fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja

Zamiast się uczyć, kopiują na potęgę

Przez dwa lata przybyło tych, którzy kopiują cudze prace. Na uczelniach niepublicznych to skok o 14 punktów. Wywiad internetowy z lat 2007 – 2009 na grupie ok. 400 studentów.
Rzeczpospolita
Studenci przyznają się, że nawet połowa ich pracy jest niesamodzielna
Moja praca w 50 proc. jest niesamodzielna – odpowiadali studenci szkół niepublicznych. Ich koledzy z placówek publicznych przyznawali, że sami nie napisali 30 proc. pracy. Takie wyniki przyniosły badania prof. Mariusza Jędrzejko ze Szkoły Główna Gospodarstwa Wiejskiego na temat naruszania norm etycznych w pracach licencjackich i magisterskich.
[srodtytul]Z Internetu tzn. niczyje[/srodtytul] 14 proc. studentów z uczelni publicznych i 32 proc. z niepublicznych przyznało się, że korzysta z już napisanych prac bez wskazania źródła. Kopiują też materiały z Internetu.
– Pokutuje u nas przekonanie, że materiały z sieci są niczyje i można z nich swobodnie korzystać – komentuje prof. Stefan Kwiatkowski, pedagog z Polskiej Akademii Nauk. – To dużo łatwiejsze i szybsze niż ślęczenie nad stosem książek – przyznaje Iza, studentka warszawskiej uczelni im. Łazarskiego. I zdradza, że także wykładowcy kopiują internetowe źródła. – Miałam zajęcia z prowadzącymi, którzy wyświetlali nam slajdy z materiałami skopiowanymi z Wikipedii. [srodtytul]Na Zachodzie tak samo[/srodtytul] Zdaniem Sebastiana Kawczyńskiego z firmy Plagiat. pl takie powielanie bez zaznaczenia tego w pracy nie jest wystarczająco napiętnowane. – Internet jest wciąż zjawiskiem nowym, więc i presja na tych, którzy kopiują, jest mniejsza – uważa. [wyimek]48 proc. studentów uczelni niepublicznych po napisaniu pracy dyplomowej czegoś się nauczyło [/wyimek] Zaznacza jednak, że to zjawisko nie jest u nas bardziej rozpowszechnione niż na Zachodzie. – W Wielkiej Brytanii czy Niemczech dotyczy to około 25 proc. prac. W USA na Uniwersytecie Michigan studenci pytani, czy kiedykolwiek cokolwiek skopiowali, nawet w 70 proc. dawali odpowiedzi twierdzące – zaznacza. Dr Tomasz Perkowski z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, ichtiolog, który studiował m.in. na Central European University w Budapeszcie, uważa jednak, że za granicą przyzwolenie na korzystanie z cudzych prac bez wykazywania tego w przypisach jest dużo rzadsze. – Plagiaryzm był równoznaczny z usunięciem z uczelni – mówi „Rz”. I opowiada, że temu, co i jak można wykorzystywać przy pisaniu prac naukowych, były poświęcone specjalne zajęcia. [srodtytul]Sposób na plagiat[/srodtytul] Nasze uczelnie zabezpieczają się przed nieuczciwymi studentami przez system antyplagiatowy. 112 z nich korzysta z programu Plagiat. pl, który sprawdza, czy student nie skopiował cudzej pracy. – Część wykładowców jest wyczulona na tym punkcie i wszystkie, nawet bardzo krótkie, prace zaliczeniowe potrafi sprawdzić w programie – twierdzi Marzena Izenberg, studentka socjologii i wiedzy o teatrze. Jednak młodzi ludzie wymyślają coraz to nowe sposoby na jego omijanie. Nie tylko tłumaczą prace obcojęzyczne, ale i zamieniają czcionki używane przez polskie edytory tekstów na podobne, lecz z innych regionów, np. z Dalekiego Wschodu. Wstawiają też między słowa niewidoczne znaki, przez co program nie może rozpoznać, że praca została skopiowana. – Na szczęście przebiegli studenci zazwyczaj chwalą się swoimi pomysłami w Internecie, więc szybko uaktualniamy program – zapewnia Sebastian Kawczyński z Plagiat. pl [srodtytul]Kup pan pracę[/srodtytul] Są i tacy, którzy nie zadają sobie trudu kopiowania stron internetowych, tylko kupują gotowe prace. 16 proc. studentów uczelni publicznych i 37 proc. niepublicznych potwierdziło, że zna kogoś, kto kupił pracę dyplomową. Odpowiednio 8 i 11 proc. spotkało się z ofertą kupna takiej pracy, a 19 i 36 proc. zna strony, gdzie można je kupić. – Na każdym kierunku znajdzie się przynajmniej jedna osoba, która kupiła pracę. Gdybym chciał ją kupić, dokładnie wiedziałbym, do kogo się zgłosić – mówi Bartosz Narzelski, student politologii na UKSW. – Mam kolegę, który utrzymuje się z pisania prac, głównie maturalnych. Napisał też kilkanaście licencjackich, kilka magisterskich, a ostatnio nawet trzy rozdziały rozprawy doktorskiej. Piszący prace mają swoje strony w sieci i podają telefony, czasem z adnotacją: „dzwoń wieczorami, w dzień jestem w bibliotece”. Ceny od 10 – 20 zł za stronę. – Uczelnie wypuszczają kiepskich magistrów nieprzygotowanych do pracy, dlatego samo posiadanie tytułu magistra nie pozwoli na znalezienie pracy – przewiduje Adam Ambrozik z Konfederacji Pracodawców Polskich. – A dobra praca magisterska, a nie kopia materiałów z Wikipedii, może być atutem. Sam zdobyłem pierwszą pracę dzięki temu, że przy jej pisaniu współpracowałem z pracodawcami.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA