fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Piotr Zaremba o USA Baracka Obamy

Piotr Zaremba
Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Publicyści w stylu Żakowskiego z jednej strony, a niektórzy prawicowcy z drugiej uwielbiają się przebierać za republikanów i demokratów. Nie rozumieją jednak amerykańskiej polityki – pisze publicysta „Rz"
Bezbarwnej, choć sympatycznej wizycie Baracka Obamy w Polsce towarzyszyły bezbarwne, choć liczne komentarze. Prawda jest taka, że wiele sensownego powiedzieć się nie dało.
I dlatego że to tylko symboliczny rytuał, decyzje zapadają kiedy indziej. I również dlatego że, jak zauważył Witold Waszczykowski, żyjemy w czasie impasu. Ani polskie władze za wiele nie chcą od Obamy, ani on specjalnie nas – jako kraj, a nawet jako region środkowoeuropejski – dostrzega.
Waszczykowski nie powiedział tylko, że także prawicowa opozycja nie ma dziś specjalnie pomysłu, jak w zmienionych geopolitycznych warunkach związać nas mocniej z USA. Choć jej zasadnicza intuicja: czekajmy na Amerykanów i zachowujmy jak najwięcej więzów łączących nas z nimi, jest słuszna. Profesor Zbigniew Lewicki twierdzi na łamach "Rzeczpospolitej" ("Czas gajowych czy czas jajogłowych", 1 czerwca 2011), że w stosunku Obamy do Europy, ba, do więzi transatlantyckich, coś drgnęło. Jeśli tak, to należy to coś bacznie obserwować i w miarę możliwości podsycać.

Klucz Żakowskiego

Na tle masy ogólnie słusznych banałów, jakie wypowiedziano, wyróżniał się wyrazisty felieton Jacka Żakowskiego "Obama w kraju Busha" w poniedziałkowej "Gazecie Wyborczej". On nie boi się wziąć byka za rogi, sformułować śmiałą tezę, sypnąć zdarzeniami i nazwiskami z dziejów USA.
Jaka to teza? Najogólniej ujmując, że są dwie Ameryki: Busha i Obamy. Żakowski opisuje: "Jedni adorują Amerykę Martina Luthera Kinga, Johna F. Kennedy'ego, praw człowieka, Zbigniewa Brzezińskiego, Jimmy'ego Cartera i Baracka Obamy. Inni – Amerykę Josepha McCarthy'ego, Ronalda Reagana, konsensusu waszyngtońskiego. George'a W. Busha i wojny w Iraku. Jedni podziwiają Nowy Jork, Boston i San Francisco. A drudzy Teksas".
Jaki stąd wniosek? Już dużo mniej przejrzysty. Żakowski delektuje się paradoksem, że Obama przyjechał do Polski, której, jak twierdzi, pomimo przemian politycznych i kulturowych wciąż dużo bliżej do polityki Bushowskiej. Stąd, według niego, brak wspólnego języka.
Żadna klarowna recepta na ten wspólny język u publicysty się nie pojawia, choć pojawia się sugestia, abyśmy lepiej rozumieli Obamową – jak należy rozumieć lewicową – wizję polityki, także i zagranicznej. Żakowski używa do tego symbolu, choć akurat z polityki wewnętrznej.

Przebieranka nad Wisłą

Przy pomniku warszawskiego getta amerykański prezydent spotkał Mariana Turskiego, dziennikarza "Polityki", który na początku lat 60. uczestniczył ponoć w antysegregacyjnym marszu doktora Kinga w USA. "Dzięki takim jak ty zostałem prezydentem" – miał powiedzieć Obama do Turskiego. Konkluzja Żakowskiego? Polakom trudno zrozumieć, co Turski robił u boku Kinga. "A to jest sprawa zupełnie zasadnicza. Kto tego nie rozumie, temu trudno zrozumieć, o co dziś idzie nie tylko w sporze między Obamą a jego przeciwnikami, ale też w toczących się od wybuchu kryzysu sporach o nowy globalny porządek i w wojnie polsko-polskiej".
Żakowski z tajemniczą miną sugeruje, że ma w rękach tajemniczy klucz do wszechrzeczy. Dzięki któremu można objaśnić wszystko: od upadku Banku Lehmann Brothers po radykalizm Jarosława Kaczyńskiego. Istnienie takiego klucza czyniłoby z polityki rodzaj magii. Ale miłośnik prostych ideologicznych konstruktów zawsze będzie przekonany, że taką moc posiadł.
Już w magicznym nakreśleniu dwóch Ameryk widzimy zwodniczy urok ideologicznego krojenia rzeczywistości. Naturalnie kontury tych Ameryk widać, tamtejsze życie publiczne pełne jest widowiskowych starć, w którym symbole, odmienne tradycje, grają ogromną rolę. A zarazem wszystko to jest bardziej skomplikowane.
Publicyści w stylu Żakowskiego z jednej strony, a niektórzy prawicowcy z drugiej uwielbiają się przebierać za republikanów i demokratów, nowojorskich jajogłowych lub teksańskich zakapiorów, aby uzbroić się w pałkę i walić nią po głowie krajowych przeciwników. Nie rozumieją jednak amerykańskiej polityki. Gdzie stanowiska skrajne są może bardziej wyraziste niż w Polsce, a jednak granice obu obozów o wiele bardziej płynne. A spór polityczny zmierza nie tyle do triumfu "swojej Ameryki", ile do wynegocjowania kolejnego kompromisu – czasem politycznego, choćby między prezydentem z jednej partii i Kongresem z drugiej, a czasem społecznego. I to się dzieje, mimo ciężkich słów, jakie fruwają w powietrzu.
Jeśli tego nie wiemy, nie zrozumiemy historii. Bo co przy takim podziale zrobimy z George'em Bushem seniorem, który w 1968 jako jeden z niewielu południowych kongresmenów (z Teksasu) głosował za najradykalniejszą ustawą o prawach obywatelskich? Był po stronie Ameryki Reagana czy Martina Luthera Kinga? Mało kto pamięta dziś, że najbardziej zaciętymi oponentami desegregacji byli południowi demokraci. Partia Republikańska – w końcu likwidatorka niewolnictwa – wzięła za to w tym procesie udział, nawet jeśli potem oponowała przeciw jego zbyt radykalnym skutkom. Przeciw inżynierii społecznej, która miała przyspieszyć integrację rasową już nie prawną, ale społeczną.
A co zrobimy z kolei z senatorami demokratycznymi głosującymi – łącznie z Johnem Kerrym i Hillary Clinton – za inwazją na Irak w roku 2004? I do czego zaliczymy w ogóle tę inwazję? Do tradycyjnej polityki powiększania stref wpływów czy neokonserwatywnego konceptu szerzenia demokracji na świecie? Co było zmodyfikowaną wersją wizji liberalnej lewicy. Nieprzypadkowo czołowi neokoni to dawni demokraci.
To tylko dwa przykłady z wielu. Nieomal zawsze się okazuje, że żaden z tych mitycznych obozów nie był jednorodny albo jego cele nie były tak łatwe do zdefiniowania, jak się to udaje Żakowskiemu. Szczególnie dobrze widać to w dziedzinie polityki zagranicznej. Gdzie element z jednej strony kontynuacji, z drugiej zamieniania się rolami był zawsze w USA najbardziej znaczący.

Carter, Reagan, Obama

Żakowski dzieli łatwo: po jednej stronie Carter, Brzeziński i prawa człowieka, po drugiej – Reagan. Niektórzy konserwatyści przyklasną. Ale czy to prawda?
W drugiej połowie lat 70. Amerykanie byli w defensywie. Z powodu antywojennych akcji lewicy, ale i z powodu detente, jakich próbowały z komunizmem republikańskie administracje Nixona, a zwłaszcza Forda. Polityka praw człowieka Cartera i Brzezińskiego oznaczała utwardzenie polityki wobec Rosji Sowieckiej. Reagan, który pokonał Cartera w roku 1980, politykę tę kontynuował, choć doszedł do władzy jako jeszcze większy jastrząb. Mało atrakcyjne jako ideologiczny plakacik, ale tak często wygląda historia.
To są spory akademickie, ale kto nagina historię, nie ma też respektu dla współczesności. Ja po prostu chciałbym się dowiedzieć, na czym polegają te całkiem nowe i – jak rozumiem – lewicowe założenia polityki Obamy. Na większej miękkości? Pieredyszki to stała cecha amerykańskiej globalnej polityki, choć naturalnie różnie bywały uzasadniane. Na powiedzeniu: Azja jest dla nas ważniejsza niż Europa? W latach 30., 40. i 50. to samo proponowali konserwatywni, izolacjonistyczni wobec kontynentu europejskiego republikanie.
Nie twierdzę, że liberalno-lewicowa retoryka Obamy (nie tak znów nachalna) nie ma znaczenia. Że nie daje na przykład subiektywnej satysfakcji krajom i narodom Trzeciego Świata. Tyle że Obama w przeciwieństwie do Żakowskiego nie jest i nie będzie ideologiem. Gdyby był, nie zostałby prezydentem USA. Wyciąga po prostu wnioski z kształtu nowego, już nie dwubiegunowego świata, i raz robi to lepiej, a raz gorzej.
Obama definiuje amerykański interes narodowy tak jak dawni izolacjoniści – wyrazem tego jest choćby słynny reset w stosunkach z Kremlem. Żakowski próbuje dorobić tej zmianie ideologiczną etykietę. Niepotrzebnie.

W pościgu za bushystami

O ile nie ma, moim zdaniem, czegoś takiego jak paradygmat Obamy, to tym bardziej nie ma czegoś takiego jak "bushyzm" polskich elit. Żakowski pisze swe przestrogi w chwili, kiedy doradcą prezydenta Komorowskiego jest profesor Kuźniar nieukrywający swojej antyamerykańskiej pasji. I gdy politycy PO czy SLD ścigają się raczej w dystansowaniu niż w basowaniu jakiejkolwiek Ameryce, nie tylko Bushowskiej. To samo dotyczy wpływowych opiniotwórczych ośrodków. Wyskoczenie przez "Wyborczą" ze śledztwem w sprawie więzień CIA dosłownie dzień po wizycie Obamy to symbol resentymentu, ale nie uległości.
Gdzie są w Polsce owe straszne bushowskie relikty? Może w jakiejś mierze w obozie Jarosława Kaczyńskiego. No, ale przecież on jest słaby, nigdy nie obejmie władzy, to częsty przekaz mediów, z którymi związany jest Żakowski. A nawet gdyby był silny, to czy trzeba składać jego przekonania na resztę klasy politycznej? Na inne opiniotwórcze środowiska?
Jest też pytanie, jak to było z tym bushyzmem polskich elit w przeszłości? Najbardziej proamerykańską politykę prowadziliśmy pod rządami postkomunistycznej lewicy. Czy z powodów ideologicznych? Można w tym widzieć skutek osobistych uwikłań Kwaśniewskiego czy Millera. Ale można dostrzegać wyraz obiektywnego rozpoznania narodowego interesu. Takie cele jak: zabezpieczenie się przed Rosją czy objęcie wpływami Zachodu ziem na wschód od Polski, można było realizować tylko w ścisłej współpracy z Amerykanami. Możliwe, że popełniono przy tym błędy, ale tak naprawdę dziś zmieniła się ogólna sytuacja.

Kto za prawami człowieka?

Obawiam się jego kategorycznych wywodów z jednego powodu. Sztuczne tworzenie dwóch Ameryk na wzór dwóch Polsk to intelektualna zabawa. Ale już uporczywe tropienie bushowskiej herezji w Polsce, gdzie dominują przeciwne dogmaty i stereotypy, ma konsekwencje. Komuniści widzieli wszędzie wroga klasowego, gdy ledwie zipał. Kampania Żakowskiego spowodować może, że kiedy sytuacja geopolityczna zmieni się choć trochę, nie będzie już komu w Polsce rozmawiać z Amerykanami. Ani będziemy ich rozumieć, ani potrzebować.
I na koniec jedna jeszcze uwaga. To chwalebne, że Marian Turski wspierał ruch praw obywatelskich doktora Martina Luthera Kinga. I jego cele, i metoda (wyrzeczenie się przemocy) były piękne. Jednak zauważę, że były też bliżej redakcji "Polityki" problemy z prawami człowieka.
To znowu nie jest akademicka uwaga. W niej się zawiera pytanie o ocenę twardej i miękkiej polityki wobec Rosji. Więc o twarze każdej z dwóch Ameryk.Dla Żakowskiego senator McCarthy to zaprzeczenie pojęcia "prawa człowieka", bo na terenie Ameryki prześladował, i to czasem w głupi, zbyt brutalny sposób ludzi, których uznawał za przyjaciół komunistów. Mało kto pamięta, że był jednocześnie jednym z nielicznych amerykańskich polityków, którzy domagali się wprost odrzucenia skutków Jałty. Jaki był więc jego wkład w tematykę ludzkich praw i wolności?
Powtórzę: historię rzadko daje się czytać pod jeden tylko schemat.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA