Plus Minus

Twórczość Janusza Zajdla

Ze wszystkich anegdot związanych z Januszem Zajdlem najbardziej charakterystyczne wydaje mi się wspomnienie Włodzimierza Jurasza, jak poświęcony Zajdlowi artykuł odczytał kiedyś na spotkaniu krakowskiego „NaGłosu”.
Była to pierwsza połowa lat 80., Zajdel był u szczytu popularności. Jurasz streścił i omówił najbardziej znane i poczytne powieści pisarza, a potem, jak wspomina, podeszła do niego Wisława Szymborska, pogratulowała dowcipu i zapytała, kiedy zamierza się przyznać. Była bowiem przekonana, że żadnego pisarza o nazwisku Zajdel nie ma i nigdy nie było, że jego sylwetkę, jak również powieści o tytułach „Limes Inferior” czy „Cylinder Van Troffa” młody człowiek po prostu sobie zmyślił. No bo przecież, gdyby ktoś taki był, krakowskie towarzystwo musiałoby o nim słyszeć.
Tak oto w polskich realiach potwierdziła się prawidłowość, którą na drugiej półkuli kilkanaście lat wcześniej opisał odsługujący wojsko James Graham Ballard. Ballard z nudów sięgnął po popularne czytadła SF i nie posiadał się ze zdumienia, że pod krzykliwymi, tandetnymi okładkami znalazł znakomitą literaturę. A bardziej jeszcze – że ta literatura jest zupełnie „przezroczysta”, niezauważana i niedoceniana. Sam Ballard zresztą zaznał tego na własnej skórze; wysoko ceniony jako odnowiciel SF, poza nią uznany został dopiero, gdy zajął się pisarstwem „głównego nurtu”. Ale ta droga do bycia zauważonym nie jest dostępna wszystkim. Fantastyka jest owocem szczególnego, odmiennego talentu, najwybitniejsi jej przedstawiciele – jak Dick czy Lem – gdy próbowali powieści współczesnych, produkowali teksty mierne. Zajdel wyjścia poza wybraną branżę nie próbował. Zapewne po części dlatego, że mu po prostu nie zależało na opiniach salonów wyrokujących, kto jest pisarzem, a kto nie jest. Ale przede wszystkim dlatego, że podchodził do swego pisania użytkowo. Zależało mu, by docierać z głosem zdrowego rozsądku do jak najliczniejszych młodych ludzi, by ostrzegać ich przed kłamstwem, uczyć podejrzliwości wobec jedynie słusznych haseł i przekory wobec sztucznie nadętych autorytetów. Swoje światy, fabuły i bohaterów projektował odpowiednio do tego zamiaru, sztukę dla sztuki uważał za marnowanie czasu.
Dlatego sama literacka analiza jego powieści i opowiadań nie wystarczają do wyjaśnienia wpływu, jaki wywarł na swoich czytelników. Fantastyka w latach 70. i 80. była kulturotwórczym ruchem, odgrywając podobną rolę jak dla poprzednich pokoleń studenckie teatrzyki, Zajdel zaś, jako jeden ze środowiskowych autorytetów, był ucieleśnieniem polskiej specyfiki tej literatury, która na szerokim świecie bywała przede wszystkim bezinteresowną, choć intelektualną, rozrywką. Tę specyfikę zwięźle objaśniał jeden z pierwszych animatorów gatunku, śp. Zbigniew Przyrowski. W Peerelu nauki ścisłe i politechniki były naturalnym wyborem potomków rodzin AK-owskich, wychowywanych w duchu patriotyzmu i religii katolickiej. Konkretne, ścisłe dziedziny wiedzy i praktycznej działalności pozwalały im uniknąć marksistowskiej indoktrynacji, jaka zdominowała nauczanie uniwersyteckie, pozwalały też – do pewnego stopnia – na zawodowy awans dzięki kwalifikacjom, a nie podlizywaniu się komunistom. W ten sposób trafiło na to pole wielu ludzi o humanistycznym zacięciu i literackich zainteresowaniach. I to oni właśnie najlepiej się poczuli w tym przezroczystym gatunku literackim, łączącym fantazję z wiedzą ścisłą i naukowym myśleniem. Zajdel był wręcz modelowym przykładem tego zjawiska, zarówno jeśli chodzi o ścisłe wykształcenie, jak i pozbawione jakichkolwiek złudzeń podejście do „ojczyzny proletariatu” i „sprawiedliwości społecznej”. Dzięki takim autorytetom jak on – a przecież nie był sam – SF przyciągała wielu ludzi, którzy mieli z komuną swoje porachunki – polska fantastyka była zdecydowanie „anty” w samej swej istocie i zaraniu. Nikt nie składał takich deklaracji, nikt nie uważał ideowego zaangażowania za powinność fantastyki, ale wystarczy spojrzeć na zawodowe i polityczne wybory większości jej wychowanków z tamtych lat, wystarczy poczytać ich teksty. Zastanawiające, że ćwierć wieku po śmierci Zajdla jego książki brzmią równie świeżo jak wtedy, choć zdają się mówić co innego. Diabli wzięli komunizm, ale pozostało przecież kłamstwo jako reguła życia publicznego, pozostały bezmyślność i stadność w jego kultywowaniu, „jedynie słuszne” autorytety, medialna przemoc – wszystko to, co tak irytowało Zajdla i przeciwko czemu starał się swoich czytelników zaszczepić. „Cylinder Van Troffa”, w którym „naukowe” udoskonalanie ludzkości doprowadza ją do katastrofy, wydaje się napisaną dosłownie wczoraj satyrą na histerię wokół „zmian klimatycznych”. „Limes Inferior”, wymierzona w ekonomiczny absurd „realnego socjalizmu”, okazuje się wnikliwą krytyką tego, co lewica uparcie nazywa neoliberalizmem. Zajdel nie dbał o ponadczasowość swych prognoz. Nie musiał. Dbają o to ludzie tego gatunku, który przez całe życie zwalczał.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL