fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Plus Minus poleca

ROL
Rosiak o Japończykach, Majewski i Reszka w sejmowej kuchni, Masłoń o Januszu Głowackim, Wildstein o książce Graczyka... Polecamy najnowszy numer tygodnika Plus Minus
"To nie jest tak, że w Japonii w przeciwieństwie np. do Polski rodzą się miliony znakomicie zorganizowanych, pragmatycznych ludzi, którzy potrafią uczyć się na własnych błędach. Skąd ten ich pragmatyzm?" - pyta Dariusz Rosiak japonistkę Agnieszkę Kozyrę w rozmowie Samuraj nie traci twarzy.
"Ja szukałabym korzeni w czymś, co czasem złośliwie nazywane jest „azjatyckim kolektywizmem”. W tej strukturze jednostka jest częścią całości, każdy wie, co robi, czego się od niego wymaga i zasadniczo przeciwko temu się nie buntuje. Jeśli ktoś jest ratownikiem, to ratuje ludzi, jeśli ktoś jest ofiarą, to zachowuje się jak ofiara i daje się ratować. A jeśli jest liderem, przywódcą jakiejś społeczności, to bierze na siebie odpowiedzialność za podległych sobie ludzi i zadania, które ma wykonać. I to z wszystkimi tego konsekwencjami. Po trzęsieniu w Kobe zastępca burmistrza miasta Takoma Ogawa, którego krytykowano za niedopatrzenie obowiązków, oblał się benzyną i spalił. Ludzie podporządkowują się liderowi, bo on w 100 procentach poważnie podchodzi do swoich zadań i bierze pełną odpowiedzialność za ich skutki.
Gdy my na Zachodzie myślimy o hierarchii, to kojarzy nam się ona często z jakąś strukturą, na szczycie której znajdują się ludzie mający prawo pomiatać niżej postawionymi. Japoński etos feudalny odwołuje się do zupełnie innej hierarchii. Oczywiście ten etos nie zawsze był realizowany, to był pewien ideał, ale mamy przykłady konkretnych postaci historycznych, które pokazują istotę rzeczy. W Japonii bycie na górze hierarchii wiąże się z największą odpowiedzialnością, a władza takiej osoby jest uzasadniona o tyle, o ile spełnia ona swoje obowiązki wobec innych ludzi i państwa. Np. zdarzało się, że pan feudalny w obliczu kryzysu swojego księstwa zaczynał w sposób ostentacyjny rezygnować z luksusów, włącznie z tym, że ograniczał swoje posiłki do najprostszych. Samurajowie, owszem – mieli przywileje, ale wpajano im, że są powołani do stania na straży ładu społecznego i zasad moralnych".
? ? ?
Do skutków trzęsienia ziemi w Japonii odnosi się również Anne Applebaum w artykule Koniec nuklearnego renesansu? Amerykańska publicystka wyraża nadzieję, że katastrofa w elektrowni Fukushima uświadomi całemu światu ogromne, ukryte koszty energetyki jądrowej: "Jak się zaraz przekonamy w Japonii, prawdziwych kosztów energetyki nuklearnej nie da się ująć nawet w wielkiej cenie budowy reaktorów. W sposób nieunikniony ogromne koszty utylizacji odpadów spadają na barki podatników, a nie branży energetycznej. Koszty oczyszczenia terenu ze skażeń, nawet w przypadku relatywnie małego wypadku, w końcu ponosi budżet. Również koszty leczenia poniesie w ten czy inny sposób społeczeństwo. Jeśli w Japonii dojdzie do naprawdę wielkiej katastrofy, cały świat zapłaci za to cenę.
Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Czuję podziw dla japońskich inżynierów walczących ze skutkami trzęsienia od wielu dni. Jeśli ktoś w ogóle może zapobiec katastrofie, to na pewno Japończycy dadzą radę. Ale mam też nadzieję, że fakt, iż o mały włos nie doszło do tragedii, spowoduje, że ludzie na całym świecie zastanowią się dłużej, jaka jest prawdziwa cena energii nuklearnej, i zatrzymają ruszający pełną parą nuklearny renesans".
? ? ?
Nasi reporterzy Michał Majewski i Paweł Reszka zajrzeli po raz kolejny do sejmowej kuchni, tym razem prawie że dosłownie. Dzięki ich wytrwałym podchodom powstał reportaż Salonik Tetmajerowski  poszedł z dymkiem opowiadający o chwilach chwały i obecnym upadku specjalnego pomieszczenia przy restauracji sejmowej.
"Salonik Tetmajerowski  był miejscem kultowym, które trzeba było rezerwować z odpowiednim wyprzedzeniem. – Kiedyś to był pokoik zarezerwowany dla politycznych liderów. Zwykła brać poselska mogła tylko pomarzyć, żeby się tam dostać. Mimo że w środku nie było luksusów, raczej pachniało czasami Gomułki – opowiada Krzysztof Janik, jeden z byłych liderów SLD. Akurat wystrojem salonik nie powala i dzisiaj.Duży stół, który wypełnia niemal całe pomieszczenie, sześć krzeseł, na ścianie zegar i obraz, na którym nie warto zawiesić wzroku. Ale to nie piękno i elegancja decydowały o znaczeniu saloniku, w którym rozgrywały się ważne wydarzenia polskiej polityki.  Tu Leszek Miller spiskował z prawicą, a Jarosław Kaczyński zawierał medialną koalicję z SLD. W tym miejscu ostatecznie pogrzebano projekt PO – PiS.
W sumie zawsze coś w saloniku się działo, nawet w ostatnich latach. Aż tak bardzo nie zaszkodziły temu miejscu podsłuchowa histeria, narastający brak zaufania między politykami, coraz bardziej wścibscy dziennikarze. Ciosem było co innego – drakońska ustawa antynikotynowa. W wielkim gmachu Sejmu zapalić można jedynie w dwóch palarniach. Salonik stał się jedną z ostatnich redut palaczy".
? ? ?
"W czwartek Włosi hucznie obchodzili 150. rocznicę zjednoczenia państwa. Dostali na to od rządu w prezencie dzień wolny od pracy. Ale odpowiedź na pytanie, czy udało się zjednoczyć naród, jest trudna. Przemówienia, akademie, koncerty, uroczyste wciągania flagi na maszt od Wenecji po Sycylię, hymn od rana do wieczora, biegi, a nawet regaty. Hałaśliwa feta za ćwierć miliarda euro nie jest w stanie ukryć gorzkiej prawdy, że północ i południe Italii dzielą ogromne różnice w zamożności, obyczaju, oglądzie świata i często szczera wzajemna niechęć.
Prezydent Giorgio Napolitano w telewizyjnym przemówieniu do narodu powiedział, że zjednoczenie Włoch umożliwiło postęp, stało się opoką, na której zbudowano wolność i demokrację, a dziś powinno być powodem do dumy dla wszystkich. Tymczasem w Palermo gubernator Sycylii Raffaele Lombardo grzmiał kilka tygodni temu: „Trzeba skończyć z mitem zjednoczenia i nazwać rzecz po imieniu! My na południu zapłaciliśmy za to nędzą, torturami, krwią i masową emigracją. Płacimy do dziś!”.
Burmistrz sycylijskiego Capo d’Orlando z wielką pompą przed kamerami odbił tabliczkę z napisem „plac Garibaldiego”, pokrzykując „Okrutny morderca, sługus masonów i Anglików!”. 800 kilometrów na północ pomnikowego bohatera walk o zjednoczenie wcale nie potraktowano lepiej. W Schio koło Vicenzy radni świętujący przypadający w marcu Nowy Rok według kalendarza Najjaśniejszej Republiki Weneckiej spalili kukłę Garibaldiego. W Mediolanie część radnych władz Lombardii opuściła salę, gdy w ramach zjednoczeniowych obchodów przyszło zaśpiewać hymn. A Umberto Bossi, szef wchodzącej w skład koalicji rządowej Ligi Północnej (równocześnie minister ds. reform), proszony o komentarz do hucznych obchodów, rzucił: „Szkoda pieniędzy. Jakie zjednoczenie? Już 150 lat płacimy na tych darmozjadów z południa”.  Co czwarty mieszkaniec północy, a co szósty południa nie miałby nic przeciw secesji, czyli cofnięciu koła historii. Ponad połowa sądzi, że ich przodkowie zrobili na zjednoczeniu fatalny interes, a 70 proc. jest przekonanych, że do dziś przychodzi im za to płacić - pisze Piotr Kowalczuk w bogato ilustrowanej przykładami z życia elit i ulicy korespondencji 150 lat i basta?
? ? ?
Tercet, poniekąd, egzotyczny to szkic Krzysztofa Masłonia o Januszu Głowackim piszącym dla Andrzeja Wajdy scenariusz filmu o Lechu Wałęsie.
"Gdy po Sierpniu ’80 Janusz Głowacki napisał „Moc truchleje”, w której to powieści Lech Wałęsa występuje jako Wąsaty, oburzenie było, że tak się wyrażę, zarówno pierwszo- jak i drugoobiegowe. Jeśli ktoś zasłużył na miano szydercy, to Głowacki w „Mocy...” jak najbardziej. A jednak nie minęło znów tak wiele czasu i stało się jasne, że ten szyderca zobaczył w Stoczni Gdańskiej znacznie więcej niż ci, którzy – jak nie przymierzając, Andrzej Wajda – padli przed Wałęsą na kolana.
Toteż z ogromnym zdziwieniem przyjąłem wiadomość o wznowieniu współpracy tego pisarsko-filmowego tandemu (kiedyś chcieli też nakręcić wspólny „Mecz” – o piłce nożnej, ale nie pozwoliły na to władze). „Moc truchleje” – z odniesieniami do życia Wałęsy, rzecz jasna nie tymi, o których pisał Paweł Zyzak, Boże uchowaj – byłaby znakomitym scenariuszem do filmu o narodzinach „Solidarności”, ale takiego filmu ani Wajda by nie nakręcił, ani – tym bardziej – Wałęsa autoryzował. Podejrzewam więc, że i spod pióra autora „Z głowy” wyjdzie rzecz niebędąca tym, czym jest w istocie. Tak jak „Good night, Dżerzi” okazała się książką wcale nie o Jerzym Kosińskim, co sam autor wielokrotnie zapowiadał, lecz o zupełnie innych ludziach i sprawach, a przede wszystkim może – jak powiada Janusz Głowacki – o nim samym.
Tak że film o Wałęsie będzie nieprawdziwy, to więcej niż pewne. Ale na wszelki wypadek przyzwyczajajmy się do tej myśli, że w ogóle nie będzie filmem o Wałęsie".
Obok tekstu Masłonia drukujemy również krótką rozmowę z Januszem Głowackim o jego doświadczeniach w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku i powieści "Moc truchleje".
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA