fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Paweł Kowal: polityka sąsiedztwa UE

Paweł Kowal
Fotorzepa, Bartosz Jankowski
O tym, co się dzieje w Afryce, więcej wiedzą polscy dyplomaci, także ci po MGiMO, niż mądrale w Brukseli – pisze europoseł PJN
Wpływowa dyplomatka unijna przekonywała mnie kilka miesięcy temu, że Polacy nie powinni zajmować się sytuacją na Białorusi, ponieważ są „za blisko" i tendencyjnie oceniają wydarzenia. Pochodząca z jednego ze śródziemnomorskich krajów Unii udawała, że nie rozumie, iż dla nas strategia na Wschodzie to nie cykl politologicznych doświadczeń, ale realny problem.
Teza, że w imieniu Brukseli sąsiadami Unii mogą zajmować się państwa niemające z nimi granicy, jest chybiona. Oznacza to preferencję dla krajów położonych w centrum Unii, które zresztą wysyłają unijnych dyplomatów do swoich byłych kolonii (Francja) lub państw, z którymi prowadzą największe interesy (Niemcy). Po wydarzeniach na Białorusi i sekwencji przewrotów na północy Afryki, a szczególnie rozwoju sytuacji w Libii, polityka UE wobec sąsiadów poniosła klęskę. Brak daleko idących konkluzji podczas piątkowego szczytu w sprawie Libii będzie już katastrofą. Może to nie najlepszy moment (wybory, kryzysy, polityczne konflikty) na tworzenie nowych idei. Kiedy jednak obejmiemy prezydencję, będziemy musieli się zająć skutkami tego, co obecnie zachodzi na południu. Sedno w tym, jak już teraz wydarzenia te spróbować obrócić na sukcesy wewnątrz UE. Jest szansa, by zaprezentować się jako kraj, który nie ogranicza się do działań konsularnych, sprawnych ewakuacji, nie przygotowuje tylko planów migracyjnych, ale ma polityczne propozycje działań wobec sąsiadów na południu i wschodzie Unii. W ostatnich latach problem polegał na tym, że wydatki na politykę sąsiedztwa na Wschodzie traktowane były jako wymysł Polski, luksus, coś, na co nie stać jeszcze Wspólnoty, a wydatki na politykę na południu – jako polityczny ukłon wobec wpływowych śródziemnomorskich członków Unii. W rzeczywistości stworzono efektywny system podtrzymywania dyktatorów, którzy właśnie władzę tracą. Wszystko miał wyjaśniać jeden czarodziejski termin „stabilizacja". Teraz to Polska powinna zacząć odpytywać premiera Włoch z kolekcji wspólnych fotografii z Kaddafim i Łukaszenką, pytać, czy dotychczasowi gracze na południu Unii na pewno są przygotowani do prowadzenia polityki w imieniu całej Unii. Spotkania ostatnich tygodni pokazują, że o tym, co się dzieje w Afryce, więcej wiedzą polscy dyplomaci, także ci po MGiMO, niż mądrale w Brukseli.
Zamiast dyskretnego podtrzymywania satrapów, nasze pieniądze powinny iść na popieranie społeczeństw
Dlatego to teraz – w epicentrum kryzysu i wobec polskiej prezydencji – jest czas na zaproponowanie nowej polityki wobec sąsiadów Unii. Nie tylko ze względu na perswazję wobec Mińska mają polityczny sens analogie Łukaszenki z Mubarakiem budowane przez Radosława Sikorskiego. One pokazują problem: najbardziej to właśnie Unii nie stać na udawanie, że nie widzi problemów rozwojowych swoich sąsiadów. Włączając się mocniej w tworzone właśnie dla krajów arabskich partnerstwo na rzecz demokracji, zyskalibyśmy atuty w działaniach na rzecz polityki UE na Wschodzie, a może i przychylność niektórych południowych państw UE zainteresowanych prawdziwą odnową polityki unijnej w basenie Morza Śródziemnego. Różna jest specyfika tych obszarów, różne ambicje poszczególnych krajów, bo na przykład Ukraina, Gruzja czy Mołdawia otwarcie mówią o chęci wejścia do Unii. Ale wspólny jest mianownik tych spraw: Unia musi je potraktować jako kluczowe kwestie szeroko rozumianego bezpieczeństwa, bo gwarancje dyktatorów bywają bardzo kruche. Oczywiście, Unia nie jest państwem i polityka zewnętrzna nie musi być jej mocną stroną. Jednak czas uświadomić kolegom z innych krajów, że na luksus kupowania stabilności już nas nie stać, a rozwój sytuacji za granicą ma konkretne przełożenie na losy szarego mieszkańca Unii. Nie sposób spać spokojnie bez pewności, że sąsiad nie urządzi za ścianą ogniska lub hodowli skorpionów. Pokazanie zaś, że polska polityka wykracza horyzontami i kompetencją poza region środkowej Europy, akurat w tej sprawie byłoby bardzo wiarygodne. W polityce częściej bardziej niż dobra koncepcja (a taką jest np. partnerstwo wschodnie) liczy się złapanie chwili i odwaga, a nawet pewna dezynwoltura w prezentacji własnego stanowiska: odpowiedni na to moment jest teraz. Problem w tym, że premier Tusk praktycznie milczy o tym, co się dzieje w najbliższym otoczeniu Europy.
Powinien powstać stały zespół roboczy, który zająłby się przemianami w Afryce Północnej i wspólnie z ekspertami od Wschodu zainicjowałby prace ekspertów nad założeniami nowej polityki sąsiedztwa: w sferze rozwoju edukacji, przedsiębiorczości, energetyki, gospodarki wodnej, a przede wszystkim szeroko rozumianej demokratyzacji. Być może to czas, który Huntington nazwałby czwartą falą demokratyzacji (jako trzecią określał przemiany po 1989 roku), ale trzeba ją uchwycić, zanim zamieni się w impuls do ostrej fundamentalizacji. Oprócz odpowiedniego momentu historii liczy się pomysł i szybka reakcja – w obu tych sportach Unia nie jest najlepsza; niemniej należy spróbować. Zamiast dyskretnego podtrzymywania satrapów nasze pieniądze powinny iść na popieranie społeczeństw. Linia argumentacji powinna być taka: jeśli teraz nie włączymy się wszyscy w reagowanie na to, co dzieje się u sąsiadów, w tym i na Białorusi, to w przyszłości wiele na tym stracimy. To teraz jest czas na powiedzenie pani Catherine Ashton, że polityka Unii wobec sąsiadów powinna być prowadzona na nowych zasadach z udziałem państw naszej części Unii. Trzeba to zrobić dziś – w ten piątek.
Autor jest politologiem i politykiem. Był posłem na Sejm w latach 2005 – 2009, wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie PiS, od 2009 europosłem. Obecnie członek PJN
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA