Historia

Wojsko z krainy cienia

Nie będę pisał o armii niemieckiej, bo jakoś jej, kurczę, nie lubię – dryl, pikielhauby i do góry wąs szwarcowany. Nie mam też powodów lubić feldmarszałka von Mackensena, głównego triumfatora spod Gorlic, który jak mało kto ucieleśniał militarno-niemieckiego ducha
Kazimierz Moczarski w „Rozmowach z katem” wspomina, że w oczach Jürgena Stroopa, mordercy warszawskiego getta, Mackensen jawił się jako model idealny niemieckiego oficera.
Prawda, Stroop widział go tylko raz (i to z daleka), prawda też, że wilhelmińskiego marszałka nie sposób stawiać w jednym rzędzie z hitlerowskim bandytą. Stroop marzył na jawie, aby być kimś pokroju Mackensena, a został krwawym oprychem, nieudolnie odgrywającym oficera w stylu staropruskim. Jednakże z grubsza wszystko, czym zachwycał się Stroop, automatycznie budzi we mnie obrzydzenie. To już wolę armię cesarza Franciszka Józefa, drugiego udziałowca pogromu Rosjan pod Gorlicami. Literacko-mitologiczny obraz tego wojska jest zgoła osobliwy, bo rozpina się jakby między dwiema absolutnymi skrajnościami. Po jednej stronie mamy oczywiście Szwejka, krzepkiego dekownika rubachę, uosobienie ludowej mądrości w stylu „z głupia frant”. Z drugiej stoi bohater „Lekcji zapomnianego języka” Kuśniewicza: schorowany oficer bez najmniejszej nadziei, osobowość wyrafinowana, dekadencka, z odcieniem melancholijnego okrucieństwa. Te dwa całkowicie rozłączne światy łączy jedno – kompletny brak wiary w tę wojnę.
Polakom może się to wydać cokolwiek dziwne, albowiem była to przecież „wojna powszechna”, o którą strzeliście modlił się Adam Mickiewicz, z której w kurzu krwi wielu narodów poczęła się niepodległa Rzeczpospolita. Ale przy odrobinie refleksji dobrze rozumiemy Józefa Szwejka, bo niby o co na wielkiej wojnie mieli się bić Czesi. Rozumiemy też Kuśniewiczowskiego oficera: świat cyzelowanej kultury wiedeńskiej moderny już wcześniej odchodził w krainę cienia. Hekatomba pierwszej wojny światowej to ostatni desperacki (i bardzo stosowny) akcent w dziejach formacji kulturalnej rozmiłowanej w obrazach rozkładu i przekwitania. Osobliwa była to armia także z innych względów. Piotr Szlanta, doskonały znawca przedmiotu, w artykule poświęconym morale armii austro-węgierskiej („Mówią wieki” 10/2005) podaje liczby wielce znamienne. Statystycznie na 100 żołnierzy Franciszka Józefa przypadało: 25 Niemców, 23 Węgrów, 13 Czechów, dziewięciu Serbów i Chorwatów, po ośmiu Polaków i Ukraińców, siedmiu Rumunów, czterech Słowaków i jeden Włoch. A korpus oficerski składał się w 75 proc. z Niemców i Węgrów, komenderujących oczywiście po niemiecku. Niby w jaki sposób, w obliczu gwałtownie rosnących aspiracji narodowych praktycznie wszystkich tych nacji, można było skutecznie posługiwać się tą militarną wieżą Babel? Jak długo można było podtrzymywać wojskowe morale gasnącego imperium? Cud boski, że się to tak długo trzymało i armia „c.k. dezerterów” potrafiła czasem odnosić spektakularne sukcesy.Ktoś mnie niedawno zapytał: „I komu to imperium przeszkadzało?”. Wygląda na to, że prawie wszystkim. Jeszcze własne działa nie umilkły, jeszcze wiatr strzałów własnych karabinów maszynowych nieledwie im czapki z głów zdzierał, gdy pierwsze rzędy były już w pozycji nieprzyjacielskiej. Kilkunastu porwały miny, kilkudziesięciu raniły strzały oprzytomniałej załogi i nadbiegłej rosyjskiej rezerwy oraz karabiny maszynowe i pociski obsady drugiej linii – nie zdołało to jednak pohamować pędu rwącej w przód szarej fali.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL