Sport

Lojalny, pracowity i łagodny

Pal Schmitt ma 68 lat, złote medale olimpijskie zdobywał w szpadowej drużynie w latach 1968 (Meksyk) i 1972 (Monachium). Ukończył ekonomię na uniwersytecie w Budapeszcie. Doktoryzował się w 1992 na Akademii Wychowania Fizycznego. Jest członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego
AFP
Szermierz Pal Schmitt, dwukrotny mistrz olimpijski w szpadzie, zostanie dziś prezydentem Węgier. Takiej politycznej kariery nie zrobił jeszcze w Europie żaden wybitny sportowiec
Jest koniec XIX wieku. Familia Schmittów z Ettlingen decyduje się opuścić rodzinną Szwabię. Starszy brat jedzie do Ameryki, gdzie zakłada fabrykę papieru. Wciąga do interesu młodszego. Nawet nieźle im idzie, ale biznesowym hitem jest wówczas handel winem. W ten sposób dziadek nowego prezydenta Węgier trafia do Budapesztu. Zamiast papieru w USA zaczyna sprzedawać wino z Budafok. Nie zna języka, nie nauczy się go zresztą do końca życia. Od współpracowników wymaga znajomości niemieckiego. Po 112 latach jego wnuk ogłasza, że priorytetem jego polityki będzie ochrona i pielęgnowanie języka węgierskiego, wspieranie kultury narodowej, wzmacnianie świadomości historycznej rodaków.
Dzieje rodziny Schmittów mogłyby posłużyć za scenariusz filmu o tworzeniu się i filozofii życia węgierskiej klasy średniej. W domu – najpierw zamożnym, po II wojnie światowej coraz biedniejszym – dominował kult pracy, solidność, poszanowanie innych. Ojciec Pala, syn handlarza z Budafok, został lekarzem. W domu o wszystkim decydowała matka, kobieta stanowcza, surowych zasad. Ukształtowała Pala na całe życie, nieraz dyscyplinując go popularnym na Węgrzech pofonem, czyli po prostu wymierzając mu policzek. [srodtytul]Dzieciństwo bez telewizora[/srodtytul]
Żyli skromnie, ale nigdy nie oszczędzali na edukacji dzieci. Pal miał w domu lekcje francuskiego i gry na pianinie. – Dziękuję Bogu, że do 15. roku życia nie widziałem telewizora. Dzięki temu nauczyłem się wielu rzeczy – mówi dziś Schmitt. Zawsze lubił muzykę, dobrze gra na pianinie. Stroni od konfliktów, nie lubi politycznych starć. Dziwne to trochę u byłego wybitnego szpadzisty. Przyjaciele mówią, że zawsze taki był. Bezlitosny, chłodny na szermierczej planszy, serdeczny i ciepły po zawodach, niezależnie od ich wyniku. Muzyka przegrała ze sportem dość szybko. Gdy tylko trafił do znanego Gimnazjum Petöfiego w Budapeszcie, jego talent dostrzegł nauczyciel wychowania fizycznego Jeno Paulinyi. Wówczas, w połowie lat 50., sport był na Węgrzech istotną dziedziną życia, a dobrego trenera uważano za artystę. Do sportu garnęli się młodzi ludzie z dobrych domów. Oczywiście, były dyscypliny plebejskie jak boks czy piłka nożna (Ferenc Puskas wychowywał się na ulicach Kispestu), ale na mieszczańskie dzieci czekały pięciobój nowoczesny, szermierka, piłka wodna. Schmitt zaczął od pięcioboju, lecz – jak sam wyznaje – bał się koni, a do biegania był za ciężki. Zapowiadał się na dobrego oszczepnika, ale Jeno bacsi (wujek Jeno, na Węgrzech wujkiem nazywa się mężczyzn starszych od siebie i darzonych szacunkiem) zdecydował – szermierka. Pianino poszło w kąt na wiele lat. Dopiero w latach 90., już jako ambasador w Hiszpanii, Schmitt przypomniał sobie o muzyce i zachwycał bywalców dyplomatycznych rautów wspaniałą interpretacją utworów Liszta, Bartoka, ale też kompozytorów lubianych przez dziadka – Lehara i Straussa. Żonę Katalin z domu Makray (jej brat był piłkarzem z Debreczyna) poznał w Tata – węgierskiej Spale. Trenowali tam najlepsi sportowcy, a Kati była srebrną medalistką olimpijską w gimnastyce. Pal długo się o nią starał. Przez cztery lata czujni bracia pełnili rolę przyzwoitek wnuczki przedwojennego oficera węgierskiej armii. Trwał stalinizm. Dziadek obecnej pierwszej damy Węgier pozbawiony oficerskich szlifów pracował jako palacz w kotłowni. Dorabiał, sprzedając kupony loterii przed Muzeum Narodowym. Pewnego dnia przed jego stolikiem zjawił się elegancki jegomość i zawołał: „Melduję się, panie pułkowniku!”. Dawny żołnierz z Siedmiogrodzkiej Brygady Kawalerii poznał swego dowódcę i oddał mu honory, nie bacząc na krążących wokół kapusiów komunistycznego dyktatora Rakosiego. [srodtytul]Hotel na początek[/srodtytul] Małżeństwo mieszczanina Schmitta z dumną, choć biedną, wnuczką przedwojennego oficera okazało się udane. Katalin jest energiczna i pryncypialna. Nie zwraca uwagi na konwenanse. Sprawy materialne też nie są dla niej najważniejsze, o swojej rodzinie mawia: „W ciągu minuty straciliśmy wszystko oprócz godności”. Często przekonywała męża do odważnych decyzji, których sam, jako człowiek ostrożny, może by nie podjął. Był wybitnym szermierzem, choć nieżyczliwi mu twierdzą, że stanowił tylko uzupełnienie lepszych od siebie kolegów ze złotej drużyny olimpijskiej (Fenyvesi, Kulcsar, Nemere, Erdos). O polskich szermierzach zawsze mówił z uznaniem, podając przykłady wybitnego architekta Wojciecha Zabłockiego i wziętego prawnika Ryszarda Parulskiego. Ich życiorysy dowodzą, że z szermierczej planszy niedaleka droga do sukcesów na innych polach, chociaż w Polsce żaden szermierz nie został jeszcze prezydentem. Kariera zawodowa Schmitta to pasmo sukcesów. Zaczął od hotelarstwa, jako 34-latek był już dyrektorem wielce prestiżowej Astorii w centrum Budapesztu. „Hotel to miniatura naszego życia, tu też czasami ludzie rodzą się, umierają, kochają się, kłócą i cierpią” – mówił. Po pięciu latach w hotelarstwie został dyrektorem odpowiednika polskiego Centralnego Ośrodka Sportu z Nepstadionem jako perłą w koronie. Słynna budapeszteńska arena nigdy nie przypominała warszawskiego Stadionu X-lecia czy Stadionu Śląskiego, martwych pomników gigantomanii z lat 50. Wokół powstały hale sportowe, lodowisko, siedziby związków sportowych. Nepstadion tętnił życiem od rana do nocy siedem dni w tygodniu. Był rok 1983, epoka Janosa Kadara. Wkrótce czasy miały się zmienić, ale los Schmitta zmienił się tylko na lepsze. Został ambasadorem w Madrycie, potem w Bernie. Jednocześnie pełnił funkcję szefa Węgierskiego Komitetu Olimpijskiego, a potem także szefa protokołu MKOl. Ludzie mu nieżyczliwi uważają, że zjawiał się zawsze w najwłaściwszym czasie i miejscu, aby zyskać wpływowych protektorów. Fakt, gdyby nie pomoc ministra sportu Istvana Budy na początku lat 80., kariera Schmitta mogłaby się potoczyć inaczej. Nawet nieprzychylnie nastawieni komentatorzy przyznają jednak, że sukcesy zawdzięcza ogromnej pracowitości, lojalności i łagodnemu charakterowi. – Nie jestem jego fanem, ale po ludzku trudno go nie lubić – mówi polityk opozycji. Pal Schmitt przegrał tylko raz. W 1998 roku bez powodzenia wystartował w wyborach na mera Budapesztu. Jako niezależny kandydat zdobył 36 procent głosów, ale dla człowieka przyzwyczajonego do zwycięstw była to długo rozpamiętywana porażka. [srodtytul]Człowiek Orbana[/srodtytul] Jest zawsze elegancki, spokojny, perfekcyjnie przygotowany do rozmowy. No i jest duszą towarzystwa, co u prezydenta częściej bywa zaletą niż wadą. Twierdzi, że kocha ludzi, wybacza, nie chowa urazy. Chyba tak naprawdę jest, bo inaczej nie pogodziłby się z Tamasem Gyarfasem, swoim zastępcą w Węgierskim Komitecie Olimpijskim. Gyarfas, wpływowy producent porannego programu telewizyjnego „Napkelte”, prezes związku pływackiego i ulubieniec poprzedniego rządu socjalistów, próbował usunąć Schmitta z fotela szefa Węgierskiego Komitetu Olimpijskiego, zarzucając mu jego upolitycznienie. Schmitt przeczekał atak, zyskał poparcie autorytetów (legendarnego bramkarza Gyuli Grosicsa i młociarza Gyuli Zsivotzkyego) i utrzymał stanowisko. Po dwóch latach wybaczył Gyarfasowi i publicznie go uściskał. Schmitt ma wielki autorytet wśród legend węgierskiego sportu. Zmarły niedawno słynny przed laty polski piłkarz Edmund Zientara tak wspominał wyprawę wspólnie z Romanem Koryntem i niżej podpisanym na pogrzeb Ferenca Puskasa, jednego z najwybitniejszych piłkarzy wszech czasów: „Na stadionie miał przemawiać Schmitt, ale tuż przed ceremonią zabrano go do szpitala, rozbolało go serce, pewnie trochę z emocji. Przemówienie odczytał ktoś w zastępstwie, ale cały stadion skandował imię Schmitta, a wdowa po Puskasie mówiła o nim jak o przyjacielu rodziny”. Ten wytrawny dyplomata nie chciał zostać politykiem. Prawie całe życie trzymał się od niej z daleka, nie należał do socjalistycznych wpływowych organizacji młodzieżowych, partii czy związków zawodowych. Dopiero całkiem niedawno wstąpił do FIDESZ za namową charyzmatycznego lidera tej partii, obecnego premiera Viktora Orbana. Opozycja twierdzi, że będzie prezydentem całkowicie podporządkowanym rządzącemu FIDESZ i Orbanowi, który osobiście go na tę funkcje rekomendował. Czas pokaże. Pogrążonym w kryzysie Węgrom z pewnością potrzebne są spokój, kompromisowość i wyważony język nowego prezydenta. Społeczeństwo jest mu przychylne, choć na forach internetowych pojawiają się opinie, że jest to polityk obrotowy, skłonny poprzeć każdego, kto zapewni mu rozwój kariery. Znamienne jest jednak, że ani media, ani polityczni oponenci nie przyklejają mu etykietki komucha czy Niemca. Prezydent Schmitt nie wywołuje agresji. Wielka sportowa przeszłość i kariera w poprzednim ustroju nie są mu kulą u nogi. Dyskusja na temat tej prezydentury trwa, ale jest to wymiana argumentów, a nie ciosów, inwektyw i haków. Po prostu Węgrzy uznali, że wnuk szwabskiego imigranta, który zrobił karierę w czasach komunistycznych i nigdy się jej nie wyparł, może być ich prezydentem. [i]Autor jest hungarystą, byłym prezesem PZPN i międzynarodowym sędzią piłkarskim[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL