fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Na kozetce u premiera

Michał Szułdrzyński
Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
Polacy chcą rządów Donalda Tuska, bo potrzebują nie wizjonera czy przywódcy narodowego, ale psychoterapeuty. A w tej dziedzinie obecny szef rządu jest mistrzem – pisze publicysta „Rzeczpospolitej
Te 500 dni to będzie 500 dni normalnej, przyzwoitej pracy. Ciężkiej pracy w ciężkich czasach – tymi słowami Bronisław Komorowski pod koniec czerwca apelował do Polaków o poparcie w wyborach prezydenckich i wraz z premierem Donaldem Tuskiem proponował układ: Platforma przeprowadzi reformy do wyborów parlamentarnych w 2011 roku, jeśli naród postanowi dać PO szansę i wybierze Komorowskiego na prezydenta. By uwiarygodnić się przed wyborcami, kandydat PO zapewniał: – Nie jestem Światowidem o pięciu twarzach – podkreślał, przy okazji dodając słowiańskiemu bóstwu dodatkową twarz.
[srodtytul]Cnota partii rządzącej[/srodtytul]
Jednak tuż po zaprzysiężeniu prezydenta Bronisława Komorowskiego usłyszeliśmy od liderów Platformy, że przed przyszłorocznymi wyborami gruntownych reform nie będzie. Z jednej strony Tusk buńczucznie zapewniał więc, że nie ma z kim przegrać wyborczej batalii, z drugiej jednak mówił, że reformowanie kraju rok przed wyborami byłoby politycznym samobójstwem, więc prawdziwe zmiany nastąpią dopiero po 2011 roku.
Czy można wierzyć Platformie, skoro wciąż odsuwa moment, w którym ma zabrać się do reform? Dlaczego Polacy mieliby zaufać partii premiera, skoro dotychczas łamała już tyle razy dane wyborcom słowo? Czy nawet najwierniejsi sympatycy PO byliby dziś w stanie z czystym sumieniem powiedzieć, że wierzą w zapewnienia swej ulubionej partii?
500 dni współrządów Komorowskiego z Tuskiem minie niemal dokładnie za rok, a im bliżej będzie wyborów parlamentarnych, tym szansa na jakiekolwiek zmiany będzie mniejsza. I nie chodzi wcale o wielkie reformy, do których dotąd nawet się nie zabrał obecny rząd. Warto zresztą pamiętać, że Donald Tusk z niepodejmowania poważnych reform uczynił swą główną cnotę. Hasłem kampanii samorządowej była deklaracja zapewniania ciepłej wody w kranie z dala od polityki. Ciepłej wody, czyli sprawnej infrastruktury (budowania szkół, mostów i boisk). Jednak, jak pokazał choćby niedawny paraliż kolei oraz większości głównych polskich miast podczas śnieżycy, również infrastruktura w Polsce wymaga głębokich reform.
[srodtytul]Wyegzekwować przepisy[/srodtytul]
Ciekawe, że równocześnie z głoszeniem tego minimalistycznego planu budowania sprawnego państwa politycy Platformy nie mogą się powstrzymać od składania wielkich obietnic na wyrost. Ze wspomnianego już wielkiego planu 500 dni spokoju, podczas których miała nadejść reforma kraju, wyszła jak dotychczas tylko dość żałosna jesienna „ofensywa legislacyjna”.
W sierpniu, już po zaprzysiężeniu prezydenta Komorowskiego, rząd zapewnił, że będzie ciężko pracował i przyjmie do końca listopada 40 kluczowych ustaw. Aby dodać tej obietnicy powagi, na przełomie września i października premier dorzucił kolejne zobowiązanie: – Codziennie będę w Sejmie, będziecie mogli monitorować moje działania na rzecz pracy nad tym pakietem ustaw, bo to jest dla mnie naprawdę śmiertelnie poważne zadanie i do Gwiazdki zdążymy z większością projektów.
Sprawa skończyła się kompromitacją. Gwiazdka minęła, a według różnych obliczeń do Sejmu trafiła zaledwie ponad połowa obiecanych przez Tuska projektów, przyjęto z nich tylko kilka, a pracę nad najważniejszymi przeniesiono na 2011 rok – zimę lub nawet wiosnę. Być może nie udało się przeprowadzić zapowiadanej ofensywy legislacyjnej, bo spędzaniem czasu na Wiejskiej premier śmiertelnie się znudził i dawno już przeniósł się z powrotem do swojej kancelarii.
Najwyraźniej legislacyjny zapał rządu wyczerpał się podczas wojny z dopalaczami. Tyle tylko, że sejmowa debata i błyskawiczne przyjęcie antydopalaczowych ustaw były jedynie teatrem, w której widzem miała być opinia publiczna. Premier zapewniał, że jego rząd robił wszystko przez ostatnie dwa lata, by zwalczyć dopalacze, jednak bez zmiany prawa nie da się ukrócić „handlu śmiercią” – jak obrazowo mówili politycy PO.
Tyle że to nieprawda. Przemysł dopalaczowy rozbito, jeszcze nim ustawa weszła w życie: po tym jak inspekcje sanitarne zaczęły na poważnie – jeszcze na mocy starego prawa – kontrolować zawartość tych specyfików, znajdując w nich mnóstwo zakazanych prawem substancji. Okazało się więc, że wystarczyło po prostu wyegzekwować istniejące przepisy.
[srodtytul]Chwalić Tuska[/srodtytul]
W innych, często poważniejszych sprawach, Platforma poprzestaje na obietnicach. Jednak czy wyborcy powinni z tego powodu mieć pretensję do Donalda Tuska i jego ludzi? Wiele wskazuje na to, że Polska nie najgorzej wychodzi na tym, że premier nie ma wystarczająco energii, aby realizować swoje plany. Gdyby dotrzymał danej w 2007 roku obietnicy i uczynił z Polski drugą Irlandię (a więc wybrał podobną drogę rozwoju), być może mielibyśmy dziś nad Wisłą gospodarczą katastrofę.
Podobnie byłoby pewnie, gdyby Platforma Obywatelska spełniła swoje zapowiedzi dotyczące wejścia na drogę do przyjęcia euro w 2012 roku – kondycja naszych finansów po przyjęciu związanych z tym unijnych ograniczeń byłaby jeszcze gorsza niż obecnie. Dlatego być może, zamiast wytykać rządowi łamanie obietnic, powinniśmy chwalić Tuska za to, że ich nie realizuje.
Tym bardziej że oburzanie się, iż polityk nie spełnia obietnic, jest tyle naiwne, ile jałowe. Logika wszystkich współczesnych kampanii wyborczych powoduje, że składa się wiele trudnych do spełnienia lub wręcz niemożliwych do realizacji obietnic. Zdają sobie z tego sprawę wyborcy i większość z nich prawdopodobnie w owe obietnice po prostu nie wierzy. Być może ludzie po prostu lubią być okłamywani, byle robiono to w sposób atrakcyjny. Wiemy wszak, że nałogowe łamanie obietnic pozostaje bezkarne – nie rujnuje wiarygodności polityka. Oznacza to, że w polskim życiu publicznym zaszły głębokie zmiany etyczne i mentalne.
[srodtytul]Misterium władzy[/srodtytul]
W tej sytuacji warto zadać dwa pytania. Po co Donald Tusk chce wygrać wybory parlamentarne w 2011 roku, skoro – najprawdopodobniej – nie ma zamiaru przeprowadzić po nich poważnych reform? I dlaczego wyborcy gotowi są oddać mu władzę na kolejne cztery lata – na co wskazują sondaże – skoro nie wierzą w dotrzymanie obietnic i głębokie zmiany w Polsce?
Na pierwsze z tych pytań odpowiedź jest nieco trywialna: dla Platformy i jej lidera wartością jest władza sama w sobie, sprawowanie władzy dla władzy, swoiste celebrowanie misterium rządzenia. Rządzenie to nie ma na celu czegokolwiek, poza samym rządzeniem. Nie rządzi się, by cokolwiek zmieniać w kraju, lecz po to, by sprawować władzę.
Odpowiedź na drugie pytanie może dać nie teoria polityki, ale raczej psychologia społeczna. Otóż ludzie chcą rządów Donalda Tuska, bo potrzebują dziś nie wizjonera czy przywódcy narodowego, ale psychoterapeuty. I obecny premier jest właśnie w tej dziedzinie mistrzem: potrafi w doskonały sposób rozładowywać społeczne napięcia (choć niestety tylko te, które są dla niego niebezpieczne), ale też podsycać lęki (te, które służą jego władzy).
Tak wygląda – wielokrotnie już zresztą opisywana – faza postpolityki. Problem polega jednak na tym, że wraz z nadejściem tej fazy wcale nie musi nastąpić koniec historii. I postpolitycznego premiera mogą w każdej chwili dopaść kłopoty całkiem polityczne.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA