fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Piotr Semka: Bronisław Komorowski po wyborach 2011

Piotr Semka
Fotorzepa, Kuba Kamiński kkam Kuba Kamiński Kuba Kamiński
Bronisław Komorowski całkiem nieźle wspomina początek lat 90. i już testuje, jak wzorem Wałęsy poszerzyć swoje pole działania – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Sprawy Polski idą w dobrą stronę" – ogłosił Bronisław Komorowski w wywiadzie dla tygodnika "Newsweek". Istotnie prezydent ma powody do zadowolenia. Wiele na to wskazuje, że kończy się epoka hegemonii Donalda Tuska w Platformie Obywatelskiej. Kończą się też rządy dwupartyjnej koalicji PO – PSL. Część obserwatorów uważa nawet, że na wyczerpaniu jest atrakcyjność sporu politycznego, który od kilku lat do białości rozgrzewa PO – PiS.
Jeśli na dodatek dojdzie do "spłaszczenia" wyborczych wyników wszystkich partii, to w nowym Sejmie pojawi się cztery, góra pięć ugrupowań średniej wielkości, które będą zmuszone budować koalicję. A jeśli tak się stanie, wtedy prezydent Komorowski może sięgnąć po rolę silnego arbitra polskiej sceny politycznej.

Powtórka z Wałęsy?

Sejmowe koalicje "piątek" czy "siódemek"? Prezydent rozgrywający ambitnych liderów małych partyjek? Czy czegoś to państwu nie przypomina? Tak, to początek lat 90., epoka prezydenta Lecha Wałęsy, który umiejętnie wykorzystywał rozdrobnienie pierwszych dwóch Sejmów po1989 roku.
Komorowski całkiem nieźle wspomina tamte czasy i już testuje, jak wzorem Wałęsy poszerzyć swoje pole działania. Zaczęło się od deklaracji, że po wyborach misję tworzenia rządu może powierzyć komuś, kogo uzna za najbardziej odpowiedniego kandydata i wcale nie musi to być lider ugrupowania, które zdobędzie najwięcej głosów. Kto prezydentowi podsunął takie pomysły? Na politycznego doradcę nr 1 kreuje się dziś minister Tomasz Nałęcz. Czy inspiracją dla niego nie jest przypadkiem nieżyjący już Lech Falandysz? Urzędnik niesłychanie sprawny w odczytywaniu konstytucji na nowo, który znajdował coraz to nowe haczyki i kruczki prawne, które poszerzały władzę prezydenta Lecha Wałęsy. Dziś to Bronisław Komorowski jest wyraźnie popychany w kierunku falandyzacji prawa.
Wróćmy do wspomnianego wyżej wywiadu. Prezydent podkreśla w nim, że misję tworzenia rządu będzie mógł powierzyć jedynie "zwolennikom modernizacji, ale i zdrowego rozsądku". I dodaje: "Mam suwerenne prawo wybrać kandydata na premiera. Lider zwycięskiej partii ma największe szanse, ale nie ma gwarancji". Pytany o to, co zrobi, gdy wygra PiS, prosi o zwolnienie z odpowiedzi.
Istotnie, w konstytucji z 1997 roku nie zapisano wymogu mianowania kandydata ze zwycięskiej partii, ale w ciągu 20 ostatnich lat taki ustalił się zwyczaj i taka był praktyka. To dlatego w 1991 roku misję tworzenia rządu od Lecha Wałęsy otrzymał Bronisław Geremek, a w 2007 roku Lech Kaczyński praktykę tę uszanował, zlecając to zadanie Donaldowi Tuskowi.
Dziś pan prezydent zapowiada, że jeśli nawet PiS wygra wybory, to nie jest wcale pewne, czy zaproponuje tworzenie rządu Jarosławowi Kaczyńskiemu. I że to on, Bronisław Komorowski, będzie decydował, czy ktoś jest zwolennikiem modernizacji i zdrowego rozsądku.

Zebrać oklaski salonu

A to już wyraźna sugestia, że PiS jest ugrupowaniem antysystemowym, które nie może ponownie dojść do władzy niezależnie od decyzji wyborców. Komorowski sięga tu po wzory francuskie. We Francji lewica i gaulliści w lokalnych wyborach tworzyli nieformalny front republikański, by utrzymać w izolacji Front Narodowy Jean Marie Le Pena. Rzecz w tym, że Front Narodowy jest partią nacjonalistyczną i skrajną. A PiS – pomimo wielu starań – zarzucić tego nie sposób.
Tomasz Nałęcz nie ustaje jednak w wysiłkach, by taki właśnie obraz Prawa i Sprawiedliwości utrwalić. Tłumacząc słowa prezydenta w Radiu Zet, przypominał, że w II RP kolejni prezydenci rzekomo robili wszystko, by do władzy nie doszła Narodowa Demokracja. Co nawet tradycyjnie antypisowski komentator "Gazety Wyborczej" Paweł Wroński skomentował: "tak skutecznie, że fałszowano wybory, a opozycję umieszczano w obozach".
Komorowski aż tak zdeterminowany oczywiście nie jest. Chce po prostu zebrać oklaski salonu za blokowanie PiS i patronowanie koalicji mądrych reform, najlepiej na linii PO – SLD – PSL. Błogosławić temu zbożnemu celowi będą zapewne doradcy prezydenta z dawnej Unii Wolności: Tadeusz Mazowiecki czy Jan Lityński. Słowem klimat z nocnej zmiany z 1992 roku.

Belweder nie do ominięcia?

Prezydent, owszem, chce zablokować PiS, ale też niecierpliwie czeka na moment, gdy skończy się dominacja Donalda Tuska. Bo oprócz ostrza antypisowskiego deklaracja Komorowskiego jest sygnałem, że w razie wygranej PO rząd może zacząć tworzyć np. Grzegorz Schetyna.
Rzecz jasna rola akuszera nowej koalicji będzie dla prezydenta testem, czy posiadł dar przekonywania i łączenia środowisk. SLD będzie wtedy zapewne szantażowane moralnie: albo proeuropejska koalicja z PO, albo hańba współpracy z PiS jako mordercami Barbary Blidy. PSL będzie uspokajany gwarancją utrzymania poziomu politycznych łupów.
A gdyby do Sejmu jakimś cudem wszedł jeszcze PJN, wtedy pojawiłby się zapewne argument, że tylko ich udział w nowej koalicji zrównoważy wpływy postkomunistów. Dodatkowo Komorowski może przybrać rolę miłośnika historii i kupić PJN paroma gestami z dziedziny polityki historycznej. Teraz Komorowski musi tylko trzymać kciuki, aby PO nie straciła za wiele, aby mógł występować w roli dobrego wujka. A Tusk? Zawsze można wypchnąć go na jakieś wysokie unijne stanowisko.

Najgorszy scenariusz: Orbanowa wygrana PiS

Jaki scenariusz z punktu widzenia Bronisława Komorowskiego byłby idealny? Wygrana PiS z ok. 33 proc. i dalej ok. 27 proc. dla PO, ok. 20 proc. dla SLD oraz 7 proc. dla PSL. Nieduże zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego ułatwiłoby stworzenie aury zagrożenia powrotem IV RP. W tym wypadku premierowska nominacja dla Grzegorza Schetyny mogłaby być potraktowana jako wyjście ratunkowe dla ładu liberalnego.
Tę miłą wizję psują jednak trzy inne możliwe wersje zdarzeń. Przede wszystkim bardzo wysoka – taka jak Viktora Orbana na Węgrzech – wygrana PiS. Ale to na razie jawi się jako złoty sen Jarosława Kaczyńskiego. Bardziej realne wydaje się natomiast wyborcze zwycięstwo SLD. Zwycięstwo lewicy znacznie osłabiłoby możliwość gry "pisowskim zagrożeniem". Na dodatek Grzegorz Napieralski mógłby zażądać teki premiera. I nie musiałby mieć ochoty na związek z poszarzałą i "obciachową" Platformą. Pytanie, czy Napieralski będzie na tyle zdeterminowany, aby odciąć PO od udziału we władzy, czy też ulegnie chórowi polskich publicystów (ale i być może także zachodnich dyplomatów), którzy już dziś marzą o koalicji spokoju SLD – PO – PSL. Poza tym dla PO taka wielka koalicja to jedyna szansa ocalenia choćby części z wielkiej armii urzędników i członków rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa.
Prezydenta Komorowskiego może dręczyć jeszcze gorszy sen – koalicja SLD – PSL, po cichu żyrowana przez Jarosława Kaczyńskiego, pod warunkiem że lewica ujawni wszystkie dokumenty z Kancelarii Premiera i MSZ w celu wyjaśnienia, czy była jakaś gra na linii Tusk – Putin w okresie przygotowań do wizyty w Katyniu w 2010 roku. Przeciwko takiej możliwości cała Platforma i Bronisław Komorowski będą jednak zgodnie walczyć do upadłego.

Mała stabilizacja

Na koniec wypada jednak zapytać, czy SLD w ogóle opłacałoby się reanimować koalicję z udziałem PO wyczerpanej czterema latami rządów? Ostateczna decyzja zależeć będzie zapewne od skali spadku notowań PO i wysokości skoku w górę SLD. Sojusz, podobnie zresztą jak PiS, pozuje dziś na ugrupowanie pewne swego. Pozostali boją się nadchodzącej kampanii. W Platformie nikt się nawet nie pali, by ją prowadzić. Zwłaszcza że brakuje nie tylko nowych haseł, ale i emocji. Projekt IV RP doszczętnie ośmieszono, a wizja nowej Irlandii rozwiała się u progu kryzysu.
W tym wszystkim prezydent Bronisław Komorowski najwyraźniej chce być patronem nowej politycznej małej stabilizacji. I niestety, wiele na to wskazuje, że w polskiej polityce na dłużej zagoszczą sprawy małe i niezbyt ambitne.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA