fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Cicha nadzieja

Tomasz Sikora w Turynie został wicemistrzem olimpijskim w biegu masowym, był też mistrzem świata w 1995 i wicemistrzem w 2004 r.
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Tomasz Sikora nie będzie na igrzyskach faworytem. I to jest dobra wróżba - w Turynie zdobył medal nieoczekiwanie nawet dla siebie.
Zawsze był małomówny, ale w tym sezonie właściwie zamilkł. Ucieka od wywiadów, zmienił numer telefonu, jeśli ma coś do powiedzenia, wpisuje to na swojej stronie internetowej. Co tydzień, dwa po kilka zdań.
„Jesteśmy już w Kanadzie. Podróż trwała 27 godzin i pod koniec moim marzeniem było, by móc wziąć kąpiel i wreszcie położyć się w łóżku. Dzisiaj byłem na pierwszym treningu. Biegałem na nartach, ale nie po olimpijskich trasach, które są jeszcze zamknięte” – to cały wpis z wczoraj.
[srodtytul]Było gorąco[/srodtytul]
Wcześniejsze są głównie o pogoni za straconym czasem. Poważne przeziębienie podczas przygotowań było jak hamulec ręczny. Sikora chciał takich miejsc jak w poprzednim sezonie, gdy przez pewien czas był liderem Pucharu Świata, ale nogi go nie niosły, strzelał nerwowo. Zdarzały mu się w PŚ miejsca w ósmej dziesiątce. Wtedy nawet jemu, niespotykanie spokojnemu człowiekowi, puszczały nerwy.
– Było gorąco, ale gdy przeanalizowaliśmy wszystko, Tomek dał się przekonać, że niczego nie zaniedbaliśmy, że to długa walka z chorobą tak go osłabiła – mówi trener kadry Roman Bondaruk. Uśmiech wrócił dopiero w styczniu, po trzecim miejscu w Oberhofie. To jedyne w tym sezonie miejsce Sikory na podium. Ale on sam bardziej jest zadowolony z występów w Anterselvie. Tam był na dalszych miejscach – 14., 11. i 6. – ale z niewielką stratą do najlepszych, i świetnie strzelał.
– To nie były jeszcze starty idealne. Na takie czekam na igrzyskach. Już przed sezonem mówiłem, że nastawiam się tylko na Vancouver, że Puchar Świata jest dodatkiem. Ale nie było mi dobrze. Jak się niedawno było jednym z najlepiej biegających zawodników, a teraz znajduje czas swojego biegu w okolicach 50. miejsca, trudno się z tym pogodzić. Na szczęście styczeń poprawił mi humor, teraz wiem, że nasz plan przygotowań działa – tłumaczył Sikora przed wylotem do Kanady.
Mówił to najbardziej doświadczony olimpijczyk w polskiej reprezentacji. To będą jego piąte igrzyska. Był raz chorążym ekipy, ma srebro z Turynu, jest jedną z zaledwie siedmiu osób, które zdobywały dla Polski medale zimowych igrzysk. Ale gdy w imieniu biatlonistów składał przysięgę w warszawskim Centrum Olimpijskim, wyglądał na najbardziej stremowanego. Prezes PKOl Piotr Nurowski przekonywał go w kuluarach, żeby się tak nie przejmował, bo przecież to nie muszą być jego ostatnie igrzyska. Ale podziałało tylko na chwilę.
To kwestia charakteru. Cała kariera Sikory to podróż od sukcesów do zwątpień i z powrotem. Im wyższą górę zdobył, tym niżej potem spadał. Po niespodziewanym mistrzostwie świata w Anterselvie (1995) był bohaterem i chciał jeszcze więcej. Po klęsce w igrzyskach w Salt Lake City (2002) zastanawiał się, czy nie zakończyć kariery, nie pierwszy i nie ostatni raz.
– Z Tomkiem często tak jest, że spotykamy się rano na badaniach przed startem, a on opowiada, że oka nie zmrużył, kręcił się w nocy, bo nie wiedział, czy narty będą dobrze przygotowane, czy nie spudłuje na strzelnicy – mówi Bondaruk. – Na początku tego sezonu tak było. A teraz śpi dobrze. To najważniejsze. Bo jak zawodnik biegnie po trasie i myśli, czy nie spudłuje, to spudłuje na 100 procent.
[srodtytul]Zadziwiający Austriacy[/srodtytul]
Sikora był wymieniany jako kandydat do medali w Vancouver przed startem sezonu. Teraz są inni bohaterowie. Ole Einara Bjoerndalena wspominać nie trzeba, podobnie jak jego młodego kolegi z norweskiej kadry Emila Hegle Svendsena. Są jeszcze lider Pucharu Świata Francuz Simon Fourcade, wicelider Rosjanin Jewgienij Ustiugow, nieoczekiwanie mocny Amerykanin Tim Burke. Jest cały zastęp Austriaków, którzy nie odpuścili w tym sezonie żadnych zawodów i zawsze są w czołówce.
– Nie wiem, jak oni to wytrzymują na dozwolonej farmakologii. Ale nikogo na dopingu nie złapali, to widać wszystko u nich w porządku. Trochę się tylko dziwię, inni trenerzy też – mówi Roman Bondaruk.
O Sikorze w przepowiedniach cicho, ale on po sukcesy sięgał z zaskoczenia. W Turynie zdobył medal w ostatnim starcie. Wcześniej bilet powrotny zarezerwował sobie na dzień biegu. Nawet nie zakładał, że w tym czasie będzie na dekoracji medalistów.
– Biatlonistów, którzy mogą zdobyć medal w Vancouver, jest 30. Nie traktuję żadnego z czterech biegów wyjątkowo, bo wtedy skazywałbym się na jedną szansę na podium, a biatlon jest zbyt loteryjny. Wiem, że w każdym starcie mam szansę i tego się trzymam. Byle tylko nie było zbyt ciepło, bo lubię biegać na mrozie – mówi Sikora.
Wyruszył do Vancouver już dwa tygodnie przed pierwszym startem (14 lutego w sprincie). Gdyby to rzeczywiście miała być ostatnia olimpijska szansa, chce mieć poczucie, że dopilnował każdego szczegółu. Ale w sprawie pożegnania niczego na razie nie przesądza. Uśmiecha się tylko:
– Wolę poczekać. Już tyle razy się żegnałem z igrzyskami, a za cztery lata znów się spotykaliśmy.
Masz pytanie, wyślij e-mail do autora [mail=p.wilkowicz@rp.pl]p.wilkowicz@rp.pl[/mail]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA