fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Rozmowa z Zucchero

ROL
Zucchero o najnowszej płycie, Włoszech czasu Berlusconiego, przyjaźni z Bono i Claptonem.
Co Włosi myślą o Berlusconim i jego erotycznych rytuałach?
Zucchero: Jestem pewien, że dla wielu zwykłych obywateli jest ucieleśnieniem spełnionych marzeń o światowej karierze, wielkich pieniądzach i nieprzemijającej urodzie. Oczywiście, mężczyznom szczególnie imponuje bunga-bunga, bo kto z nas nie chciałby być macho i mieć tyle młodych, pięknych kobiet, co nasz prezydent. Osobiście nie mam nic przeciwko bunga-bunga. Ale jestem rockandrollowcem, a głowa państwa powinna uważać, co robi. W purytańskiej Ameryce Berlusconi nie utrzymałby się przy władzy.
Włosi nie są purytańscy?
Dla jednych jest charyzmatycznym liderem, a inni nie angażują się w politykę. Ci, którzy mają własne zdanie, nie mają alternatywy w postaci silnego lidera opozycji. Chcieliby zmiany, ale boją się ryzyka. Wolą status quo.
Kiedy obserwuje się Włochów, uderza ich wakacyjny, dziecięcy, wręcz radosny, stosunek do życia. A może to stereotyp?
Nie. To przejaw bezrefleksyjnego konsumeryzmu, który proponuje berlusconizm, czyli system władzy tworzony od lat przez Berlusconiego i jego media. Rozrywka, talk-show i reality show lansują piękno na pokaz, seksbomby, przystojnych mężczyzn, modę, hedonizm. To medialny cyrk, gdzie wysoką pozycję społeczną zapewnia udział w telewizyjnych programach. Koło się zamyka. Widzowie chcą zostać gwiazdami, choćby na chwilę, bez żadnego wysiłku, zdając sobie sprawę, że nie mają talentu. Przypomina mi to schyłek imperium rzymskiego. Nie zgadzam się na taki styl życia i właśnie dlatego nagrałem album dedykowany czasom mojego dzieciństwa i młodości, z których zapamiętałem, że najważniejsze są silne więzy familijne, poczucie wspólnoty z sąsiadami i solidarność z innymi mieszkańcami.
Powstała zamknięta muzyczna opowieść.
Tak. Kanwę stanowi opowieść o niedzieli, jakich już dziś nie przeżywamy, bo przecież dla Internetu, telefonów komórkowych i naszych pracodawców nie ma święta. Jestem z pokolenia, które jeszcze pamięta aurę rodzinnego stołu, dźwięk kościelnego dzwonu i organów podczas mszy, dlatego postanowiłem o nich przypomnieć.
Proszę opowiedzieć o tytułowym "Chocabeck", ciastku, które jest jak magdalenka w Proustowskim cyklu "W poszukiwaniu straconego czasu".
Słowo pochodzi z dialektu Emilia Reggio, gdzie się urodziłem. Gdy pytałem ojca, czy jest coś dobrego do zjedzenia, odpowiadał, że niedługo dostanę chocabeck. Długo myślałem, że to smakowite czekoladowe ciastko. Tymczasem słowo oznaczało dźwięk wydawany przez kłapiący dzióbek ptaszka, który nie ma co jeść. Ojciec zamiast mówić o pustej spiżarce, wolał żartować i karmić mnie nadzieją. W tytułowej piosence śpiewam, że dziś mam wszystko, brakuje mi tylko chocabeck, czyli nadziei, poczucia wspólnoty i miłości. Podstawowych wartości. Marzę o świecie, w którym ludzie o różnym stanie portfela, poglądach i wyznaniach żyją razem i szanują się. Chrześcijanie i komuniści.
Jest pan utopistą.
Ja to pamiętam. Mój wujek był komunistą. Mieszkał naprzeciw kościoła. Spierał się z proboszczem, ale w niedzielę nigdy nie zapomniał, żeby za moim pośrednictwem zaprosić go na obiad lub kolację. Ten klimat Włoch dobrze uchwycił film "Don Camillo i poseł Peppone" z udziałem Fernandela.
Chodzi pan do kościoła?
Nie w niedzielę, nie na mszę. Wolę nastrój skupienia i samotnej modlitwy. To nie znaczy, że potępiam Kościół. Nie chcę generalizować. Może i Watykan uprawia politykę niezgodną z chrześcijaństwem, ale są przecież księża, którzy służą wiernym, jak przykazał Chrystus.
Śpiewa pan o partyzantach wychodzących w czasie wojny z wioski na bój. To są rodzinne wspomnienia?
Wychowałem się w rodzinie, która walczyła z faszystami. Opowiadano mi o represjach. Dzisiejsi politycy mówią, że zło znane z przeszłości nie może wrócić, ale w powietrzu czuć, że to wciąż możliwe.
Wróćmy do muzyki. Polscy artyści nie mogą się przebić na anglosaski rynek, nie ma mowy o współpracy z największymi gwiazdami. Panu się to udało.
Nie ma jednej piarowskiej recepty. Myślę, że to zasługa muzyki, jaką tworzę. To nie są typowe włoskie piosenki. Łączę południową melodyjność z czarnymi brzmieniami. Ta mieszanka spodobała się amerykańskim i angielskim słuchaczom.
Czy w kojarzeniu duetów z Bono i Stingiem pomagały wytwórnie i menedżerowie?
Nigdy w życiu! Decydował przypadek. Pierwszy zaprosił mnie do współpracy Miles Davis. Kiedy koncertował we Włoszech i usłyszał w radiu moją piosenkę, zachwycił się, spodobał mu się mój głos. Chciał, żebym z nim zaśpiewał, i doprowadził do tego, chociaż przebywałem na wakacjach na Malediwach. Podam drugi przykład. Po występie w Agrigencie na Sycylii podszedł do mnie chłopak z ekipy technicznej i powiedział, że o spotkanie prosi mnie... Clapton. Pomyślałem, że to żart. Tymczasem Eric przyszedł na koncert ze swoją dziewczyną. Spodobały mu się moje piosenki i zaproponował wspólne tournee po Europie.
A jak doszło do tego, że Bono napisał na nową płytę tekst  "Someone Else's Tears"?
Znamy się od 15 lat. Wcześniej napisaliśmy dwie piosenki i braliśmy udział w wielu projektach charytatywnych. To inteligentny, dobry i czuły człowiek. Podczas sesji nagraniowej w Los Angeles wysłałem mu muzykę z prośbą o napisanie słów. Nagranie mu się podobało, ale przez miesiąc nie miałem żadnego sygnału. Kiedy straciłem nadzieję, przesłał tekst. Myślę, że jest bardzo osobisty.  Opowiada o mężczyźnie, który zaprzeczył wartościom, jakie kiedyś wyznawał. Bono napisał mi, że kiedy usłyszał piosenkę, popłakał się.
rozmawiał Jacek Cieślak

Sylwetka

Zucchero (ur. 1955), włoska gwiazda światowego formatu. Sprzedał 40 mln albumów. Śpiewał z Milesem Davisem, Sheryl Crow, Dolores O'Riordan, B.B. Kingiem, Stingiem, Bono. Jego najnowsza płyta  to „Chocabeck".
j.c.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA