fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Stephen Dorff o swojej nowej roli w filmie Sofii Coppoli

Somewhere
Forum
Ze Stephenem Dorffem rozmawia Barbara Hollender
Rz: „Somewhere. Między miejscami" to film o samotności hollywoodzkiego gwiazdora, ale również o show-biznesie i współczesnej popkulturze. Pana bohater nie czuje się w tym świecie dobrze. A pan? Zbliżenie - czytaj więcej
Stephen Dorff: Ja nauczyłem się w nim żyć i nie ukrywam, że go lubię. Wychowałem się w Los Angeles, w artystycznym środowisku, bo mój ojciec jest kompozytorem. Rodzice zaszczepili w nas miłość do sztuki. Mój brat został muzykiem, ja wybrałem aktorstwo. Matka woziła mnie jako małego chłopca na kursy aktorskie i nawet gdy grałem jak noga, zawsze mi powtarzała, że mam talent. Zacząłem występować w serialach jako nastolatek, szybko trafiłem na duży ekran. Od tej pory jestem w biznesie. Lubię Los Angeles, nawet razem z jego plotkarską atmosferą, lubię plaże Malibu. I kino. Byłoby mi trudno bez niego żyć. Co nie znaczy, że nie przechodziłem w życiu przez ciężkie chwile.
Pana kariera rzeczywiście raz się rozpędzała, raz wyraźnie blakła. Czytaj rozmowę z Elle Fanning
Znam blaski i cienie show-biznesu. Dlatego potrafię zachować dystans do własnej osoby i tego, co mnie otacza. Długo się tego uczyłem. Na początku kariery miałem sporo szczęścia. Ale w Hollywood powodzenia nie kupuje się na zawsze. Bywałem samotny i sfrustrowany. Zwłaszcza wtedy, gdy już wiedziałem, co chcę robić, ale nie dostawałem interesujących propozycji. Wtedy zaciskałem zęby i robiłem, co się dało. Wiem, że przyjąłem kilka ról, których nie powinienem był przyjąć. W złych latach mówiłem sobie: „Człowieku, przecież zagrałeś w kilku głośnych filmach, spotkałeś się z interesującymi reżyserami. Dlaczego świrujesz? Są przecież bardzo utalentowani aktorzy, którzy nigdy nie dostają swojej szansy. Ty już dostałeś". Brałem cokolwiek, a potem znowu szczęście się odwracało.
Od czego zależy powodzenie w Hollywood? Pro i kontra: „Somewhere" Sofii Coppoli
Szczerze? Nie wiem. Tego często nie da się wytłumaczyć racjonalnie. W 2005 roku nakręciłem z Lee Danielsem bardzo interesujący film „Zawód zabójca", który przeszedł kompletnie bez echa. Cztery lata później Daniels zrobił „Hej, skarbie" i dostał nominację do Oscara. Wszyscy o nim mówili, aktorki też były nominowane. Taki jest Hollywood. Nigdy nie wiadomo, kiedy cię zignorują, a kiedy wyniosą na piedestał. Trudno nawet mówić o dobroczynnym wpływie przypadku, bo czasem on pomaga, a innym razem przeszkadza.
No właśnie, podobno miał pan zagrać główną rolę w „Titanicu". Gdyby tak się stało, od dziesięciu lat nie mógłby się pan opędzić od tłumu fanów.
Ktoś o tym napisał w Internecie i od tej pory wszyscy mnie o to pytają. Tak, wziąłem udział w zdjęciach próbnych do tego filmu i nawet byłem poważnie brany pod uwagę. Ale sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Jednego dnia rola zbliżała się do mnie, innego oddalała. Raz była moja, raz czyjaś inna, wreszcie dostał ją Leo diCaprio. Tak to już jest w kinie.
Ale ostatnio nie może pan chyba narzekać na złą passę.
Od „Blade. Wiecznego łowcy" to mój najlepszy czas. Przyszedł po okresie wielkiego załamania. Dwa lata temu straciłem matkę, która umarła na raka mózgu, ledwo się po tym ciosie podniosłem.
Czytałam, że przez rok nie odchodził pan od jej łóżka.
Była najważniejszą kobietą w moim życiu. Sama świadomość, że jest, dodawała mi siły. Po jej śmierci wszystko się zmieniło. Poczułem wokół siebie przeraźliwą pustkę. Wpadłem w depresję, nic mi się nie chciało, przestałem nawet spotykać się z ludźmi. Ale dziś nie opuszcza mnie wrażenie, że mama opiekuje się mną z zaświatów. Scenariusz „Somewhere. Między miejscami" dostałem w dniu, w którym umierała. Ona często mi mówiła: „Stale grasz łobuzów. Czy nie mógłbyś wybierać takich ról jak Steve McQueen?". Uwielbiała McQueena. Odpowiadałem: „Mamo, co mam zrobić? Nie mam takich propozycji, a muszę zarabiać na życie". Była niepocieszona. Dlatego jestem przekonany, że z „Somewhere" miała coś wspólnego.
W tym samym czasie dostał pan propozycję od Michaela Manna.
Tak. I chyba praca mnie uratowała. Zwłaszcza że Michael był bardzo delikatny i wyrozumiały. Bardzo mi pomógł. Gdybym przez tych kilka miesięcy nie pracował, chyba bym się całkiem wypalił. A potem zaraz zaczęły się zdjęcia do „Somewhere" i jakoś wróciłem do życia.
Jak Sofia Coppola pracuje nad swoimi filmami?
Scenariusze filmowe są zwykle tak grube, że trudno je unieść. Potem na planie nie zawsze wiadomo, co robić, trzeba wycinać całe sekwencje, wali się konstrukcja filmu. Sofia uważa, że im mniej, tym lepiej. „Somewhere" nie miało nawet 50 stron. W niektórych scenach były bardzo precyzyjne dialogi, inne dawały tylko zarys sytuacji. Mówiła na planie: „Usiądź tu i graj na gitarze, dialogi urodzą się same". I tak było, a ona pilnowała tylko, żeby wszystko brzmiało prawdziwie. Mnie taka metoda pracy odpowiadała, zwłaszcza że ten film przywołał we mnie wspomnienia.
Podobno mieszkał pan w młodości w hotelu Chateau Marmont?
Tak. To jest hotel gwiazd i początkujących aktorów, którzy chcą zostać zauważeni. Ja przeżyłem w Chateau Marmont ładnych kilka miesięcy. Miałem 19, 20 lat, dużo jeździłem, a jak wracałem do Los Angeles, nie chciałem zatrzymywać się u rodziców, bo potrzebowałem więcej samodzielności. Tak trafiłem do Chateau. Pamiętałem nawet z tamtych lat kilka osób, które wystąpiły w filmie. Muzyk, który gra na gitarze, zawsze siedział w holu. Czasem posłuchała jego muzyki Michelle Pfeiffer, czasem ktoś całkiem nieznany. Ale on grał. Niezbyt dobrze, jednak miał w sobie mnóstwo wdzięku. I to coś, co zyskuje twoją sympatię. Jest tam też facet, który parkuje samochody. Znam go od lat.
A dziewczyny?
Pewnie, że są. Ale nie tak dużo jak wokół Johnny'ego Marco. On jest w filmie wielką gwiazdą, to je przyciąga.
Przed rozpoczęciem zdjęć do „Somewhere" znów wprowadził się pan do Chateau Marmont. Dlaczego?
Sofia chciała, żebym jeszcze raz poczuł jego atmosferę. I zobaczyłem, że nic się nie zmieniło. Podobni ludzie, ten sam nastrój. W windzie spotkałem kiedyś faceta z plikiem scenariuszy pod pachą. To był francuski aktor Olivier Martinez. Uśmiechnęliśmy się do siebie. „Znam cię" – powiedział. „Ja też cię znam" – odpowiedziałem. „W którym pokoju mieszkasz?" – spytał. „69". „Kiedyś tam imprezowałem" – stwierdził. Ta scena znalazła się potem w filmie.
W „Somewhere" stworzył pan świetny tandem z 11-letnią Elle Fanning.
Na początku byłem przerażony. Nigdy nie pracowałem z dziećmi, a mieliśmy z Elle bardzo dużo wspólnych scen. Jednak szybko okazało się, że ona jest nadzwyczajna. Od razu narodziła się między nami chemia. Ten film nie był dla mnie łatwy. Grałem ojca, który ze szczeniaka staje się mężczyzną. A ja sam przecież nic nie wiem o ojcostwie. Dzięki Elle udało mi się zrozumieć ewolucję Johnny'ego Marco. Ta dziewczynka jest tak wspaniała, że nietrudno marzyć o tym, żeby być jej ojcem. Po skończeniu zdjęć wręcz mi jej brakowało. Tęskniłem za jej pogodą ducha, uśmiechem. Nawet kiedyś do niej zadzwoniłem, tak bez powodu, żeby zapytać, co u niej słychać.
Nie obudziła się w panu tęsknota za tym, żeby samemu zostać ojcem?
Nie powiem nie. Sofia ma dwoje dzieci. To ją uspokaja i uskrzydla. Ja na razie nie jestem na dzieci gotowy, ale kiedyś z pewnością chciałbym je mieć. Pewnie dobrze by było się ustatkować przed 45. rokiem życia. Choćby po to, żeby około siedemdziesiątki zostać dziadkiem. Podobno to wielka przyjemność. Ale na razie jeszcze myślę o zawodzie.
Sądząc po liczbie projektów, w jakich bierze pan teraz udział, nie ma pan powodów do niepokoju.
Niepokój zawsze aktorowi towarzyszy, nawet wtedy, gdy mu dobrze idzie. Teraz też, kończąc zdjęcia do jakiegoś filmu, myślę: „O, rany! Co ja teraz będę robił? Czy trafi mi się coś ciekawego?". Taki już jest ten aktorski los.
Nawet gwiazdy spadają z nieba. Trzeba walczyć i wierzyć, że się uda.
Backbeat, 1.25 | Zone Europa | SOBOTA
Urodził się 29 lipca 1973 r. w Atlancie, wychował w Los Angeles. Jest synem kompozytora Steve'a Dorffa. Jako 11-latek pojawił się w reklamie firmy MattelKraft, potem występował w telewizji. W 1987 roku zadebiutował na dużym ekranie w horrorze „Wrota", a przełomem w jego karierze okazał się film „Zew wolności". Hollywood kupił go, oferując mu w 1998 roku rolę przywódcy wampirów w hicie „Blade. Wieczny łowca". Potem jednak przyszły lata chude – grywał głównie czarne charaktery w dość kiepskich filmach, zarabiał też na życie występami w teledyskach. Choć zdarzały mu się również tytuły interesujące, jak np. „World Trade Center" Stone'a. Wspiął się na szczyt w ostatnich latach – po rolach we „Wrogach publicznych" Michaela Manna i „Somewhere. Między miejscami" Sofii Coppoli. Od tej pory jego kariera przyspieszyła. Zagrał w komedii „Born to Be a Star" z Donem Johnsonem i Christiną Ricci i czterech innych filmach, które czekają na premierę. W życiu prywatnym wiązano go z wieloma kobietami, m.in. Drew Barrymore, Millą Jovovich, Pamelą Anderson, ale dziś mówi, że wciąż jeszcze nie dojrzał do stabilizacji.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA