fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Koniec ocieplenia?

Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
W brutalnym świecie waszyngtońskiej polityki lobbyści powtarzają, że jeżeli nie zaproszono cię do stołu, to pewnie jesteś już w karcie dań.
Tę zasadę można jednak odwrócić: strach jest zostać przy stole, od którego w popłochu odchodzą inni. Nic dziwnego, że wielkie firmy jedna za drugą wycofują swoje poparcie dla programu walki z ociepleniem.
Nikt nie chce, aby jego logo było obok ośmieszanych organizacji ekologicznych. Gorzej, że razem z finansowaniem nierzetelnych badań, przepadają pieniądze na uczciwie prowadzone programy ochrony środowiska.
[srodtytul]Lodowce nie spłyną[/srodtytul]
W dniu, w którym prezydent Barack Obama składał w Kongresie projekt pomocy dla elektrowni atomowych kosztem wyższych podatków dla producentów węgla i ropy naftowej, trzy kolejne firmy wycofały się z koalicji klimatycznej (USCAP) – największej amerykańskiej organizacji finansującej ekolobbing w Waszyngtonie. Od afery Climategate i ujawnienia manipulacji danymi naukowymi wycofało się już kilkanaście firm. Najmocniej dotknięty został Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC), który stracił nie tylko wsparcie finansowe, ale też zaplecze naukowe. Szereg uczelni odmówiło dalszej współpracy.
Rezygnacja w zeszłym tygodniu BP, Caterpillar i ConocoPhillips była jednak szczególnie dotkliwa. To wielkie korporacje, bardzo wrażliwe na zmiany klimatu politycznego. Jeżeli czują, że program skazany jest na porażkę, natychmiast wycofują swoje poparcie w obawie, żeby nie narazić się w przyszłości jego przeciwnikom. W tym wypadku republikanom, którzy jesienne wybory do Kongresu mają już w kieszeni.
Innych podobnych sygnałów nie brakowało w ostatnich tygodniach. Zaczęło się od himalajskich lodowców, które – jak ujawniono – wbrew zapewnieniom IPCC nie spłyną za 15 lat, ani nawet za 300 lat. Potem okazało się, że informacja o 40 proc. Amazonii, które miało zniknąć w wyniku globalnego ocieplenia, to efekt przypadkowych obserwacji grupy ekologów z World Wildlife Fund (warto o tym pamiętać przy odpisywaniu 1 proc. z podatków), którzy pomylili wycinkę drzew z erozją dżungli.
[srodtytul]Wody pitnej nie zabraknie[/srodtytul]
Do niedawna IPCC ostrzegało nas, że w wyniku ocieplenia i topienia lodowców w 2085 roku 4,5 miliarda ludzi będzie pozbawionych wody pitnej. Te same dane po kolejnym przeliczeniu wykazały, że nie ubędzie, ale przybędzie wody pitnej i to 6 miliardom ludzi.
Natura jakby się zmówiła na ekologów. Mniejsza o zimę stulecia, ale po przeliczeniu anomalii pogodowych okazało się, że liczba kataklizmów (takich jak huragan Katrina) maleje zamiast rosnąć. Holandia, która według IPCC w 55 proc. byłaby już pod wodą gdyby nie system umocnień, w rzeczywistości jest w 26 proc. poniżej poziomu morza i to nie zmienia się od lat.
Największy cios zielonym zadał jednak Phil Jones. Ten sam profesor z Uniwersytetu Wschodniej Anglii, który za swoje zmanipulowane badania dostał fundusze równe budżetowi tonących Malediwów. W wywiadzie dla BBC Jones przyznał, że przez ostatnie 15 lat nie było znaczących wahań temperatury na ziemi. Ostatnia fala ocieplenia skończyła się w 1998 i trwała od 1976 roku. Teraz czeka nas stopniowe wychłodzenie.
Natychmiast wykorzystał to senator James Inhofe z Oklahomy. Razem z doradcami zbudował przed Kongresem igloo z transparentem. „Nowy dom Gore’a”. Niewybredna aluzja do byłego wiceprezydenta Alberta Gore’a, który za swoją kampanię straszenia ociepleniem otrzymał Nagrodę Nobla.
Jones przyznał też, że podobne ocieplenia zdarzały się wcześniej. Ostatnie mieliśmy w latach 1860 – 1880, 1910 – 1940. A dwa wcześniejsze ocieplenia około 800 roku i 1300 roku były nawet cieplejsze od nowożytnych. Najwyraźniej klimat obojętny był na ekologiczny styl życia naszych praprzodków.
Podobnie zresztą jak wody wokół Borneo. IPCC przestrzegało, że w wyniku ocieplenia na wyspie wkrótce zaniknie życie. Uczeni odnaleźli zapiski chińskich podróżników i okazało się, że temperatura mórz wokół Borneo nie zmieniła się od wczesnego średniowiecza.
[srodtytul]Chavez uratuje atmosferę?[/srodtytul]
W lutym mija termin składania przez państwa dobrowolnych zobowiązań redukcji gazów cieplarnianych. 90 państw (Polska zgłosiła propozycje wcześniej) zgodnie z kopenhaskimi ustaleniami złożyło wstępne deklaracje. Trudno się czasem zorientować, na ile są to twarde postanowienia, a na ile liczby rzucone ekologom na pożarcie. Jeżeli zsumujemy nawet te najbardziej ambitne plany, to zobaczymy, że nie spełniają one założeń Kopenhagi. Zamiast zapowiadanej redukcji emisji dwutlenku węgla o 9,2 miliarda ton rocznie, dziś mowa jest już tylko o 5 miliardach.
W kontekście zrewidowanych danych naukowych dotyczących globalnego ocieplenia może i nie byłoby to jeszcze wielkim problemem. Gorzej, że przy okazji wycofywane są fundusze na całkiem rozsądne programy – jak choćby na tworzenie zastępczych miejsc pracy dla rodzin żyjących z wycinki lasów podzwrotnikowych. Także na oczyszczalnie rzek i jezior w środkowych Chinach i w Indiach.
Do niedawna rygorystyczne przepisy środowiskowe w rozwijających się Brazylii i Indonezji znowu wymykają się spod kontroli. Wycinka amazońskiej dżungli przyśpiesza. Coraz trudniej jest przekonać firmy do aktywnego wspierania programów ochrony środowiska w krajach rozwijających się. A im mniejszy popyt na nową technologię, tym też mniejsze zainteresowanie jej rozwojem w wysoko uprzemysłowionych Niemczech czy Stanach Zjednoczonych.
Na stronach organizacji walczących z ociepleniem dużą popularnością cieszy się dziś wideo Hugo Chaveza z Kopenhagi. Kultowe już przemówienie o ratowaniu atmosfery przez niszczenie trującego amerykańskiego imperializmu. Ciekawe, ile imperialistycznych firm skusi się, aby obok umieścić swoje logo?
[i]Autor był redaktorem naczelnym tygodnika „Newsweek Polska” i wiceprezesem wydawnictwa Polskapresse. Współpracuje z „Rzeczpospolitą”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA