fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kolekcje

Kolekcjoner Krzysztof Musiał o swojej kolekcji obrazów

Fotorzepa, Janusz Miliszkiewicz JM Janusz Miliszkiewicz
Wczesne "Koła" Fangora pięć lat temu kosztowały 20–30 tys. euro, a dziś 50–70 tys. euro - mówi Krzysztof Musiał, kolekcjoner sztuki
Rz: Przypomnijmy, że pana kolekcja liczy ok. 1000 dzieł. Jej wybór prezentowany był na kilku wystawach w muzeach narodowych i w Zachęcie. W 2010 roku w Muzeum Miasta Łodzi otwarto stałą wystawę 125 prac z pana depozytu. Kupił pan coś do zbioru w ciągu ostatniego roku?
Krzysztof Musiał: Na przykład ok. 30 – 40 obrazów najmłodszych artystów mających 25 – 35 lat.
Na co to panu? Ma pan najlepsze obrazy Boznańskiej, Fangora, Nachta...
Te obrazy podobają mi się, dlatego je kupiłem! Często kupuję po kilka obrazów z wystaw lub z pracowni.
Odbywa się bardzo dużo aukcji prac najmłodszych artystów. Kupuje pan tam?
Nie. Oglądam katalogi. Na tych aukcjach brakuje selekcji, oferuje się wiele słabych prac. To może stwarzać mylne wrażenie co do sztuki i zniechęcać do jej kolekcjonowania. Trudno też licytować anonimowych artystów tylko na podstawie zdjęć ich prac w katalogu. Ich obrazy powinno się poznawać bezpośrednio. Niestety, tych aukcji jest dość dużo, chyba nawet za dużo, dlatego poważni kolekcjonerzy nie mają czasu, żeby obejrzeć oferowane tam obrazy.
Co pan kupił z dorobku klasyków?
Kupiłem bardzo ładny rysunek Władysława Strzemińskiego, dwa najnowsze obrazy Wojciecha Fangora, dwa obrazy Ryszarda Grzyba, cztery najnowsze obrazy Jarosława Modzelewskiego, wczesny obraz Pawła Susida. Zdobyłem piękny wczesny dyplomowy obraz Włodzimierza Pawlaka z 1984 roku. Kupiłem też cudowny obraz Stefana Gierowskiego z 1959 roku...
Który to z kolei obraz Gierowskiego w kolekcji?
Chyba czternasty? Trudno odmówić sobie przyjemności patrzenia na piękny obraz... Poza tym kupiłem go okazyjnie. Właściciel planował wstawić obraz na aukcję, ale udało mi się go kupić wcześniej. Właściciele pozbywają się obrazów z konieczności, bo nagle potrzebują pieniędzy. Zdają sobie jednak sprawę, że minie parę miesięcy zanim dojdzie do aukcji, zanim ewentualnie dostaną pieniądze. Sama licytacja to loteria. Nie ma gwarancji, że obraz zostanie kupiony i za ile. Jeśli przypadkiem właściciel wcześniej trafi na kolekcjonera, wtedy obydwie strony są usatysfakcjonowane.
Ma pan 25 świetnych obrazów Leona Tarasewicza. Co pana motywuje do kupna kolejnego dzieła? Nie ma pan możliwości oglądania ich na co dzień, bo one nie wiszą obok siebie.
Tarasewicz to największy z żyjących polskich artystów swojego pokolenia. Mam w kolekcji reprezentatywny przegląd całego jego dorobku, również obrazy o mniejszej wartości komercyjnej z okresu jego studiów, kiedy malował nieco inaczej.
Co zyskuje kolekcjoner, gdy ma w zbiorze wiele reprezentatywnych prac artysty?
To jest na pewno zaspokojenie ambicji. Mógłbym z własnej kolekcji urządzić rodzaj retrospektywy Tarasewicza i planuję taką wystawę.
Jaka jest kondycja rynku poloników na świecie?
Ceny klasyków są niezmiennie wysokie, choćby malarstwa Wojciecha Fangora, którego wczesne „Koła" jeszcze cztery – pięć lat temu kosztowały 20 – 30 tys. euro, a dziś sprzedawane są za 50 – 70 tys. euro. Obrazy Romana Opałki cztery – pięć lat temu miały cenę ok. 150 tys. euro, a dziś trzeba za nie płacić 300 – 400 tys. euro. Nic nie wskazuje na to, żeby w przypadku tych dwóch artystów ceny miały spaść.
Od lat przekonuje się u nas w kraju, że sztuka jest doskonałą inwestycją. W 2000 roku w Warszawie za 1,3 mln zł sprzedano na aukcji arcydzieło Aleksandra Gierymskiego „W alei lipowej" z kolekcji Ignacego Korwin-Milewskiego.
Wyobraźmy sobie, że dziś właściciel sprzedaje ten obraz. Czy odzyska pieniądze?
Na pewno tak. Możliwe jednak, że niedużo zarobi, bo cena sprzedaży w 2000 roku była już dość wysoka.
Ale była to zdecydowanie dobra lokata. To było dobre przechowanie pieniędzy!
Gdyby ktoś w 2000 roku zainwestował 1,3 mln zł w wybrane place lub mieszkania, przyniosłoby to istotnie wyższy zysk.
O tym wiemy dopiero teraz. Poza tym największy zysk to codzienne obcowanie z tym obrazem. Gierymski nigdy nie będzie taniał!
Niedawno Rosjanie kupili w Sotheby's obraz Henryka Siemiradzkiego za ponad 2 miliony dolarów. Nie ma pan w kolekcji obrazu Siemiradzkiego. Dlaczego nie wziął pan udziału w licytacji?
400 tys. euro na międzynarodowym rynku kosztują obrazy Romana Opałki
Nie sztuka jest kupować za każde pieniądze. Prawdziwy kolekcjoner kupuje w dobrej cenie, wtedy przy okazji jest to zakup inwestycyjny. Poza tym to nie mój budżet. Rekordowe ceny to nie są pieniądze, które chciałbym wydawać na sztukę. Za 2 miliony dolarów można stworzyć dużą galerię dzieł o muzealnej wartości różnych artystów.
Co to jest dobra cena?
Obserwuję rynek od lat, na swój użytek tworzę bazę danych o notowaniach interesującej mnie sztuki, stąd wiem, jaką cenę uznać można za atrakcyjną. Cały czas czekam na kolejne okazje.
Kupił pan kiedyś falsyfikat?
Tak, w domu aukcyjnym, ale szybko zwrócono mi pieniądze.
Kupuje pan obrazy bez ekspertyz?
Dobry obraz nie potrzebuje ekspertyz autentyczności. Jeśli obraz ma jakieś superekspertyzy lub nawet kilka, to doświadczonemu kolekcjonerowi zapala się w głowie czerwone światło ostrzegawcze. Miałem taki przypadek, że w renomowanym domu aukcyjnym oglądałem obraz Gierymskiego. Miał bardzo poważną ekspertyzę, gdzie napisano, że to olej na płótnie. Jednak obraz namalowany był na desce. Kiedy zwróciłem na to uwagę pracownikom domu aukcyjnego, odpowiedzieli, że muszą to sprawdzić... Dlaczego tak oczywistej pomyłki nikt wcześniej nie zweryfikował? Domy aukcyjne mają swoje komisje kwalifikacyjne, przynajmniej tak podają w katalogach. Możliwe, że obraz ten jest autentyczny, ale z taką ekspertyzą może budzić zasadnicze wątpliwości!
Jak odbierana jest wystawa pana kolekcji w Łodzi?
Misją prawdziwego kolekcjonera jest dzielenie się tym, co zdobył. Te obrazy wisiałyby u mnie w domu lub stały w magazynie, a tam przyciągają tłumy. W samej Łodzi wystawa odbierana jest w sposób entuzjastyczny. Tym bardziej że w mieście tym nie prezentowano takiego zestawu malarstwa. Cieszy mnie to. Natomiast jestem rozczarowany faktem, że nie ma żadnej reakcji poza Łodzią. Prasa centralna nie wspomniała o moim depozycie. Wierzę, że gdyby nagłośnić tę wystawę, to mogłaby być wzorem do naśladowania w innych miastach. W Polsce jest przecież wielu kolekcjonerów, którzy mają bogate zbiory. Namawiałem dziennikarkę warszawskiego tygodnika, żeby napisała o tej wystawie, ale powiedziała, że temat nie jest wystarczająco sexy...
CV
Krzysztof Musiał, absolwent Politechniki Warszawskiej oraz szkoły biznesu INSEAD w Fontainebleau, gdzie w 1979 roku otrzymał dyplom MBA. Pionier branży komputerowej w Polsce. Od kilku lat poświęcił się przede wszystkim kolekcjonerstwu
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA