fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nobel za in vitro - bioetyk

Fotorzepa, Tomasz Orłowski TO Tomasz Orłowski
Tegoroczny wybór laureata Nobla w dziedzinie medycyny wzbudza wiele poważnych wątpliwości. Nagroda dla twórcy metody in vitro promuje bowiem medycynę pozbawioną etycznej wrażliwości – pisze bioetyk
Trzydzieści dwa lata po narodzinach pierwszego dziecka poczętego in vitro badania nad sztuczną prokreacją zostały nagrodzone. W poniedziałek 6 października 2010 roku członkowie Królewskiego Karolińskiego Instytutu Medyczno-Chirurgicznego w Sztokholmie ogłosili, że zdobywcą tegorocznej Nagrody Nobla z medycyny został Robert Edwards, 85-letni angielski embriolog, emerytowany dziś profesor uniwersytetu w Cambridge. To jemu zawdzięczamy pierwsze dziecko z probówki – urodzoną w 1978 r. Louise Brown.
[srodtytul]Z opóźnionym zapłonem[/srodtytul]
Historia zapłodnienia pozaustrojowego sięga lat 50. XX wieku. Robert Edwards, pochodzący z Manchesteru doktor agronomii ze specjalizacją z genetyki zwierząt, w roku 1955 rozpoczął karierę naukową na uniwersytecie w Cambridge. W owym czasie zapłodnienie in vitro komórki jajowej królika było już możliwe. Młody genetyk postanawia sprawdzić, czy podobne procedury można zastosować z użyciem ludzkich komórek rozrodczych.
Doświadczenia laboratoryjne zaowocowały wieloma ciekawymi odkryciami. W roku 1968 naukowiec podjął współpracę z Patrickiem Steptoe – chirurgiem ginekologiem i pionierem laparoskopii. Wspólnie udaje im się wyprodukować ludzki embrion in vitro. Niestety embrion po pierwszym podziale komórkowym obumarł.
Mimo obiecujących rezultatów Medical Research Council zaprzestało finansowania ich badań. Projekt przez prawie dziesięć lat kontynuowano dzięki prywatnym sponsorom. Aż do roku 1977, kiedy to do naukowców zgłosili się państwo Lesley i John Brown, małżeństwo, które od dziewięciu lat bezskutecznie stara się o dziecko. Rok później – 25 lipca o godzinie 23.47 – w londyńskim Royal Oldham Hospital przyszła na świat Louise Brown, która dziś sama jest już matką.
[wyimek]Jak można przyznać Nobla z medycyny za metodę, która nie leczy, a nawet nie nosi znamion terapii[/wyimek]
Tak oto powstała nowa gałąź medycyny, został zainaugurowany światowy biznes o niewyobrażalnych wprost rozmiarach, zrodził się jeden z najpoważniejszych problemów bioetyki.
Szacuje się, że dzięki metodzie opracowanej przez tegorocznego laureata na świat przyszło ponad 4 miliony dzieci. W motywacji szwedzkiej akademii możemy natomiast przeczytać: „jego badania były kamieniem milowym w rozwoju współczesnej medycyny i pozwoliły na leczenie niepłodności, która dotyka dziś ponad 10 procent małżeństw”. I, niestety, problem ten, według Światowej Organizacji Zdrowia, będzie narastał. Ale dzięki badaniom prof. Edwardsa także bezpłodne pary będą mogły zaznać radości bycia rodzicami. Dlatego właśnie został on uhonorowany tegorocznym Noblem.
Decyzja ta wywołała sprzeczne komentarze zarówno wśród naukowców różnych dziedzin, jak i wśród opinii publicznej. Zadowolenia z takiej decyzji nie kryje dr Luca Gianaroli, przewodniczący Europejskiego Towarzystwa Reprodukcji Człowieka i Embriologii. Zachwycony tym werdyktem jest Martin Johnson, profesor medycyny rozrodu na Uniwersytecie Cambridge, który zastanawia się tylko, dlaczego to wyróżnienie nadeszło tak późno. Decyzję szwedzkiej akademii podziela Rita Levi Montalcini, lekarz embriolog i neurolog, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny 1986 roku.
Pochlebny komentarz wydał też prof. Marian Szamatowicz, kierownik Kliniki Ginekologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, który w 1987 roku, jako pierwszy w Polsce, dokonał zapłodnienia metodą in vitro. Z jego ust padły słowa: „To wspaniała wiadomość, prof. Edwards dokonał prawdziwego przełomu w medycynie, opracowując metodę leczenia niepłodności”.
„To czerwona kartka dla wszystkich w Polsce, którzy są przeciwko tej metodzie. Powinni się zastanowić nad swoim postępowaniem. Powinni się wstydzić i rumienić” – dorzuca prof. Jerzy Radwan, kierownik łódzkiej kliniki Gameta, współtwórca pierwszego w Polsce udanego zapłodnienia in vitro.
Ale czyż nie jest to wyróżnienie przyznane z opóźnionym zapłonem, i to nie pierwsze tego rodzaju w historii noblowskich wyróżnień? Tym bardziej że sam Alfred Nobel ustanawiał swoją nagrodę jako pomoc zasłużonym odkrywcom, aby ci mogli kontynuować badania bez obawy o fundusze, a nie jako wieniec laurowy kończący ich kariery.
[srodtytul]Ideologiczne przesłanie[/srodtytul]
Czyż więc w tegorocznym wyróżnieniu nie można się dopatrywać znamion ideologicznego przesłania? A może to próba konsekracji „probówki” i mentalności, która leży u jej podstaw? Nie da się bowiem ukryć, że tegoroczny wybór wzbudza wiele poważnych wątpliwości nie tylko technicznych, ale przede wszystkim etycznych. Bo czyż godne jest promowanie metody, która jawnie narusza fundamentalne wartości etyczne? Także w czasie śledztwa możliwe jest wymuszenie zeznań torturą – zauważa Francesco D’Agostino, były przewodniczący Włoskiego Komitetu Bioetycznego. Dotrzemy do prawdy, ale za jaką cenę?
Nie wszyscy możemy się zgodzić na to, aby sukces naukowy okupiony był nieposzanowaniem normy moralnej. Nie dla wszystkich szczytny cel uświęci i usprawiedliwi środki, jakimi się do niego dochodzi. Nie dyskutujemy tu o samej procedurze opracowanej przez prof. Edwardsa – tu się z noblowskim komitetem można, lub nie, zgodzić. Pytam tylko, czy oceny techniczne samej procedury i jej rezultatów mogą być dokonywane bez etycznego na nie spojrzenia i moralnej ich analizy.
Osobiście sądzę, że tegoroczny Nobel promuje medycynę pozbawioną etycznej wrażliwości. Profesor Edwards ponosi osobistą odpowiedzialność – uważa prof. Ignacio Carrasco de Paula, przewodniczący Papieskiej Akademii Życia – za handel ludzkimi komórkami rozrodczymi. Bez profesora Edwardsa nie byłoby na całym świecie wielkiej liczby zamrażarek – pełnych embrionów, które w najlepszym razie oczekują na przeniesienie do macic, ale co bardziej prawdopodobne – zostaną porzucone, by umrzeć.
Nie da się ukryć, że prof. Edwards jest twórcą metod, które w żaden sposób nie leczą niepłodności i nie rozwiązują tego problemu ani z punktu widzenia patologii, ani epidemiologii. Metoda przez niego opracowana nie jest żadną terapią. Jednym słowem, nie sięgnął on do głębi problemu, znalazł rozwiązanie, obchodząc problem bezpłodności.
Trzeba bowiem z całą stanowczością podkreślić i przypomnieć piewcom „życiodajnej probówki”, że tegoroczny Nobel z medycyny jest festiwalem nieporozumienia, a nawet kłamstwa – Nobel z medycyny za metodę, która nie leczy, a nawet nie nosi znamion terapii. Zapłodnienie pozaustrojowe daje bezpłodnej parze możliwość posiadania dziecka, mimo iż para pozostaje nadal bezpłodną – to swego rodzaju sprytne ominięcie problemu. Metoda ta daje taką możliwość w minimalnym procencie – bo tylko nie więcej jak 5 procent wyprodukowanych embrionów będzie miało szanse narodzić się jako dzieci.
Można więc wnioskować, że daje iluzję i nadzieję, która w większości przypadków zostanie zawiedziona. I mimo iż upłynęły już 32 lata od narodzin Louise Brown, a prace nad samą techniką prowadzone są od blisko 50 lat, skuteczność sztucznej prokreacji pozostaje nadal przerażająco niska. Co za tym idzie – skoro do tej pory narodziło się ponad 4 miliony dzieci poczętych in vitro, czyż nie warto pomyśleć o setkach milionów istnień ludzkich świadomie i celowo powołanych do istnienia w laboratorium, które na skutek niskiej skuteczności metody zginęły? Czy rzeczywiście posiadanie tego jednego i upragnionego może być realizowane za wszelką cenę?
Czy rzeczywiście ta metoda jest aż tak nieskuteczna? Nie. Okazała się ona nad wyraz skuteczna w powielaniu mitów i iluzji, w podtrzymywaniu marzenia o panowaniu nad ludzkim życiem, w demiurgicznym decydowaniu o ilości i jakości ludzkich istnień.
[srodtytul]Jak dziadzio[/srodtytul]
Badania prof. Edwardsa okazały się rzeczywiście kamieniem milowym, co więcej, swego rodzaju Big Bangiem rewolucji antropologicznej, która dzisiaj pozwala nam mówić o produkcie sztucznego zapłodnienia – nie o laparoskopii, probówce i lekarzu, zamiast o rodzicach i miłości małżeńskiej, o prawie do dziecka, a nie o darze dziecka i prawach dziecka, o stwarzaniu i ulepszaniu ludzkiego życia w laboratorium, o materiale biologicznym, a nie o istnieniu ludzkim, który jeśli nie spełnia oczekiwań, jest po prostu niszczony – bo czym się martwić. Uspokójmy sumienie, nazywając to zlepkiem komórek.
Ale skutkiem tego mamy matki biologiczne, matki genetyczne, matki socjologiczne, matki zastępcze, babcie i ciocie, które są jednocześnie matkami, ojców i dawców nasienia, macice do wynajęcia. „Bob jest dla mnie jak dziadzio” – mówi o prof. Edwardsie Louise Brown, pierwsze dziecko z probówki.
Z laboratorium Edwardsa wyłania się duch Huxlejowskiego nowego lepszego świata, świata, który dziś żyje dostatnio z handlu ludzkimi gametami, z wynajmowania brzucha, z produkcji embrionów czy ludzko-zwierzęcych hybryd przeznaczonych do doświadczeń, zarabia na rodzicach tej samej płci, embrionach przechowywanych w płynnym azocie i tych wyselekcjonowanych i o najlepszym kariotypie, bo moje dziecko musi być takie, jakie sobie wymyślę i zaplanuję. I to wszystko nazywają jeszcze medycyną!
[i]Autor jest bioetykiem, doktorat w tej dziedzinie obronił w Rzymie[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA