fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Order od prezydenta

AFP
Słowenka Petra Majdić wycofała się z igrzysk olimpijskich
Liczyła, że zdąży się pozbierać do ostatniego biegu, na 30 km, ale badania pokazały, że musi zrezygnować. Wraca do Słowenii ze złamanymi żebrami po upadku z ponad 2 metrów na kamienie podczas rozgrzewki sprintu, z uszkodzoną opłucną. Ale też z orderem zasługi od swojego prezydenta, za to że potłuczona, omdlała z wysiłku, dogoniła marzenie. Zdobyła w sprincie brązowy medal, pierwszy od 16 lat dla Słowenii w indywidualnej konkurencji zimowych igrzysk.
Ale ten medal mógł i powinien być złoty, gdyby nie upadek. Tak jak powinien być złoty rok temu na mistrzostwach świata w Libercu, a odpadła tam już w ćwierćfinale, rozbita zatruciem pokarmowym. W drużynowym sprincie w ogóle nie pobiegła, bo kierownik reprezentacji podał słoweńskim biegaczkom złą godzinę wyścigu i nie zdążyły stanąć na starcie. Petra już trzeci sezon prowadzi w klasyfikacji sprintu Pucharu Świata, wygrała w karierze 20 zawodów PŚ, w tym aż 16 w sprincie. Ale medal z MŚ ma tylko jeden, srebrny z 2007 roku w Sapporo.
Wygląda na wyższą niż te 176 cm, które sobie wpisuje w notkach biograficznych. Jest mocno zbudowana, rywalki dobrze znają jej łokcie, bo potrafi walczyć o swoje na trasie. Słychać ją z daleka, jak przeklina i się śmieje. Na konferencjach prasowych odpowiada swoją donośną angielszczyzną, wplatając dla lepszego efektu "shit" i "f...ck" w co drugie zdanie. Skandynawki jej za tę donośność nie lubią, choć chyba jednak bardziej za to, że z nimi wygrywa, czasami zabiegając drogę. Justyna Kowalczyk dogaduje się z Majdić świetnie, choć przyznaje, że to koleżeństwo świeżej daty. Wcześniej się nie lubiły, może za słabo się znały. Ale jakieś półtora roku temu powiedziały sobie: Możemy utrzeć nosa im wszystkim: Szwedkom, Finkom, Norweżkom. – Ja w sprincie, ty na dystansach – mówiła Majdić. I ucierają, prowadzą razem w Pucharze Świata.
– Zawsze jak mam do wyboru, czy nieszczęście opłakać, czy się z niego śmiać, wybieram to drugie. Nie, żebym nie traktowała narciarstwa poważnie. Ale jeśli kogoś nie cieszy to, co robi, to znaczy, że wybrał sobie zły sposób na życie. Kiedy byłam małą dziewczynką i oglądałam biegi w telewizji, patrzyłam na te wszystkie wygrywające Rosjanki i sobie myślałam: O co im chodzi? Stoją na podium takie smętne. Dzień dobry, wygrałam, dziękuję, do widzenia. I postanowiłam, że jak ja kiedyś stanę na podium, to będę krzyczała ze szczęścia. Nawet nie przypuszczałam wtedy, że wygram kiedyś jakiś bieg. Szkoda, że nie pamiętacie, jak pierwszy raz zdobyłam punkty w PŚ, w Falun. Oszalałam za metą – opowiada.
Ma 30 lat, pochodzi spod Lublany i jest jednoosobową tradycją biegów narciarskich w Słowenii. Przed nią nie było w tej dyscyplinie nikogo wartego uwagi, może dlatego w sztabie Petry, uważanym za jeden z najlepszych, jest aż czterech Słowaków, w tym główny trener Ivan Hubac. W Słowenii byli słynni skoczkowie, alpejki i alpejczycy, ale żeby biegać? W rodzinie Majdić nikt nawet nie zajmował się sportem. I jak mówi jeden z jej braci, Gaspar: – Gdy widzimy, co Petra wyrabia na treningach, to jeszcze długo będziemy się wszyscy od sportu trzymać z dala.
Dzięki temu, że jest Majdić, są dziś słoweńskie zawody Pucharu Świata w Rogli, są też kolejne biegaczki, wyglądające zresztą jak klony Petry: Vesna Fabjan, Katja Viznar. Może one kiedyś dokonają tego, co jej się nie udało. A Petra będzie sobie mogła wtedy powiedzieć: – To i moje złoto.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA