fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Tsunami a gospodarka

Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Nieszczęścia zdarzają się wtedy, kiedy się ich nie spodziewamy. I właśnie wtedy, kiedy moment ich nadejścia jest najgorszy. Tak było i tym razem
Nieszczęście Japonii – poza oczywistym ludzkim cierpieniem i ogromem strat – ma też niebezpieczny wymiar ekonomiczny i finansowy.
Po pierwsze, może okazać się bardzo kosztowne z punktu widzenia światowego wzrostu gospodarczego. I nie chodzi tylko o to, że Japonia wytwarza niemal 10 proc. światowego PKB. Oczywiście, że jakiekolwiek zakłócenie pracy tej gospodarki to wymierne straty w skali globalnej. Prawdę mówiąc, nie wiemy jednak wcale, czy japoński PKB w skali roku spadnie. Na rzecz spadku będą oddziaływać głównie zakłócenia produkcji przemysłowej, wynikające z częściowego paraliżu energetyki i systemu transportowego. W gospodarce tak nowoczesnej jak japońska, gdzie fabryki nie trzymają magazynów części do produkcji, tylko mają je dowożone na określoną godzinę przez dostawców, jakiekolwiek poważne utrudnienia oznaczają konieczność wstrzymania produkcji – tym bardziej bolesnego im bardziej długotrwałe i głębokie będą problemy sektora energetycznego.
Z drugiej jednak strony na rzecz ponownego wzrostu PKB będzie oddziaływać odbudowa zniszczeń. Łączny efekt dla PKB jest więc dziś nieznany.
Prawdziwe zagrożenie dla globalnego wzrostu gospodarczego wiąże się raczej z wpływem japońskiej tragedii na rynki surowcowe. Wyłączenie z ruchu elektrowni atomowych to większe zapotrzebowanie gospodarki na tradycyjne surowce energetyczne, zwłaszcza ropę. Zapewne także większe zapotrzebowanie na żywność. Słowem, efektem trzęsienia ziemi może być dalszy wzrost światowej inflacji, podgrzewany prawdopodobnie przez spekulacje. A to już oznacza problem dla całego świata. Widmo wolniejszego rozwoju i rosnących cen, a więc stagflacji.
Ważniejsze jest chyba jednak drugie zagrożenie. Japonia ma najbardziej zadłużony rząd na świecie, któremu już przed katastrofą agencje obniżyły rating kredytowy. Konieczność wydawania dziesiątek miliardów dolarów na akcję ratunkową i odbudowę, choć korzystna dla japońskiego wzrostu PKB, finanse państwa może tylko pogorszyć. A jakiekolwiek załamanie zaufania do wypłacalności rządu w Tokio mogłoby mieć dewastujący wpływ na rynki finansowe, nie mniejszy niż upadek Lehman Brothers.
To na szczęście bardzo mało prawdopodobny scenariusz (chyba że z Japonii dochodzić będą kolejne, znacznie gorsze wiadomości o gospodarczych konsekwencjach katastrofy). Jest jednak oczywiste, że większe zapotrzebowanie japońskiego rządu i gospodarki na kapitał oznacza, że mniej go będzie dla reszty świata. A tymczasem Japonia, wraz z Chinami, dysponowała największymi nadwyżkami kapitału na świecie. Mniejsza podaż tego kapitału oznacza, że stanie się on droższy i trudniejszy do zdobycia. A to może zatrząść silnie fundamentami stabilności wielu krajów, w tym zwłaszcza wschodzących rynków.
Nieraz pisałem, że odwlekając niezbędne oszczędności budżetowe, podejmujemy w Polsce spore ryzyko. Że jeśli w światowych finansach stanie się w tym roku coś naprawdę bardzo złego, konsekwencje mogą być dla nas bolesne. Oby tym „czymś naprawdę bardzo złym" nie okazało się właśnie japońskie tsunami.
Autor jest profesorem, głównym ekonomistą PricewaterhouseCoopers
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA