fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Czerwony Baron Richthofen gardzi i podziwia

Archiwum
To chyba już mamy w naszej germańskiej krwi, że gdy tylko spotkamy wroga, chcemy go ścigać, szczególnie gdy jest to nieprzyjacielska kawaleria" – wyznaje Manfred von Richthofen, który wielką wojnę światową rozpoczął w siodle na froncie zachodnim.
„W naturze Francuzów leży atakowanie z ukrycia" – wspomina rozgoryczony. Na froncie wschodnim dzielny wojak był już lotnikiem i straszył oddziały rosyjskie. „Takie półdzikie plemiona jak Azjaci są o wiele bardziej strachliwe niż wykształceni Anglicy. Szczególnie interesujące jest strzelanie do wrogiej kawalerii" – ekscytuje się Czerwony Baron. Jego obsesję na punkcie kawalerii łatwo zrozumieć, bo zanim przekwalifikowano go na lotnika, był ułanem. W przededniu wojny nawet bawił się po ułańsku („jedliśmy ostrygi, piliśmy szampana i graliśmy trochę w karty").
O wyczynach Czerwonego Barona (gdy zginął w 1918 r., miał na koncie 80 zniszczonych samolotów) pisano nieraz. Ale wspomnienia, które opublikował rok przed śmiercią, są wyjątkowe z innego powodu – to niezwykły zapis stanu ducha Niemców tamtej epoki. Pogarda dla narodów Wschodu miesza się z podziwem dla Anglosasów, duma z pruskiego oręża przeplata z żartami na temat tchórzliwych Belgów, wszystko zaś tonie w oparach absurdu, gdy Richthofen pisze o wojnie tak, jak opisuje swe myśliwskie hobby. W jego świecie nie ma różnicy między zawieszeniem skóry upolowanego dzika nad kominkiem a umieszczeniem nad wejściem do domu karabinu z zestrzelonego angielskiego samolotu. Czerwony Baron roni łzy nad wyścigową klaczą, która okulała, nad zagubionym pieskiem hrabiego Holcka (uciekł z maszyny po awaryjnym lądowaniu i się nie odnalazł) i pisze peany ku czci swego doga ulsterskiego imieniem Moritz. O ludności cywilnej jednego z belgijskich miast, które zdobywał, powiada zaś: zachowywali się agresywnie, „w związku z tym liczna grupa tych panów musiała stanąć pod ścianą". Co robi dzielny rycerz Richthofen, gdy francuski partyzant zrani w rękę jednego z jego ułanów? Bierze zakładników i oznajmia, że jeśli strzelec natychmiast się nie zgłosi, to wszystkich rozstrzela. Aresztowanie popa to pierwsza czynność, którą zleca, wkraczając do wrogiej wsi, a wzbijając się w przestworza, wie dobrze, czego oczekują kibice na ziemi: „rzęsistego deszczu krwi angielskich pilotów". Pierwsza wojna światowa jeszcze się nie skończyła, ale Niemcy już ćwiczyli metody, które przydały się w drugiej.
Manfred von Richthofen „Wspomnienia Czerwonego Barona", Wydawnictwo Dolnośląskie 2011, 162 str.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA