fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Jak się ma arystokracja

AFP
O angielskich wyższych sferach. Mezalianse, rozwody, pazerne macochy. Rozdrobnione majątki, utracone fortuny i pozycje. Czy już tylko królowa Elżbieta broni tradycji i dobrego imienia swojej klasy?
Przez kilka stuleci życie angielskiego arystokraty biegło niewzruszenie. Bez wstrząsów historycznych, wojen, kryzysów. Pałac w Londynie, zamek na wsi. W zimie polowania i bale, w lecie życie kulturalne, garden parties. W młodości grand tour po kontynencie. Małżeństwo z przedstawicielem(-ką) swojej klasy. Po śmierci mauzoleum w posiadłości, gdzie wcześniej spoczęli przodkowie i gdzie czekało miejsce na potomków.
Pod koniec XIX wieku 80 proc. powierzchni kraju znajdowało się w rękach 7000 rodzin szlacheckich. Wśród nich było 431 członków Izby Lordów – diuków, markizów, hrabiów, baronów. Złe czasy dla posiadaczy ziemskich zaczęły się, gdy z Ameryki masowo napływało do Anglii tanie zboże i mięso. Dochody z rolnictwa gwałtownie spadły. Podatki wzrosły. Na domiar złego socjaliści zaczęli wyszydzać próżniaczy tryb życia klasy wyższej.
Duże oczekiwania wiązano z pierwszą wojną światową, która miała pokazać, jak dzielnymi wojakami są hrabiowie. Ale to właśnie oni, słabo uzbrojeni i wyćwiczeni, stali się pierwszymi ofiarami machiny wojennej. Życie stracił w niej co ósmy Brytyjczyk i co piąty arystokrata.
Sposobem na odświeżenie gatunku oraz zastrzykiem gotówki miały okazać się małżeństwa z Amerykankami. Na początku XX w. zawarto wiele związków z posiadaczami jankeskich milionów. Najgłośniejszy stał się ślub diuka Windsoru, Edwarda VIII z podwójną rozwódką, panią Wallis Simpson, który kosztował króla abdykację. (Tu milionów nie było, tylko uczucie). Wcześniejszą kochanką diuka była także Amerykanka, Thelma Morgan.
Ale rezultaty takich małżeństw często okazywały się dalekie od zamierzonych. Charles Spencer, brat księżnej Diany, w styczniowym numerze miesięcznika „Vanity Fair” opowiada o skutkach takiego związku w swojej rodzinie i kilku innych.
Spencerowie to jeden z najstarszych rodów angielskich, ich genealogia wywodzi się od Wilhelma Zdobywcy. Przy nich Windsorzy to arywiści... Od 1505 r. siedzibą rodu jest zamek Althorp. Ojciec Charlesa i Diany, John Spencer, rozwiódł się z pierwszą żoną Frances Roche, także arystokratką (był to pierwszy rozwód w rodzinie) i ożenił z Raine, córką bulwarowej pisarki amerykańskiej Barbary Cartland. (Eksplozja różowych falbanek – jak określa ją pasierb). Nowa pani Spencer wprowadziła się do zamku wypełnionego dziełami sztuki gromadzonymi od 17 pokoleń. I postanowiła potraktować go jako skład ruchomości, które można korzystnie sprzedać u dilerów antyków na Bond Street. Wkrótce zauważono brak czterech portretów Van Dycka, tapiserie z XVIII w. zastąpiono fabryczną tapetą... Wnętrza siedziby pani Spencer udekorowała w swoim ulubionym kolorze różowym.
Niedługo potem wyszło na jaw, że obrazy to tylko czubek góry brakujących przedmiotów. Znękany tym wszystkim hrabia Althorp w 1992 r. zmarł na wylew krwi do mózgu. Gdy po śmierci ojca Charles Spencer zrobił obchód zamku, żeby w celach spadkowych dokonać inwentaryzacji, macocha stwierdziła, że owszem, tego i owego brakuje, ale przecież sporo jeszcze zostało.
[srodtytul]Zakały i wyklęci[/srodtytul]
Ten epizod nie jest jedynym, który dowodzi, jak rozwody i mezalianse szatkowały fortuny i dzieliły rodziny. Podobna historia wydarzyła się w starym szkockim rodzie Campbellów. W ich rodowym zamku Cawdor Szekspir ulokował akcję „Makbeta”. Tam także silna macocha zawładnęła rodzinną fortuną i doprowadziła do wydziedziczenia prawowitych spadkobierców. Opisała to Liza Campbell, dziennikarka i artystka, członkini tej arystokratycznej rodziny w swojej książce „Czarowne życie. Dorastając w zamku Makbeta”. Opowiada w niej także o postępującej degrengoladzie swego ojca Earla Hugha Campbella, popadającego w obłęd zasilany narkotykami i alkoholem. Sześćsetletni zamek stał się świadkiem gwałtownych scen przemocy, majątek przepadł. „Urodziłeś się z wielkimi przywilejami i to nie twoja zasługa. Jesteś tylko kuratorem dóbr. Ty należysz do nich, nie one do ciebie. Masz zrobić, co do ciebie należy i umrzeć” – pisze Campbell. Zważywszy na gorzkie doświadczenia autorki, słowa te brzmią dość ironicznie.
Żeby tylko pazerne macochy były zakałą wyższej sfery! Zdarzały się gorsze rzeczy. W 2004 r. dziennik „Independent” ujawnił, że Jasper Duncombe, najstarszy syn lorda Fevershama z Yorkshire, postanowił nie przejmować się szacowną tradycją swego rodu i własną reputacją. Założył firmę „RelishXXX”, która produkowała filmy pornograficzne. Osobliwa kariera dla kogoś, kto wychował się w liczącej pięć tysięcy hektarów posiadłości Duncombe Park w Yorkshire, kształcił w elitarnej szkole Gordonstoun razem z księciem Edwardem, a wśród przodków ma mężów stanu.
Jak można się domyślić, rodzina nie była zachwycona działalnością kuzyna. „Zdaję sobie sprawę, że mogą mnie wydziedziczyć, ale jestem w stanie sam zapewnić sobie środki utrzymania”, odciął się przedsiębiorczy arystokrata.
Kilka lat później, w 2008 r. angielski dziennik „Daily Mail” wyśledził, że 56-letni wówczas Gerald Cavendish Grosvenor, Diuk Westminsteru, korzystał na co dzień z usług prostytutek. Ten największy posiadacz ziemski w Wielkiej Brytanii, którego majątek szacuje się na ok. 6,6 miliarda funtów, wzorowy mąż i ojciec czwórki dzieci, cieszył się najwyższym szacunkiem otoczenia. Książę Karol zatrudnił go nawet jako prywatnego mentora syna Williama, którego uczył, jak postępować w życiu i w wojsku. W młodości spotykał się ze starszą siostrą księżnej Diany. To nie przeszkodziło mu sprowadzać sobie na jedną noc po kilka panienek z agencji. Przed niektórymi chwalił się swoją pozycją, z innymi targował o honorarium. Po ujawnieniu sprawy z dnia na dzień został wyklęty ze swojej sfery.
[srodtytul]Królowa płacze tylko raz[/srodtytul]
Jeżeli został jeszcze ktoś, kto broni dobrego imienia i tradycji swojej klasy, to jest to królowa Elżbieta, skądinąd matka chrzestna Charlesa Spencera. Jej biografię „Elżbieta II ostatnia królowa” wydało ostatnio wydawnictwo WAB. Napisał ją Marc Roche, francuski dziennikarz mieszkający od 25 lat w Londynie, korespondent dziennika „Le Monde”. To świetna książka – ani hagiografia, ani jedna z tych „nieautoryzowanych” biografii, których jedynym celem jest wywołanie skandalu. Doskonale udokumentowana, dociekliwa, pełna ciekawostek, ale nigdy trywialna. Przedstawia nie tylko królową, ale maluje też obraz współczesnej Anglii, próbując odpowiedzieć na pytanie, jak odnajduje się w niej arystokracja.
Ostatnia królowa. Najstarsza z europejskich monarchów, rozmawiała ze wszystkimi tuzami polityki, od Churchilla po De Gaulle’a, Kennedy’ego i Nehru. Jest jednocześnie głową państwa, Kościoła anglikańskiego i zwierzchnikiem sił zbrojnych. Nikt już dzisiaj nie zachowuje się jak ona. W kulturze, którą rządzą emocje, jej arystokratyczny chłód wydaje się odpychający. Z nikim się nie spoufala, nawet z własnymi dziećmi. „Ma spojrzenie płaza, powiedział ktoś o niej. Gdy patrzy na kogoś, ten czuje się niewidoczny”. Nie widziano, żeby kogokolwiek objęła. Precedens nastąpił po napisaniu tej książki – w 2009 r. widziano, jak objęła Michelle Obamę.
Elżbieta rozpłakała się tylko raz. Było to w grudniu 1997 r. na pożegnaniu jej ukochanego jachtu Britannia, na którym Windsorowie od 1952 r., daty wodowania, przepłynęli milion mil morskich. Królowa ma wiele pałaców, ale jednak tylko tutaj, na jachcie, czuła się sobą. Osobiście go urządzała, jego wnętrze przypominało jej wiejski dom i prosty tryb życia, który najbardziej lubi.
O Charlesie Spencerze, bracie Diany, który tak skarży się na macochę, Marc Roche nie jest dobrego zdania. Opisuje go jako antypatycznego, grubiańskiego faceta, okrutnego męża i kobieciarza, który mając pełne usta morałów, sam w brzydkim stylu rozwiódł się z żoną. Najpoważniejszym jednak zarzutem jest to, że pochował siostrę w Althorp, miejscu, którego ona nie znosiła, a mauzoleum – muzeum uczynił komercyjną atrakcją. Zwiedzający mogą tam podziwiać niebieski kostium Chanel oraz film wideo, na którym Diana jako dziecko tańczy przed tatusiem.
„Ludzie wysoko postawieni w królewskiej hierarchii mają swoje zwyczaje i zamknięte miejsca spotkań dla wyższych sfer (...) – pisze Roche. Mają też swoje powiedzenia. Angielskie wyższe sfery, gdy chcą wyrazić swoją pogardę dla czegoś, używają powiedzenia: „not quite our class, dear” (NQOCD) – niezupełnie z naszej sfery, mój drogi. Ta pozornie uprzejma, obojętna deklaracja wyraża nie tylko niuanse językowe właściwe językowi Szekspira. Pokazuje przepaść, jaka dzieli arystokrację królestwa od wszystkich, którzy nie mają szczęścia nią być”.
I pod tym względem od czasów Wilhelma Zdobywcy niewiele się zmieniło.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA