Wywiady i rozmowy

PiS pchnął polskie sprawy do przodu

Rzeczpospolita
Siła ataków kierowanych na PiS sprawia, że budzi się normalna potrzeba, by stanąć w obronie. To zwykła przyzwoitość – mówi pieśniarz i poeta Leszek Długosz w rozmowie z Joanną Lichocką
Kandyduje pan z PiS na senatora. W Piwnicy pod Baranami śpiewa się już o tym piosenkę: „Idziesz Leszku w senatory, czyś ty głupi, czyś ty chory?”.
Leszek Długosz: Jest to pieśń pełna troski o moje zdarte gardło, zaangażowane w opiewanie IV RP. Wizja „Balu u Senatora” ze mną w roli głównej, a na tym balu – przytoczę smakowity passus – „teatr dąsów, teatr fochów, czczych pomówień, gwoździ, lochów...”. Jeśli ktoś pamięta „Dziady”, wie, że bal u Senatora to opis szczególnej ohydy i służalczości wobec zaborcy. Zatem jest pan gorliwy w podlizywaniu się władzy, która przypomina carat?
I w gromadzeniu ohydy, która zabaluje w razie mojego zwycięstwa wyborczego. Jak pan to przyjął? Z mieszanymi uczuciami. Zastanawiałem się, czy coś komuś umknęło spod kontroli umysłu, czy też to niegodziwość? Chciałbym wierzyć, że jednak to coś wymknęło się spod kontroli. Autorem tej piosenki jest Michał Rusinek, sekretarz Wisławy Szymborskiej. Myśli pan, że stracił trzeźwość umysłu, pisząc coś takiego? Nie będę się wypowiadać co do jego kondycji. Wiele dziwnych rzeczy dzieje się w Piwnicy. Wydano oficjalne komunikaty odbierające mi prawo do posługiwania się znakiem firmowym Piwnicy pod Baranami. To wszystko w trosce o „apolityczność” tego środowiska i zespołu. Jak usłyszałem o tej apolityczności, parsknąłem śmiechem. Każdy dokładnie widzi, jak ona tam wygląda. Jak się tam koło kogo tańcuje. I widać obowiązujące tam zasady – jeśli ktoś znalazł się w orbicie PiS, zasługuje na oficjalne wykluczenie. Trzeba było kandydować z PO albo LiD.Ale to PiS jest mi bliskie. Taką widzę dla Polski rację, mimo błędów i niezręczności, które zdarzają się każdej władzy. A zwłaszcza poddanej takiej presji i tak atakowanej. Byłem w Piwnicy w jej najlepszym okresie, przyczyniłem się do zbudowania tej firmy, której szyldem (a raczej ostatnio handlowym znakiem firmowym) posługują się ci, którzy niedawno przysiedli się do stolika. Publiczność chodzi do Piwnicy, słucha tego i raczej dobrze się bawi. Słuchając refrenu „Tirli, tirli, kwa, kwa, kwa”? Każdy ma swoją publiczność i one, proszę mi wierzyć, się różnią. Kilka dni temu miałem koncert w Muzeum Wyspiańskiego w Krakowie. Piękny wieczór. Wybrałem te piosenki i wiersze, które nawiązują do motywów Wyspiańskiego. Wszystko okazało się tak czytelne, aktualne, publiczność tak inteligentna i serdecznie reagująca, że jedno takie spotkanie wystarcza, by lekce sobie traktować uszczypliwości. A co z motywów Wyspiańskiego jest dziś aktualne? Sojusz róży z chochołem. W 1983 roku z pierwszej strony bożonarodzeniowego numeru „Tygodnika Powszechnego” cenzura zdjęła mój wiersz „Ballada o sojuszu róży z chochołem”. Potem, w wolnych czasach, też okazał się tekstem nieodpowiednim, nie był publikowany. Niedawno o chochołach pisał w „Rzeczpospolitej” Tomasz Burek. Dał świetną diagnozę i materiał pomocny w rozpoznaniu sytuacji. Jesteśmy w takiej chwili jesiennej, niebawem już listopadowej, w której zakłada się chochoły na róże. Niebezpieczeństwo polega na tym, że to sama róża może pójść na sojusz z chochołami. Może uznać, że ta chochola uroda (i ciepła wygoda) jest także jej urodą i wygodą.W przedstawianie rzeczywistości wprowadzony został taki stopień zmącenia, żeby nie było wiadomo, co jest różą, co chochołem. To jest klucz do mojej decyzji. Idzie o najważniejsze wartości i chcę, aby mój głos, jako obywatela i artysty, był usłyszany. Głos opozycyjny wobec tej części środowiska artystycznego czy inteligenckiego, która godzi się na ten sojusz róży z chochołem i znowu tańczy wiadomy taniec. Z dzisiejszą przygrywką. Jest obraz Wyspiańskiego „Chochoły”. Nocą tańczą na Plantach u stóp Wawelu. Dziś artysta pewnie przydałby mu innej barwy. Ta słoma miałaby czerwony, no może różowy kolor. Trudno o spokój, gdy dziś obrońcy demokracji przed autorytaryzmem – a czemu nie wprost, tak jak słyszymy, zamordyzmem (a może już faszyzmem?) – Kaczyńskich tak łatwo sprzymierzają się z postkomunistami. Jakiż to smutny, cyniczny paradoks. Zatem moją rolą, bardziej jako obywatela niż jako artysty, jest ukazanie tego niebezpieczeństwa i ostrzeżenie. Poważnie, postanowiłem się opowiedzieć, przyłączyć się do rozstrzygnięcia tego zasadniczego, kto wie – historycznego może w tej chwili, sporu. Ale te spory są co chwila, co kampania, co cztery lata. Tym razem to spór bardziej istotny i o wiele bardziej zaostrzony. Niech pani zauważy, że doszło do jakiegoś straszliwego zaognienia, polaryzacji. Ludzie, którzy podzielają na innych obszarach przekonania, gusty, mają podobne historie, potrafią zrywać ze sobą znajomość. Niektórzy twierdzą, że to rządy Kaczyńskich dzielą przyjaciół i rodziny. A mnie się zdaje, że źródeł tego trzeba szukać zupełnie gdzie indziej. To efekt manipulacji, budowania poczucia strachu i zagrożenia przez przeciwników zmian w Polsce. No i jeszcze emanacja pychy środowisk, których interesom ten rząd zagraża. To ta pycha każe określać jako karygodne zadeklarowanie poparcia dla PiS. Jestem odporny, ale i mnie zastanawia, jak trzeba być pysznym, by ludzi, którzy mają inne poglądy, ustawiać po tej gorszej, głupszej stronie: pazernej, drapieżno-rozliczeniowej, nieeuropejskiej itd. Cały ten arsenał epitetów jest znany, jak i to, że argumenty zastępuje drwina. Ale to prawda, że elity i inteligencja odrzucają PiS. Że to pan jest w absolutnej mniejszości. Tak wcale nie jest. Po ogłoszeniu decyzji, że kandyduję do Senatu z listy PiS, znalazłem w mojej skrzynce internetowej dziesiątki mądrych, pięknych listów. Także od niewątpliwych przedstawicieli inteligencji. Ci ludzie z radością i wdzięcznością wyrażają poparcie dla tego, nazwijmy to tak na wyrost, aktu odwagi. Poza tym jest nas wielu o „całkiem znanych” nazwiskach. Nie stanowimy żadnej drużyny, ale te głosy przecież się upubliczniły. Jarosław Marek Rymkiewicz, Wojciech Kilar czy świetny artysta Janusz Kapusta z Nowego Jorku. Chciałoby się zawołać: zadzwońcie do Włodzimierza Odojewskiego do Monachium, do redakcji „Arcanów” w Krakowie, gdzie odbierze prof. Andrzej Nowak, do Paryża do Andrzeja Dobosza, do prof. Burka spod Warszawy, do Marka Nowakowskiego. Ci ludzie są rozproszeni, ale głos jest wyraźny. Niemniej większość elit uważa, że w Polsce trwa kataklizm. To jest podyktowane niechęcią, bywa, że wręcz nienawiścią. Wydaje mi się, że część tych środowisk poczuła się po prostu zagrożona, że mogą zostać zrewidowane ogłoszone wartości i ustalona hierarchia. Cóż to za obawy? Że trzeba będzie coś może oddać? Piękny strój? Atrybuty autorytetu? Może trzeba będzie zejść z wysokich stołków, z czegoś się rozliczyć? I to nawet już nie tyle z przeszłości (to już prawie zbladło, nabrało patyny), ile z fałszywych walorów, na których opiera się swoje aktualne pozycje. Wiele autorytetów, wiele dorobków to są pozory, nienapełnione treścią kostiumy, stelaże wypromowane we wzajemnym okadzaniu się. To często twórcy pustych kształtów, przeflancowanych skądinąd form, korzystający z usług podobnie ukonstytuowanej krytyki i tak głoszący obowiązującą wybitność. Chce pan być rzecznikiem kontrelity? Nie jestem hejnalistą. Nie mam cech przywódczych ani takich ambicji. Obstaję tylko przy prostych zasadach, których nie potrafię się wyzbyć. A co zrobiłem jako artysta, jest sprawdzalne. Nie uchylam się od ocen. I ufam, że zachowuję poczucie właściwych proporcji. Wiem, w czym uczestniczyłem, a w czym nie. Ani nie przyjmowałem (bywało odwrotnie, odmawiałem), ani nie oczekuję nagród, splendorów. Nie boję się napiętnowania, opinii artysty, który poszedł na pasku obecnej władzy. Nie lękam się też, że będę osamotniony. Mam coś „złotego”, zdobyłem przez tyle lat coś cennego: obecność i świadectwo bezinteresownej życzliwości wielu ludzi. Na koncertach i w korespondencji. Ludzie obserwują, kto jaki towar w swoim sklepiku wykłada. Ot, bliski fakt – trzy tygodnie temu zwyciężyłem w głosowaniu publiczności w ogólnopolskim plebiscycie Mistrz Mowy Polskiej. Ta nagroda na ogół przypada osobom aktualnie popularnym. Jestem dumny (i blady), że mimo tak słabej obecności medialnej to przy moim nazwisku najwięcej rąk w Polsce zdecydowało się na ten klik, wysyłając esemesy i e-maile. Dlatego wchodzi pan do polityki? Od lat jeżdżę po Polsce i widzę zmiany, autentyczne budzenie się ludzi, aktywność. Widzę, ile jest dobrej woli i starań. A wszystko to dzieje się przy tym czarnym krakaniu porozstawianych na rozstajach dróg plakatów. Człowiek się burzy na widok niesprawiedliwych ocen. Naprawdę obecna ekipa pchnęła polskie sprawy do przodu. Błędów nie popełniają tylko bezczynni. A nieskuteczny polityk to raczej marzyciel. Siła ataków kierowanych na PiS sprawia, że budzi się normalna potrzeba, by stanąć w obronie. Tak, to zwykła przyzwoitość. I co dalej? Poeta na Wiejskiej? Na Wiejskiej zasiądzie obywatel, który pisze wiersze i piosenki. To absurd? Właśnie przed spotkaniem z panią rozmawiałem przez telefon z Wojciechem Kilarem. To była piękna i dobra rozmowa. Tuż przed odłożeniem słuchawki powiedziałem: – Jednak kończymy tę rozmowę w jakiejś optymistycznej tonacji. Ja proponuję A-dur, a pan? Na to Kilar: – No, ja bym myślał raczej o D-dur? I nagle to odkrycie, z tamtej strony słuchawki: – Nie, proszę pana, grajmy od podstaw, po kolei, tak jak to idzie. Zacznijmy od tych pierwszych zasad. Po prostu grajmy w C-dur. – I niech to będzie kraj prostych, oczywistych wartości. Tak, grajmy w C-dur! – wołaliśmy już razem do słuchawek. I czyż to nie jest gotowe hasło? Albo lepiej – zawołanie?Do naszej przestrzeni znów wraca Wyspiański. 100 lat temu miał przed sobą jeszcze tylko miesiąc życia. To uczucie, że on jest bardzo znów obecny, jest nie tylko we mnie, ale w wielu ludziach. Zbliża się pora, gdy chochoł zakrywa różę. Mamy w tym roku moment szczególny, na tydzień przed listopadem, nie zmarnujmy go. Leszek Długosz jest śpiewającym poetą, aktorem i kompozytorem. Był związany z Piwnicą pod Baranami
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL