fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kaczyński – siewca konfliktów

Tomasz Wołek
Rzeczpospolita
Prezes PiS jest odpowiedzialny za ogromne stężenie emocji negatywnych, jakiego w Polsce od czasów stalinowskich nigdy nie było, nawet w stanie wojennym – pisze publicysta
Nie będę głosował na Jarosława Kaczyńskiego. Z wszystkich możliwych powodów. Zanim wszakże je wyłuszczę, spróbuję "oczyścić teren". Nie żywię do Kaczyńskiego niechęci osobistej. Nie mam do niego pretensji. Prywatnie nie wyrządził mi żadnej przykrości ani tym bardziej krzywdy; owszem, nasze relacje – w czasach antykomunistycznej opozycji – układały się więcej niż poprawnie.
W 1981 roku współtworzyliśmy (m. in. wraz z… Bronisławem Komorowskim) Kluby Służby Niepodległości. W stanie wojennym przyjmowałem go do Ruchu Młodej Polski i drukowałem jego teksty w podziemnej "Solidarności Narodu". Gdy postanowił zmienić środowisko, rozstawaliśmy się w zgodzie, bez cienia jakiegokolwiek urazu.
[srodtytul]Największy destruktor [/srodtytul]
Moje opinie o Kaczyńskim nie mają zatem negatywnego podłoża emocjonalnego. Oceniam go tylko na gruncie publicznym, na płaszczyźnie wyłącznie politycznej. Ta zaś ocena wypada dlań druzgocąco. Nie będę na niego głosował – mało tego, podejmę próbę odwiedzenia od tego zamiaru każdego, kto zechce mnie wysłuchać – ponieważ uważam Jarosława Kaczyńskiego za największego destruktora polskiej polityki po 1989 roku.
Nie tylko polityki zresztą. Za grzech najcięższy – tym cięższy, że publiczny właśnie – poczytuję mu doprowadzenie do fatalnego podziału w społeczeństwie. Podziału raniącego, który głębokim cięciem przerzyna niemal wszystkie dziedziny życia: od kategorii etycznych poprzez estetykę i kulturę aż po najszerszą sferę cywilizacyjną. Polityka w gruncie rzeczy stoi dopiero u końca tego rejestru, stanowiąc zaledwie jego dopełnienie.
Paradoksalnie rację ma Jarosław Marek Rymkiewicz, kiedy w swym nienawistnym wierszu wieszczy, iż "to, co nas podzieliło – to się już nie sklei". W każdym razie nie w tym pokoleniu, a wcale nie jestem pewien, czy i w następnym będzie to możliwe. Gdyż nasze dzieci – nierzadko już dorosłe – też doświadczają skutków tego podziału.
Ta rana nie może się zabliźnić, ponieważ jest ciągle na nowo rozdrapywana. Jątrzy się i ropieje wraz z każdym kolejnym wierszem piętnującym "łajdaków" (słowo klucz zarówno u Wolskiego, jak i u Rymkiewicza), z każdym artykułem gromiącym odstępców, z każdą audycją radiową bądź telewizyjną w zawłaszczonych, a obłudnie zwanych "publicznymi" mediach, z każdym wystąpieniem dyrektora Rydzyka, z każdą homilią "patriotycznego" prałata czy biskupa.
[srodtytul]Wrogie buczenie [/srodtytul]
Ale przecież politycy PiS podobno zachowują chwalebny umiar i powściągliwość, a przykładem świeci tu sam prezes Kaczyński! Czyżby? Podczas jednej z mszy pogrzebowych, w trakcie przemówienia marszałka Niesiołowskiego, rozległo się wrogie buczenie. Nie zainicjował go zza węgła żaden pseudoreligijny fanatyk, tylko jeden z czołowych posłów PiS. A choćby niedawne zerwanie obrad Senatu pokazuje, jak w praktyce politycznej owa powściągliwość wygląda.
Tak toksycznego stężenia emocji negatywnych, tak obficie spienionego wylewu jawnie manifestowanych przejawów wrogości, a nawet nienawiści, nigdy wcześniej – bodaj od zamierzchłych czasów stalinizmu – w Polsce nie było. Nawet w okresie więdnącego PRL. Może nawet w stanie wojennym, choć nasze chrześcijańskie uczucia poddali wówczas komuniści próbie wyjątkowo ciężkiej.
Nigdy dotychczas nie żyliśmy w społeczeństwie tak dramatycznie podzielonym. Rozdźwięk polityczny nałożył się na pozostałe sfery, przenikając naszą prywatność, wpływając na nasze gusty, odciskając się na naszych codziennych wyborach. Mieszkamy w różnych światach. Czytamy inne gazety, książki (również wiersze), oglądamy inne programy, spotykamy się w innych miejscach. Jakież ponure, zionące nieufnością pobojowisko! Ileż schłodzonych relacji, już na zawsze niedokończonych rozmów, milczących telefonów, popsutych albo zgoła zerwanych znajomości, zatrzaśniętych przyjaźni, niekiedy nawet rodzinnych niesnasek albo wręcz dramatów.
Wystarczy spojrzeć na środowisko dziennikarskie. Nigdy nie było monolitem, toczyły się wojny prasowe, ale jakieś elementarne poczucie zawodowej wspólnoty jednak panowało. Jednak po 2005 roku pękło z hukiem, rozpadając się na dwie – pogruchotane, niedające się już nijak złożyć – części. Podobnie pisarze, artyści, naukowcy… Jak okiem sięgnąć.
O to właśnie mam największy żal do Jarosława Kaczyńskiego. Bowiem ta straszliwa destrukcja społecznych i – po prostu – ludzkich więzi jest w zasadniczej mierze jego dziełem. Oczywiście, nie zawsze on osobiście inicjował kolejne kampanie obrzucania błotem i szczucia, określanego wzniośle jako "wzmożenie moralne". Niektóre bojowe hasła pierwsi rzucali jego pretorianie.
[srodtytul]Skłonności autorytarne [/srodtytul]
Wszelako nic nie działo się bez jego przyzwolenia. Autorytet zaś i pozycja Kaczyńskiego w obrębie własnego obozu są tak niepodważalne, iż jednym słowem, jednym gestem mógłby odwrócić fatalną retorykę, zmienić klimat społeczny, nadać nowy ton. Nie zrobił tego i nie robi nadal. Ślepo mu posłuszna armia zwolenników działa w dotychczasowym trybie. Werbalne odstąpienie od formuły "IV RP" pozostaje zabiegiem wyłącznie propagandowym, obliczonym na krótką pamięć oraz prostoduszną naiwność.
Kaczyński kompletnie nie poczuwa się do odpowiedzialności za słowa i czyny swoich ludzi. Twierdzi, że nie może przecież odpowiadać za jakieś krzyki rozbrzmiewające w tłumie. Podobnie tłumaczył swój brak reakcji na pamiętną scenę palenia kukły prezydenta Wałęsy podczas demonstracji pod Belwederem w styczniu 1993 roku: "Miałem się może rzucić i gasić?" A był głównym organizatorem i liderem owej agresywnej, antypaństwowej manifestacji. Gdyby chciał, momentalnie uśmierzyłby wrogie nastroje. W tym rzecz, że właśnie zależało mu na ich roznieceniu.
Powodów, dla których nie powinien być prezydentem, jest nieskończenie więcej. Anachroniczny sposób pojmowania i uprawiania polityki, trudności z ogarnięciem problemów współczesnego świata, zapędy centralistyczne, a nawet nieskrywane skłonności autorytarne, jednostronna, z gruntu fałszywa interpretacja historii najnowszej, organiczna niezdolność do współpracy, brak zrozumienia i tolerancji dla posiadaczy innych poglądów. To dalece niepełna lista zastrzeżeń zgoła zasadniczych.
Kandydaturę Jarosława Kaczyńskiego przekreśla w moich oczach głównie fakt, iż jest on notorycznym siewcą konfliktów. Właściwie cała jego kariera polityczna przebiega pośród cyklicznie powtarzających się sporów, rozłamów, kłótni i swarów. Swoich oponentów traktuje nie jak przeciwników, ale jak wrogów, których należy zdyskredytować i – przynajmniej moralnie – unicestwić. Ktoś taki Polski rozdartej nie sklei. Nie zasypie przepaści ten, który ją metodycznie, przez lata, pogłębiał.
Jeśli Kaczyński chce nas przekonać, że się zmienił naprawdę, że stał się człowiekiem bardziej koncyliacyjnym, skłonnym do współdziałania i otwartym, to nie ma lepszego sprawdzianu wiarygodności jak praktyczne potwierdzenie tej przemiany w roli prezesa największej partii opozycyjnej.
[i]Autor jest publicystą, był redaktorem naczelnym "Życia Warszawy" i "Życia"[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA