście trochę dziwne, że z tych wszystkich chińskich konsorcjów, które budowały na igrzyska w Pekinie ósme cuda świata, nam trafiło się akurat takie, które sobie nie może poradzić z położeniem asfaltu między Strykowem a Warszawą. Obecne przenoszenie meczów reprezentacji z Gdańska do Warszawy i na odwrót (bo wrześniowy mecz z Niemcami pewnie trzeba będzie rozegrać właśnie w Gdańsku) chwały nam nie przynosi, ale to jeszcze żaden dramat. Stadiony mają być gotowe na 8 czerwca za rok i wcześniej kilka razy sprawdzone. Ale nie jest obowiązkiem sprawdzanie ich już teraz.
Czasu mamy niewiele, ale wystarczy: i na to, żeby ze ślepej uliczki na A2 znaleźć wyjście i żeby naprawić schody. Na Wembley, najsłynniejszym na świecie stadionie, który był jak Narodowy stawiany w miejscu wyburzonego starego obiektu, problemy były znacznie większe. Najpierw wycofał się jeden z wykonawców, potem opadła część konstrukcji, rury pod stadionem okazały się źle położone, otwarcie ciągle przesuwano. Też trzeba było odwoływać zaplanowane już imprezy, finał Pucharu Anglii przenieść do Cardiff, a walka o odszkodowania ciągnęła się latami.
My nie mamy tyle czasu, ile mieli Anglicy, ale i nie mamy – a przynajmniej o nich nie wiadomo – takich problemów. Nie grozi nam również powtórka z igrzysk w Atenach, gdzie na trzy miesiące przed olimpiadą z 39 aren gotowych było tylko 18, ażurowy dach nad Stadionem Olimpijskim, symbol igrzysk, był dopiero przygotowywany do wjazdu po szynach, a w poszerzanej i remontowanej trasie do Maratonu była dziura, bo asfalt zapadł się tam, gdzie wykonawca chciał zaoszczędzić i nie wzmocnił nawierzchni.

Pod lupą

Asfalt zerwano i trzeba go było kłaść jeszcze raz. Ale był na czas, stadiony też, igrzyska się odbyły. Dlatego trzeba robić swoje, panikę zostawiając innym. Bo jest jasne, że jak nas  teraz wezmą pod lupę zagraniczni dziennikarze, to powody do niepokoju znajdą. A nie każdy z nich musi wiedzieć, że zaczynaliśmy prawie od zera i że dopiero Euro nas przymusiło, by połączyć stolicę autostradami z resztą świata. I prawdę mówiąc, jeśli jeszcze ktoś taki jest, kto tego nie wie, to może lepiej już zbierać razy za spóźnione stadiony i place budowy na autostradach, niż go z tej niewiedzy wyprowadzać.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA