fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rewolucje w krajach arabskich

Tylko w kurortach bezpiecznie i cicho

W egipskich kurortach, z dala od wielkich metropolii, było i jest spokojnie
Corbis
Na egipskich i tunezyjskich plażach można się opalać i kąpać. Ale od ogarniętych polityczną gorączką tłumów w wielkich miastach lepiej trzymać się z daleka
W grudniu ubiegłego roku rekiny zaatakowały turystów kąpiących się przy jednej z plaż na egipskim wybrzeżu Morza Czerwonego. Ambasada polska w Kairze, uprzedzając możliwe nieszczęścia, wydała komunikat zalecający plażowiczom, by korzystali z kąpieli jedynie w basenach przy hotelach. Masowa rewolta przeciw władzom w Egipcie i Tunezji, która wybuchła w następnych tygodniach, była całkowitym zaskoczeniem.
Nikt nie przewidywał, że turyści będą narażeni na niebezpieczeństwa potencjalnie znacznie groźniejsze niż rekiny. Czy w tym roku będziemy mogli bezpiecznie wyjeżdżać do tych krajów? Czy można wierzyć zapewnieniom, że sytuacja wraca do normy? Polscy ambasadorzy i konsulowie uważają, że bez obaw można planować wakacje na plażach w regionach turystycznych. Gorzej jest – i prawdopodobnie będzie – z wycieczkami fakultatywnymi, a zwłaszcza zwiedzaniem na własną rękę krajów ogarniętych rewolucyjnym wrzeniem. Poza terenami hoteli, plażami i sąsiadującymi z nimi miejscowościami żyjącymi z turystów nic już nie będzie tu takie samo jak przed rewolucją – w każdym razie przez długi jeszcze czas.

Coraz więcej lotów

W połowie stycznia tunezyjskie i egipskie kurorty – choć fale niepokojów i zamieszek do nich nie dotarły – niemal się wyludniły. Teraz hotele znów zaczynają się tu zapełniać. Pierwszy samolot ze 150 polskimi turystami wylądował w Tunezji już 3 marca. Obecnie, po trzech tygodniach, liczba lotów wzrosła do sześciu tygodniowo. W Tunezji wypoczywa obecnie ok. 700 Polaków – tyle samo w poprzednich latach o tej porze roku.
– Wracają Francuzi, Brytyjczycy, Niemcy. Tunezyjskie instytucje zajmujące się turystyką twierdzą, że dzięki m.in. wielkim kampaniom promocyjnym zorganizowanym np. w Niemczech zaczął się wielki comeback europejskich turystów – wyjaśnia ambasador Polski w Tunisie Krzysztof Olendzki.
Ale w stolicy i w wielu innych miastach wciąż można się natknąć na dyktę zamiast szyb w sklepowych witrynach i ślady pożarów. Nawet w nadmorskim kurorcie Susa (Sousse) spalono kilka budynków, które podobno należały do rodziny obalonego prezydenta Ben Alego. W dniu, gdy po paru tygodniach przerwy znów wylądował w Tunezji samolot z Polski, władzę w kraju objął kolejny „porewolucyjny" premier. Poprzedni zrezygnował w wyniku wielkiej demonstracji w Tunisie, która odbyła się w końcu lutego – podczas walk z policją zginęło wtedy pięć osób. I nie należy się łudzić, że to koniec niepokojów. Wprawdzie godzina policyjna została zniesiona, ale wciąż obowiązuje stan wyjątkowy. Napięcia będą trwały co najmniej do 24 lipca, tj. dnia wyborów, które mają wyłonić nowe demokratyczne władze Tunezji.
– Zapowiada się burzliwa kampania wyborcza, z udziałem aż 35 partii. Będą wiece, manifestacje, być może rozruchy. Zalecamy turystom, by trzymali się możliwie daleko od takich tłumnych zgromadzeń i w ogóle od większych miast, zwłaszcza w centralnych i południowych częściach kraju – podkreśla Krzysztof Olendzki.
Brytyjskie Foreign Office (www.fco.gov.uk) ostrzega swych  obywateli, że na demonstracje mogą nadal natrafić w Tunezji „w każdym miejscu i czasie". W szczególności radzi im unikać Pałacu Prezydenckiego i wszelkich gmachów rządowych oraz budynków i terenów wojskowych. W razie gdy turysta znajdzie się w pobliżu rewolucyjnego tłumu, powinien „możliwie szybko się oddalić". Nie wolno fotografować obiektów wojskowych i innych o szczególnym znaczeniu. Do policjantów i innych funkcjonariuszy sił bezpieczeństwa należy zbliżać się powoli, słuchać ich poleceń i mieć zawsze ze sobą dokument tożsamości. Trzeba też śledzić na bieżąco rozwój sytuacji w radiu telewizji i zasięgać informacji u rezydentów biur podróży i w recepcjach hotelowych.

Spokój na Saharze

Wszystko to brzmi niezbyt zachęcająco, na szczęście jednak nie dotyczy stref turystycznych. Jak dotychczas ataki demonstrantów na turystów i w ogóle obywateli państw Zachodu w Tunezji – podobnie zresztą jak w Egipcie – się nie zdarzały. Wszystkie liczące się siły polityczne pamiętają, że z turystyki żyją tu setki tysięcy rodzin. Tak np. związki zawodowe zrezygnowały z planowanego strajku personelu hotelowego, który mógłby na długo zniechęcić turystów do Tunezji.
Jak ocenia amerykański Departament Stanu (http://travel.state.gov), strefy turystyczne na wybrzeżu tunezyjskim są bezpieczne aż po Sfax na południu – z Dżerbą włącznie. Polskie MSZ stwierdza w ostatnim komunikacie, że „w kurortach turystycznych ustały zagrożenia, uzasadniające wcześniejsze ostrzeżenie przed wyjazdami". Spokojnie jest też w świętym dla muzułmanów Kairouanie, z wielkim meczetem, jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych w Tunezji. Turyści zaczynają wracać także do Tozeur, oazy na skraju Sahary na południowym zachodzie kraju, skąd można na wielbłądzie wyprawić się w głąb pustyni.
Inna rzecz, że na pustyni w dzisiejszej Tunezji jest zwykle bezpieczniej niż np. w peryferyjnych, ubogich dzielnicach większych miast, gdzie ostatnio plagą są kradzieże i inne przestępstwa pospolite. To efekt zubożenia związanego z niepokojami w kraju, wzrostu bezrobocia i rozpoczętej po rewolucji „transformacji" policji, której wojsko nie jest w stanie zastąpić. Szczególnie zagrożone jest pod tym względem południe kraju, gdzie przez przejście graniczne Ras Jedir na terytorium tunezyjskie przedostało się już grubo ponad 100 tys. uchodźców z Libii. Ich sytuacja jest rozpaczliwa, wielu straciło wszystko.
O dziwo, tunezyjscy hotelarze i agenci biur podróży są dobrej myśli. Największym chyba optymistą okazał się tunezyjski minister turystyki Mehdi Houass, który stwierdził, że „rewolucja była skuteczną promocją kraju, a rozgłos medialny i dążenia narodu tunezyjskiego do wolności przyczynią się do wzrostu liczby turystów w najbliższych miesiącach". Co więcej, Tunezyjczycy liczą, że w tym roku przyjedzie do ich kraju więcej gości z Europy, w tym z Polski, niż w poprzednich latach. Wzrost ten nastąpi ich zdaniem kosztem egipskich kurortów. W Tunezji wierzą, że ich kraj – stosunkowo zamożny, o nieźle wykształconym społeczeństwie i najsilniej spośród państw arabskich związany z Europą – odzyska stabilność i zaufanie zagranicznych turystów znacznie szybciej niż wielki i biedny Egipt.

Taksówką do Luksoru

Egipt, gdzie co dziesiąta rodzina żyje z turystyki, robi jednak wszystko, by zatrzymać turystów. Miejscowe zabytki i plaże promowano np. z większym niż kiedykolwiek rozmachem na ostatnich targach turystycznych w Berlinie.
W tym samym czasie na placu Tahir w Kairze wciąż dochodziło do nowych demonstracji, a 8 marca podczas zamieszek na tle religijnym zginęło tam pięć osób. W kraju wciąż obowiązuje godzina policyjna. Z drugiej jednak strony w egipskich kurortach nad Morzem Czerwonym, oddalonych od wielkich miast setkami kilometrów pustyni, było i jest niemal zupełnie spokojnie. Prawie na pewno będzie tu można bezpiecznie wypoczywać, nawet jeśli niepokoje w kraju nie ustaną. Ale trzeba wziąć też pod uwagę, że znaczna część turystów nastawia się nie tylko na plażowanie i nurkowanie, ale i na zwiedzanie kraju.
W Luksorze według ostatnich informacji panuje całkowity spokój. W Kairze i jego okolicach z piramidami w Gizie – już nie. Do tego z ulic egipskiej stolicy zniknęła policja, która – podobnie jak w Tunezji – jest teraz formowana od nowa.
W ostatnim komunikacie dotyczącym Egiptu Ministerstwo Spraw Zagranicznych uznało za możliwe „wznowienie zorganizowanych grup turystów z Polski do egipskich ośrodków turystycznych nad Morzem Czerwonym". Ministerstwo „odradza w dalszym ciągu podróże do dużych ośrodków miejskich (Kair, Aleksandria, Suez), w tym także wszelkie wyjazdy indywidualne i grupowe, w tym wycieczki fakultatywne poza ośrodki turystyczne". Zalecenia te nadal obowiązują. Ale do polskiego konsulatu w Kairze docierają coraz częściej wiadomości, że nasi turyści lekceważą te rekomendacje i wyjeżdżają na wycieczki, oferowane jak dawniej przez miejscowe agencje turystyczne. To dziś spore ryzyko. Przed rewolucją grupy takie – z obawy przed terrorystami – konwojowała w porozumieniu z policją uzbrojona eskorta. W tej chwili takich zorganizowanych konwojów nie ma. Co gorsza, nasi rodacy korzystają też z usług miejscowych taksówkarzy, by w ten sposób, pod ich iluzoryczną opieką, „zaliczyć" przynajmniej najbliższe atrakcje turystyczne. Taka przejażdżka wypada o wiele taniej niż wycieczka. Odważniejsi jeżdżą w ten sposób z Hurghady do odległych od głównych dróg klasztorów św. Pawła i św. Antoniego, rzymskiego obozu Mons Claudianus, a nawet Luksoru. – Podróże tylko z miejscowymi kierowcami to wielka nieodpowiedzialność świadcząca o niezrozumieniu sytuacji – podkreśla Paulina Kapuścińska, dyrektor biura rzecznika prasowego MSZ.
Czy ostrzeżenia zatrzymają turystów w nadmorskich kurortach? Znawczyni Bliskiego Wschodu, komentatorka „New York Timesa" Jennifer Conlin przyznała ostatnio w wywiadzie radiowym: „Kiedy myśli się o świątyniach Luksoru, zawsze zatłoczonych w normalnych czasach... To nie znaczy, by wtedy nie były piękne i warte zobaczenia. Ale mieć je tylko dla siebie, to byłaby najwspanialsza podróż, jaką można sobie wyobrazić".

Wiec w każdy piątek

Po wybuchu rewolucji arabskich wielu turystów – do czego zachęcały też biura podróży – zaczęło przymierzać się do wyjazdu do Maroka zamiast do Tunezji czy Egiptu. Jednak na razie szczególnego boomu na ten kraj nie widać. Hiszpańskie i francuskie biura podróży, główni kontrahenci Marokańczyków, obserwują wręcz spadek zainteresowania. Polaków jest w Maroku, według polskiej ambasady w Rabacie, tyle samo co w innych latach na przełomie zimy i wiosny – 300 – 400 uczestników wycieczek objazdowych. Dopiero za dwa – trzy miesiące pojawią się tutaj polscy plażowicze, głównie w kurortach w pobliżu Agadiru. Czy rzeczywiście będzie ich więcej niż w ostatnich latach (40 tys. rocznie), na razie nie wiadomo, zwłaszcza że Maroko wcale nie jest oazą spokoju.
– Nadal jest dość bezpiecznie, ale niepokoje w sąsiednich krajach i tutaj odbijają się na nastrojach ludności – wyjaśnia ambasador Polski w Rabacie Witold Spirydowicz.
Niedawno doszło do poważnych rozruchów w Tangerze i  turystycznym Marrekeszu, podczas których dopuszczono się „aktów wandalizmu". Przemówienie króla Muhammada VI, zapowiadające reformy i demokratyzację, tylko częściowo uspokoiło sytuację. W połowie marca policja rozproszyła manifestację w Casablance. Zapowiadane są dalsze demonstracje.
Trudno w tej chwili znaleźć kraj na Bliskim Wschodzie albo w północnej Afryce, w którym można by wypoczywać w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa. W Jordanii coraz częściej odwiedzanej przez wycieczki z Polski  od początku roku dochodzi do regularnych demonstracji w wielkich miastach i na kampusach uniwersyteckich, zwykle w piątki. W piątkowe popołudnia unikać trzeba zwłaszcza centrum Ammanu. Niepokój utrzymuje się w Arabii Saudyjskiej i Jemenie. W ubiegłym tygodniu szczególnie niebezpiecznie było w Bahrajnie i Syrii, gdzie podpalono jedną z siedzib rządzącej partii, a do demonstrantów strzelano ostrą amunicją.
Wielką niewiadomą jest rozwój wypadków w Libii, które mogą zadecydować o stanie bezpieczeństwa w całym regionie.
Jednak podczas tych burzliwych wydarzeń, walk ulicznych z rannymi i zabitymi nikt z setek tysięcy turystów podróżujących po krajach arabskich nie odniósł większych szkód. Nie ma więc powodu, by Bliski Wschód i północne wybrzeża Afryki skreślać w tym roku ze swych wakacyjnych planów. Sporo osób uważa też, że czasy przełomów i kataklizmów to okazja, by zwiedzać dotknięte nimi regiony, nie depcząc po piętach innym turystom. Zwłaszcza że ma się przy tym miłe poczucie, iż wydając swe pieniądze w kraju ogarniętym kryzysem, pomaga jego mieszkańcom – jak np. przed paru laty w Tajlandii po katastrofalnym tsunami.
Swój wyjazd w region, gdzie trwają niepokoje, warto jednak zarejestrować w e-konsulacie (http://www.e-konsulat.gov.pl – zakładka „zgłoszenie podróży"). Pozwoli to polskiemu konsulowi w razie jakiegoś zagrożenia szybciej nas odszukać i otoczyć opieką. – Zgłaszanie wyjazdu powinno stać się zwyczajem, takim jak wpisywanie się do książki wyjść w schronisku przed wyruszeniem w góry – podkreśla Paulina Kapuścińska.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA