fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Całe złoto Norwegii

Marit Bjoergen (od lewej), Therese Johaug i Justyna Kowalczyk
AFP
Marit Bjoergen pokonana – przez Therese Johaug, Justyna Kowalczyk zdobyła na 30 km brąz. Męski maraton wygrał śmieszny i straszny Petter Northug
Korespondencja z Oslo
Tego wieczoru każda z nich miała jakiś powód do świętowania. Norweżki w pewnym momencie zrzuciły nawet sportowe stroje i po wybiegu, na którym odbierają medale, przeszły w płaszczykach, sukienkach, na obcasach. Justyna Kowalczyk pozostała w kurtce, ale pierwszy raz w Oslo wyglądała na naprawdę szczęśliwą. Brązowy medal za bieg na 30 km wrzuciła do pamiątkowego pucharu. Za dwa tygodnie zawiesi ten brąz i dwa srebra z Oslo w domu, na tym samym gwoździu, na którym wisi reszta kolekcji z MŚ. Dostawi dwie nowe Kryształowe Kule, czekają na nią w finale sezonu w Falun. Ma propozycję, żeby to wszystko wystawić, jak Adam Małysz, ale mówi, że to jeszcze nie czas, żeby się bawić w muzealnictwo.
W sobotni wieczór cieszyła się tak samo mocno z medali jak z tego, że kilkanaście godzin później będzie mogła ruszyć w drogę na prom ze Sztokholmu do Helsinek. Zostawi hotel z wartym każdych pieniędzy widokiem na miasto w dole, i stojący o kilka numerów dalej norweski Instytut Astmy, Alergii i Chorób Płuc (los lubi czasami mrugnąć okiem). Była na 30 km mistrzynią, teraz jest brązową medalistką, ale przyjęła to ze szczerym uśmiechem. Nie tylko dlatego, że pierwszy raz od roku długiego biegu nie wygrała Bjoergen. To po prostu nie był dzień Justyny, z każdym kilometrem więcej kosztowało ją utrzymywanie się za rywalkami, odrabianie tego, co traciła na każdym zjeździe. A mimo to dogoniła medal.
Bieg był niezwykły. Męczyły się w nim obydwie wielkie rywalki z ostatnich dwóch sezonów. Justyna od początku, Marit, która bieg na 30 km w ważnej imprezie wygrała tylko raz, w MŚ 2005, zaczęła słabnąć od połowy trasy. Ale one i tak długo wytrzymały tempo narzucone przez Therese Johaug. Kristin Stoermer Steirze czy Charlotte Kalli pociąg do medali uciekł znacznie wcześniej.
Mała Norweżka frunęła po złoto. Dawno już nie było w najdłuższym biegu takiego pokazu rytmu i wytrzymałości. Aleksander Wierietielny nazywa Johaug żartobliwie maszyną do szycia, a Norwegowie króliczkiem Duracell. Przebiera nogami i rękami bardzo szybko, robiąc drobne kroki. To jej pierwszy bieg wygrany wśród seniorek,  dotychczas zwyciężała tylko na Alpe Cermis, w ostatnim etapie Tour de Ski (FIS nie liczy tego etapu jako osobnego biegu PŚ). Ale nie ma co się doszukiwać podtekstów. Therese ma lek na astmę, ale ma też wielki talent i jeszcze większe serce. Jest jedną z najmłodszych biegaczek w czołówce. Miała medal w Sapporo cztery lata temu, brązowy na 30 km, zdobyła brąz w Oslo w biegu łączonym. Wyścig życia odłożyła do soboty, zrobiła sobie paradę na Holmenkollen przed 100 tysiącami kibiców.
Od początku to ona najczęściej prowadziła czołową grupę, do mety dojechała sama, daleko przed Bjoergen, która nie wyrównała jednak w Oslo rekordu pięciu zwycięstw Jeleny Wialbe. – Wcale nie chciałam go wyrównywać. Ja mam olimpijskie złota, Wialbe nie. One są dla mnie bardziej cenne – mówiła Marit, pokonana w biegu długim pierwszy raz od roku. Wtedy Justyna wygrała z nią o 0,3 sekundy. W Oslo Polka przybiegła po brąz, kilkadziesiąt sekund po Marit. Zrezygnowała z ostatniej zmiany nart, żeby jak najdłużej biec z Bjoergen, ale w końcu została z tyłu. - W mistrzostwach w Val di Fiemme za dwa lata trzydziestka będzie moim ulubionym stylem klasycznym. Popracuję i powalczę tam o złoto  – mówiła Kowalczyk. Z czterech polskich medali w Oslo zdobyła trzy, nie ma wśród nich najcenniejszego, ale walka była tym razem chyba piękniejsza niż w Libercu.
Johaug dostała przed finiszem flagę i wbiegła z nią na metę tak, jak to w ostatnich dwóch sezonach zwykle robiła Bjoergen. – Gdy byłam nastolatką patrzyłam jak Marit wygrywa bieg na 30 km na mistrzostwach w Oberstdorfie i marzyłam, że może i mnie się kiedyś uda. To najpiękniejszy dzień w życiu – mówiła.
Petter Northug nie zdążył dzień później odebrać flagi. Przewaga nad Maksymem Wylegżaninem przed metą 50 km była zbyt mała, by zwolnić, nie mówiąc już o powtórce z biegu sztafet, gdy Northug zahamował na linii finiszu, ustawił narty równolegle do niej i tak czekał na Marcusa Hellnera, by przeskoczyć metę w ostatniej chwili. Z upokarzania Szwedów Northug zrobił swój znak firmowy, jego wojna na słowa z Gunde Svanem to coroczny zimowy serial, tabloidy są przy młodym Norwegu jak tylko zaczerpnie powietrza. Nie wiadomo, co z tego jest pozą, co jest szczere, można Pettera lubić albo nie, ale nie wolno być obojętnym. Filozofowie piszą rozprawy: co się z naszym społeczeństwem stało, czy już wszyscy jesteśmy tak zepsuci jak on. Jeden z polityków opozycji nazwał go symbolem nowej Norwegii, pasożytem żerującym na pracy innych. Bo Northug zwykle wiezie się za plecami prowadzącego, atak odkłada do końca. Odłożył go też na finisz 50 km, w nim inaczej niż w wyścigu kobiet nikomu nie udało się uciec wcześniej. Przed stadionem próbował Wylegżanin, ale Northug był ciągle za nim. Wyskoczył na ostatnim podbiegu, zaczął powiększać przewagę, padł za metą. Tak zakończyły się mistrzostwa, w których Austriacy zabierali złoto ze skoczni, a Norwegowie z biegowych tras. Northug obronił tytuł z Liberca, jest też złotym medalistą z Vancouver, a ma dopiero 25 lat. Pasożyt, czy mistrz, nieważne. Każdy przyzna, że będzie co wspominać.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA