fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Chcemy uwolnić kulturę z ciasnego gorsetu

materiały prasowe
Rozmowa z Bogdanem Zdrojewskim, ministrem kultury i dziedzictwa narodowego
Rz: Panie ministrze, Polacy kochają seriale i zaniepokoiło ich, że mogą nie zobaczyć ulubionych aktorów w nowych produkcjach, jeśli zgody na ich udział nie dadzą dyrektorzy teatrów. Umożliwiający to zapis ma wprowadzić ministerialna nowelizacja ustawy o działalności kulturalnej. Czytaj też - Artysta z umową jak pracownik
Bogdan Zdrojewski: Niewiele się zmieni. Także dziś aktor musi uzyskać zgodę dyrektora na dodatkowe zatrudnienie. Problem polega na tym, że obecnie czyni to bez solidnych podstaw prawnych i w dodatku nie ma szans na uzyskanie przez instytucję rekompensaty w przypadku pojawiania się kosztów takiej dodatkowej, zewnętrznej aktywności aktora.
Producent filmu bądź serialu pomoże teatrowi w płaceniu pensji i ZUS?
Tak. Będzie nareszcie taka możliwość. A dotyczyć to może również producentów kampanii medialnej z udziałem aktora.
Wielu dyrektorów i reżyserów podkreśla, że zespoły są nadmiernie rozbudowane i wystarczyłoby im 8 – 10 aktorów, wspomaganych artystami dopraszanymi do konkretnych przedstawień.
Nie należy wylewać dziecka z kąpielą. Potrzebujemy większego bogactwa w kulturze. Powinno być miejsce i dla teatrów repertuarowych – o większych, stabilnych zespołach aktorskich, a także dla typowo impresaryjnych. Musimy pamiętać o zróżnicowanych potrzebach widzów i wielkiej dynamice procesów dziejących się w kulturze. Dziś wszyscy się  męczą. Z jednej strony czują niepewność losu, a z drugiej brak szans na rozwój.
Olgierd Łukaszewicz, prezes ZASP, uważa, że ministerialny projekt jest korzystniejszy dla dyrektorów teatrów. Oni będą mieli zagwarantowane kontrakty od 3 do 5 lat, tymczasem aktorom grożą jednoroczne umowy i utrata praw gwarantowanych przez kodeks pracy.
Ci, którzy są obecnie zatrudnieni, zachowają swoje przywileje. Rygorom ustawy będą podlegać dopiero angażowani po jej uchwaleniu. Gwarancje zatrudnienia na czas nieokreślony uzyskają maksimum po 15 latach, bez względu na to, gdzie byli wcześniej zatrudnieni.
Dyrektor Andrzej Seweryn zwolnił w Teatrze Polskim kilkunastu aktorów, korzystając z obecnie obowiązującej ustawy. Po co nowa?
Świetny przykład. Dziś aktor może być zwolniony w każdej chwili, a zatrudnienie na czas nieokreślony jest tylko ułudą. Kontrakt daje ograniczoną w czasie, ale jednak solidną gwarancję.
Dyrektora i aktora, którzy mają kontrakt, nie będzie można zwolnić przed upływem stosownego czasu. Chyba że wypłaci się odszkodowanie. Wydaje mi się, że każdy artysta chce zaplanować swoje życie zawodowe i nowe rozwiązania to ułatwią. Dopuszczają podpisanie nawet kilku kontraktów, jeśli nie są ze sobą sprzeczne. Ważne są także inne zapisy: prowadzący instytucję podpisując umowę z dyrektorem będzie zobowiązany zagwarantować mu określony budżet. Uzyskamy możliwość przekształcania instytucji. Teraz trzeba to robić poprzez likwidację.
A nie będzie tak, że gwiazdy dostaną wieloletnie kontrakty, a niezbędni w teatrze artyści drugiego planu – roczne?
Zazwyczaj bywa odwrotnie. Gwiazdy nie chcą się wiązać na dłużej, a inni, słabsi, wręcz o to walczą. Nie należy jednak przesadzać z obawami. W najgorszej sytuacji dziś znajdują się ci, którzy na żebraczych pensjach po prostu trwają na etatach. Nie mają wymarzonych ról, nie rozwijają się zawodowo, nie mają odwagi, determinacji i motywacji do poszukiwania zadań poza instytucją macierzystą. Marnują swój czas.
Chodzi o kwoty od tysiąca do dwóch tysięcy złotych.
Tak. Nie są to warunki godne dla znakomicie wykształconych artystów.
A pomyślał pan minister o młodych artystach?
W znacznym stopniu to dla nich ta ustawa. Dziś poza zleceniami lub jednorocznymi umowami nikt nie chce ich dopuszczać do zawodu. Po prostu brakuje miejsc. Na szczęście właśnie ta grupa jest najlepiej przygotowana do konkurowania w warunkach rynkowych. To właśnie najmłodsi artyści czekają też na poszerzenie warunków prawnych powierzania teatrów publicznych w zarząd fundacjom, stowarzyszeniom i osobom fizycznym. Teraz jest to albo niemożliwe albo bardzo trudne.
Czy z formalnego punktu widzenia będzie możliwe, że Fundacja Krystyny Jandy przejmie na przykład Teatr Studio?
Tak. Osoby fizyczne, fundacje i stowarzyszenia będą mogły otrzymać scenę, zespół wraz z dotacją w drodze postępowania konkursowego. Będzie można też tworzyć całkowicie nowe instytucje. Jest szansa na uwolnienie kultury z ciasnego gorsetu obecnie obowiązujących form prawnych. Dziś poza Warszawą praktycznie żadne eksperymenty nie miały szans na powodzenie. Sama natomiast walka o finansowe granty to droga przez mękę.
Marszałek sejmiku lub prezydent miasta będzie mógł teraz wpuścić każdy zespół na deski swojego teatru?
Tak. Albo urządzić konkurs na nową przestrzeń teatralną i powierzyć ją w zarząd menedżerowi, który zaprosi do współpracy kilka zespołów.
Jeden z szefów wydziału kultury mówił mi, że nowe przepisy zablokuje prawo o przetargach.
Ustawa powinna wymusić zmiany w innych przepisach. To się stanie dość szybko. Nie może być tak jak teraz, że trzeba robić przetarg na podkład muzyczny spektaklu. Jestem pewien, że nowy model – podobny do tego, jaki jest w Zachodniej Europie – stworzy się w praktyce.
Kiedy będą zauważalne zmiany?
Młodzi aktorzy powinni odczuć poprawę na rynku pracy w ciągu 3 – 4 lat. Ale zarządzanie instytucjami zmieni się na lepsze w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy. Pierwsi skorzystają na tym odważni samorządowcy. Praktycznie od razu.
Połączono już teatr z domem kultury w Legnicy. Decyzję cofnięto.
Będą sukcesy i porażki. By tych drugich było jak najmniej, do proponowanych regulacji wprowadziliśmy dość mocne mechanizmy zabezpieczające. W przypadkach wątpliwych minister kultury po prostu nie będzie wyrażać zgody na zmiany form prawnych instytucji np. łączonych.
Prezes Łukaszewicz mówił, że jeśli nie zostaną wprowadzone autopoprawki – ZASP zaprotestuje.
Nie upieram się przy żadnych zapisach. Chodzi o to, by ZASP przedstawił formułę prawną, która zabezpieczy artystów, uwzględni wyjątkowe sytuacje, ale nie zablokuje reformy.
W „Drugim śniadaniu mistrzów" premier Donald Tusk przyznał w końcu, że nie doceniał roli kultury i nie akceptował pomysłu zwiększenia dotacji. Zmienił jednak zdanie i sądzi, że powinna stanowić około 1 procentu budżetu.
Życzliwość premiera Donalda Tuska dla kultury staje się faktem. Dzięki temu obecny rok jest dla nas lżejszy niż poprzedni. Dostałem dodatkowe 150 mln zł na poprawę sytuacji instytucji kultury. Trzeba pamiętać, iż ostatnio wzbogaciliśmy się o nowe instytucje: Dom Jana Pawła II w Wadowicach, Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. A do tego zaangażowaliśmy się w inwestycje m.in. w Wilanowie i Łazienkach Królewskich.
Liczę, iż ten rok będzie przełomowy. Także plany na rok 2012 są obiecujące. Nic nie dzieje się jednak bez przyczyny. W ostatnich latach udało nam się udowodnić, iż polska kultura jest niezwykle kreatywna, efektywna, a ponadto ma istotny wpływ na wiele dziedzin gospodarki. Liczę, iż najpóźniej w 2015 r. wydatki na kulturę osiągną 1 procent budżetu państwa.
Nie skończy się na deklaracjach w gorącym okresie przedwyborczym?
Nie. Ponad połowa postulatów zawartych w Pakcie dla Kultury jest już spełniona. Nie czekając na podpisanie paktu, co może nastąpić już w połowie maja, realizuję zobowiązania, jakie podjąłem podczas Kongresu Kultury w Krakowie. Także współczynniki finansowe już dziś wyraźnie się poprawiają.
Jednak medialna inicjatywa Komitetu Obywatelskiego Mediów Publicznych po pierwszych pozytywnych deklaracjach premiera utknęła w Sejmie. Obecnie Juliusz Braun, dyrektor MKiDN pełniący obowiązki prezesa TVP, w tekście opublikowanym na łamach „Rz" napisał, że telewizja musi być obywatelska, a nie konsumencka. Jego zdaniem kultura w Internecie nie wystarczy, bo 50 procent widzów to osoby starsze, które z sieci nie korzystają. Co dalej?
Resort kultury delegował do rady nadzorczej TVP reprezentanta, dla którego misyjność jest najważniejsza. Jestem też przekonany, że trwające obecnie konkursy, mające wyłonić nowe kierownictwo telewizji publicznej, przyniosą takie zmiany personalne na Woronicza, że natychmiastowe uchwalenie nowej ustawy nie będzie już aż tak konieczne. Będzie można w spokoju i bez presji wypracować rzeczywiście najlepszy model ustrojowy dla mediów publicznych.
W ostatnim czasie coraz więcej pada krytycznych głosów na temat działalności Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej. Bezsprzeczny jest jego wkład w ożywienie produkcji, ale kuleje chyba promocja i dystrybucja. Np. znakomity film „Made in Poland" Przemysława Wojcieszka, który wszedł na ekrany kin w poprzedni weekend, obejrzało niewiele ponad 800 widzów.
Powstanie Instytutu rozwiązało problem finansowania produkcji filmowej. Dziś możemy powiedzieć, że wróciła też publiczność ciekawa naszej rodzimej produkcji. Przypomnę, iż rok 2010 to znakomity rezultat widowni na polskich filmach. Po kilkunastu latach mamy powrót do najlepszych lat frekwencyjnych. Natomiast ma pan absolutną rację, że nierozwiązana pozostaje kwestia dystrybucji, a zwłaszcza promocji. Tak się złożyło, że nie ma w Polsce akceptacji dla pijaru finansowanego z publicznych pieniędzy. W związku z tym PISF wydaje na ten cel za mało pieniędzy. Musimy zwiększyć pulę środków na promocję polskich filmów nie tylko w Polsce, ale i za granicą, zwłaszcza wtedy, gdy walczymy o nagrody. Nasi konkurenci wydają bowiem na promocję często tyle samo pieniędzy, co na produkcję. Podobnie wygląda problem dystrybucji. Dziś wiele miast, ale także resort kultury pracuje nad odbudowaniem możliwości dystrybuowania filmów w kinach studyjnych, wysokiego prestiżu, ale także właściwej promocji premierowej. To z tego powodu m.in. zakup kina Iluzjon i dzisiejszy remont. Za moment instytucje Ministerstwa Kultury będą dysponować kilkunastoma salami projekcyjnymi o niekomercyjnym wymiarze. Do tego należy dodać jeszcze jedno przesłanie: nie może być tak, iż filmy finansowane z publicznych środków w ogóle nie trafiają do dystrybucji! Zawsze w takiej krańcowej sytuacji ratunkiem powinna być telewizji publiczna. Nieważny jest czas emisji, nieważne autopromocje, istotny jest sam fakt zaprezentowania widzom określonego wysiłku artystów
Michał Merczyński i Krzysztof Materna dzielnie strzegą tajemnicy koncertu, który 1 lipca na placu Defilad zainauguruje naszą prezydencję w UE. Kiedy poznamy szczegóły?
W kwietniu będziemy podpisywać finalne umowy z artystami. Zaprezentujemy ich na początku maja. Zapowiadają się interesująco. Od razu dodam, że nie było dla nas najważniejsze zaproszenie megagwiazd, żądających gigantycznych pieniędzy i proponujących program, jaki można zobaczyć w każdym innym kraju. Naszą ambicją było stworzenie niepowtarzalnego widowiska i do tak zaplanowanego zadania postanowiliśmy zaangażować liczących się artystów. Zdecydowaliśmy się na formułę duetów wykonawców polskich i zagranicznych. Będą śpiewać po jednym swoim przeboju oraz wspólnie polski szlagier po angielsku – żeby poszedł w świat.
Szukaliśmy wykonawców, którzy mogliby zaprezentować m.in. przeboje Czesława Niemena i Marka Grechuty. Zależy nam, by nasze piosenki weszły do repertuaru zagranicznych gwiazd. Na pewno powstaną nagrania, które będzie można wykorzystać przy innych okazjach promujących Polskę. Planujemy również transmisję za pośrednictwem Europejskiej Unii Nadawców. Gdybyśmy chcieli pozyskać Paula McCartneya albo Madonnę, szansa na nagrania lub transmisję byłyby zerowe. Nie zgodziliby się na nie, bo to uszczupliłoby ich dochody na innych obszarach, choćby sprzedaży DVD. Podpisywanie umów jest skomplikowane, ale wygląda na to, że Polska będzie jedynym krajem, który tak mocno oprze promocję prezydencji na kulturze. Na całym świecie odbędzie się 1400 artystycznych prezentacji naszego kraju i to na bardzo wysokim poziomie.
rozmawiał Jacek Cieślak
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA