fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Pojednanie polsko-rosyjskie zmieni Europę?

Rzeczpospolita
Dla Polski korzystniejsze byłoby rozwiązanie, w którym i premier, i prezydent pochodziliby z tych samych stronnictw – twierdzi amerykański politolog Zbigniew Brzeziński
Rz: Już ponad miesiąc minął od katastrofy pod Smoleńskiem. Wciąż pan wierzy w historyczne pojednanie między Polakami i Rosjanami?
Zbigniew Brzeziński: Katastrofa stworzyła szansę, że do niego dojdzie. Pojednanie wymaga jednak czasu i wzajemnych wysiłków. Obecnie są one podejmowane – zwłaszcza po stronie Rosjan następuje wyraźne przewartościowanie historii stosunków z Polską. To ważne, ponieważ to po stronie państwa silniejszego spoczywa większa odpowiedzialność za proces pojednania. By było ono możliwe, konieczne jest też powiedzenie całej bolesnej prawdy o Katyniu. Takie przewartościowanie po stronie Rosjan ułatwi Polakom zmianę podejścia do wzajemnych stosunków.
Z czego wynika aż taka zmiana tonu u Rosjan? Nagle ruszyło ich sumienie?
Nie sądzę, by ta zmiana była nagła. Katastrofa pod Smoleńskiem była naprawdę wstrząsająca i wywołała w rosyjskim społeczeństwie wielkie emocje i wiele spontanicznych zachowań. Osoby, które przynosiły znicze przed polską ambasadę, nie robiły tego w wyniku politycznych kalkulacji. Katastrofa prezydenckiego samolotu przyczyniła się także do szerszego zrozumienia tego, kto rzeczywiście jest odpowiedzialny za zbrodnię katyńską. Wśród Rosjan wciąż są przecież osoby, które uważają, że za tą zbrodnią stali Niemcy. Jednak na szczeblu władz możliwości polepszenia stosunków polsko-rosyjskich były prawdopodobnie brane pod uwagę jeszcze przed katastrofą. Z punktu widzenia rosyjskiego interesu narodowego konflikt, który utrudnia Rosjanom dostęp do Unii Europejskiej, jest bowiem niekorzystny. Dla Polski z kolei ważne jest to, by poprawa wzajemnych stosunków pociągnęła rewizję zasadniczych założeń rosyjskich dotyczących relacji między Moskwą a dawnymi członkami Związku Sowieckiego.
Jakie gesty powinna wykonać Polska?
Nie jestem specjalistą od gestów. Ale na przykład zapalenie zniczy w rocznicę zakończenia wojny na grobach żołnierzy Armii Czerwonej uważam za konstruktywne. Ostatecznie Rosjanie, którzy zginęli, wypychając Niemców z Polski, w większości wypadków nie ginęli po to, by narzucić Polsce reżim stalinowski.
A jak pan ocenia wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, który w specjalnym przesłaniu do Rosjan podziękował im „za pomoc i życzliwość okazaną Polakom po katastrofie pod Smoleńskiem”?
Pozytywnie. Nie było to jedyne wystąpienie – inni wybitni polscy politycy wypowiadali się w podobny sposób i uważam, że bardzo dobrze, iż w tej dziedzinie obserwujemy w Polsce pewną jednomyślność.
Czy atmosfera współpracy nie skończy się, gdy zaczną się konkretne problemy, a Polacy wraz z unijnymi dyplomatami będą na przykład próbowali przeciągnąć Ukrainę na stronę Zachodu?
Pojednanie nie zakłada jednomyślności i braku różnic. Co do Ukrainy to nie będzie ona przeciągana na Zachód. Ten prawie 50-milionowy kraj powinien się sam skierować na Zachód. By było to możliwe, należy prowadzić politykę, która ułatwi Ukraińcom podjęcie tej decyzji. Musi ona jednak wypłynąć z wewnątrz Ukrainy.
Spodziewa się pan, że po katastrofie Rosjanie nie zareagują już tak ostro, jak zapowiadali, gdy kilkadziesiąt kilometrów od granicy polsko-rosyjskiej stanie pierwsza amerykańska bateria rakiet Patriot?
Sądzę, że ich reakcja będzie wyważona. Władze w Moskwie doskonale rozumieją, że to element współpracy polsko-amerykańskiej, ale nie jest wymierzony w interesy Rosji. Same zresztą też podejmują działania, które mogą wywoływać sprzeciw – wystarczy przypomnieć wielkie rosyjskie manewry wojskowe na Białorusi.
W tygodniku „Time” pisał pan w kwietniu, że polsko-rosyjskie pojednanie może doprowadzić do historycznych zmian w Europie. Co pan miał na myśli?
Jeżeli pojednanie nie będzie jedynie taktyczne i ograniczone do najwyższego szczebla obydwu państw, to doprowadzi wśród Rosjan do innej oceny roli ich państwa w świecie i zrozumienia, że powrót do czasów imperium już nie nastąpi. Realizacja takiego scenariusza niosłaby za sobą niezwykle poważne geopolityczne konsekwencje. Byłyby one korzystne dla wszystkich: oczywiście dla Polski, ale również dla Europy w szerszym wymiarze oraz dla samej Rosji i dawnej przestrzeni sowieckiej. I oznaczałyby między innymi zwiększenie bezpieczeństwa Estończyków, Ukraińców czy Gruzinów.
Spora część Polaków nie ufa jednak Rosjanom i w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu domaga się międzynarodowego śledztwa, obawiając się, że władze w Moskwie mogą zataić niektóre istotne informacje. Pan się z nimi zgadza?
Nie zgadzam się, chociaż mogę zrozumieć, skąd biorą się ich obawy. Tego rodzaju podejście opiera się na przekonaniu, że w ten czy inny sposób rząd Rzeczypospolitej Polskiej będzie współpracować z Rosjanami w ukryciu prawdy. Wykluczam taką możliwość i uważam ją za nierealistyczną, nieuzasadnioną i właściwie obraźliwą dla całego społeczeństwa polskiego.
Niedawno wrócił pan z Polski, gdzie na dobre trwa kampania wyborcza. Podziela pan obawy Andrzeja Wajdy, który ostrzega, że wybory będą walką o wszystko i że w Polsce toczy się wojna domowa?
Sformułowanie „walka o wszystko” brzmi groźnie. Nie wyczuwam w Polsce aż tak drastycznego podziału w poglądach politycznych. Przede wszystkim znacząca część Polaków nie pójdzie głosować, co świadczy o tym, że jest im wszystko jedno, kto te wybory wygra. Z kolei różnice między rywalizującymi obozami politycznymi nie są zasadnicze. Tego typu różnice istnieją w każdym społeczeństwie i są rozgrywane w ramach systemu demokratycznego.
Jeden z kandydatów na prezydenta Andrzej Olechowski przekonuje jednak, że podzielonych na dwa obozy Polaków opanował strach. Jedni gromadzą się wokół swojej ofiary katastrofy w obawie przed wielką manipulacją, drudzy natomiast boją się powrotu IV RP. Jego zdaniem w złym scenariuszu powyborcze emocje przeniosą się na ulice.
Mam nadzieję, że ta ocena nie znajdzie odzwierciedlenia w rzeczywistości. W tej chwili takiego zagrożenia nie widzę. Wydaje mi się, że polskie społeczeństwo jest poważne, rozsądne, a podstawy ustroju demokratycznego są mocno zakotwiczone. Tego rodzaju skrajne prognozy wydają mi się więc nieco przesadzone. Aczkolwiek moja ocena jest oczywiście powierzchowna i oparta na obserwacjach podczas krótkiego pobytu w Polsce.
Jako strateg i specjalista od stosunków międzynarodowych może się pan jednak odnieść do obaw Władysława Bartoszewskiego, który ostrzega, że po wygranej Jarosława Kaczyńskiego Polska będzie w świecie traktowana jak Rwanda czy Burundi. Rzeczywiście byłoby aż tak źle?
Sądzę, że nie są to dobre przykłady. Między Polską a Rwandą czy Burundi istnieją daleko idące różnice w kulturze politycznej, doświadczeniach i instytucjach politycznych.
Czy takie porównania i wyrażane, po obu stronach zresztą, obawy o przyszłość kraju to dowód na to, że obowiązujący w Polsce system podziału władzy utrudnia jej efektywne sprawowanie?
Uważam, iż dla Polski korzystniejsze byłoby rozwiązanie, w którym i premier, i prezydent pochodziliby z tych samych stronnictw. W obecnie obowiązującej konstytucji są, niestety, pewne niejasności, które powodują niepotrzebne konflikty i starcia oraz wzajemne nieporozumienia. Jestem przekonany, że system, w którym spory osobiste i programowe powodują konflikt między premierem a prezydentem, nie jest dla Polski dobrym rozwiązaniem. W innych krajach demokratycznych tego rodzaju niejasności w zasadzie nie istnieją. System, który funkcjonuje we Francji, daje prezydentowi większą odpowiedzialność za władzę wykonawczą, dzięki czemu nawet jeśli w parlamencie dominują opozycyjne wobec niego partie, może on skutecznie sprawować rządy. Ta sama zasada odnosi się w Niemczech do roli kanclerza. Również w Stanach Zjednoczonych prezydent ma właściwie całkowitą kontrolę nad władzą wykonawczą.
Profesor Zbigniew Brzeziński jest politologiem, sowietologiem, byłym doradcą prezydenta USA Jimmy’ego Cartera ds. bezpieczeństwa
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA