fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Platforma wróciła do korzeni

Fotorzepa
Komentarze opozycji, że premier stchórzył przed ponownym stanięciem w szranki z Lechem Kaczyńskim, brzmią nieszczerze i nieprzekonująco – pisze socjolog
Rezygnacja Donalda Tuska ze startu w wyborach prezydenckich spowodowała ożywioną dyskusję nad możliwymi scenariuszami rozwoju sytuacji w Polsce w ciągu najbliższych lat. Plan Tuska jest obarczony politycznym ryzykiem, bo swoją decyzją premier pozbawił partię rządzącą najsilniejszego kandydata na najwyższy urząd w państwie.
Jednak dla premiera wybory prezydenckie to dopiero pierwszy etap planu politycznego, w ramach którego chce poprowadzić Platformę do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych wypadających w 2011 roku. Gdyby ten plan się powiódł, PO byłoby pierwszą partią w 20-letniej historii odzyskanej polskiej demokracji, której udałaby się sztuka wygrania dwa razy z rzędu wyborów parlamentarnych. Aby to okazało się możliwe, partia Tuska musi zrealizować dwa główne cele. Pierwszy to wyłonienie kandydata na prezydenta, który będzie miał równe (a może większe) niż Donald Tusk szanse w walce z Lechem Kaczyńskim. Drugi cel to odbudowanie społecznego zaufania i poparcia dla rządu, na którego czele stoi Tusk.
[srodtytul]Nie dla budżetowych jastrzębi[/srodtytul]
Przedstawienie planu politycznego w dniu ogłoszenia danych mówiących, że Polska jako jedyna unijna gospodarka odnotowała w minionym roku wzrost gospodarczy większy, niż przewidywano, to pierwszy krok na drodze do odnowienia wizerunku rządu, który w ostatnich miesiącach nadwyrężyła tak zwana afera hazardowa oraz budzące niepokój opinii publicznej informacje na temat narastających problemów w systemie emerytalnym i opieki zdrowotnej.
Przedstawienie planu kontynuacji reform modernizacyjnych ma umożliwić ucieczkę do przodu przed zarzutami o bezczynność rządu wymuszoną prezydenckimi ambicjami premiera. Te zarzuty towarzyszyły mu, odkąd stanął na czele koalicyjnego rządu Platformy i PSL. Jednocześnie plan reform jest na tyle długofalowy i rozłożony na etapy, żeby zminimalizować ich społeczne koszty.
Zgodnie z tezami ogłoszonego w lipcu ubiegłego roku raportu „Polska 2030” przygotowanego przez zespół doradców premiera kierowany przez ministra Michała Boniego plan zawiera nie tylko elementy prorozwojowe, ale i „dyfuzyjne” – mające na celu wsparcie awansu cywilizacyjnego regionów Polski i grup społecznych, które gorzej sobie radziły z konsekwencjami budowania w naszym kraju gospodarki rynkowej. Odbiega pod tym względem wyraźnie od propozycji nowego planu Balcerowicza skupiającego się na redukcji wydatków publicznych. Dlatego plan Tuska nie zadowoli zapewne budżetowych jastrzębi, ale stwarza szanse na długofalowe utrzymanie społecznego poparcia dla reform.
[srodtytul]Zaufanie do odbudowania[/srodtytul]
Odbudowa zaufania do rządu wydaje się zadaniem pilniejszym i trudniejszym niż wyłonienie dobrego kandydata na prezydenta. Dlatego tak nieszczerze i nieprzekonująco brzmią komentarze opozycji mówiące o tym, że premier stchórzył przed ponownym stanięciem w szranki z Lechem Kaczyńskim. Tusk zrezygnował ze startu w momencie, kiedy sondaże dawały mu zdecydowaną przewagę nad urzędującym prezydentem, a dobre wyniki gospodarcze rozwiały nadzieje na to, że światowy kryzys zachwieje rządem i pozwoli Lechowi Kaczyńskiemu poprowadzić kampanię pod hasłem rozliczenia Tuska czy proponując jakiś nowy wariant Polski solidarnej przeciwko Polsce liberalnej.
Jednak do wyborów prezydenckich pozostało jeszcze wiele miesięcy i oceny rządu – pomimo rezygnacji Tuska z kandydowania – będą ważyły na szansach dziś jeszcze nieznanego kandydata PO.
Choć decyzja Tuska spotkała się z uznaniem opinii publicznej, nastroje społeczne w Polsce niekoniecznie muszą rządowi sprzyjać. Na przykład opublikowane w zeszłym tygodniu dane paneuropejskiego sondażu Eurobarometr, przeprowadzanego na zlecenie Komisji Europejskiej, pokazują, że ponad dwie trzecie Polaków uważa, iż nasza gospodarka ucierpiała w kryzysie bardziej niż inne gospodarki europejskie, a ponad 40 proc. respondentów stwierdziło, że ich dzieci miałyby lepszą przyszłość na emigracji niż w kraju.
Tchnięcie optymizmu w zmęczone kryzysem społeczeństwo nie będzie więc zadaniem łatwym i wymagać będzie znacznie większego wysiłku niż komunikowanie danych o polskim wzroście gospodarczym na tle europejskiej recesji.
Jasnym punktem na mapie społecznej świadomości pozostaje integracja europejska. Polacy pozostają jednym z najbardziej zadowolonych z członkostwa i proeuropejskich społeczeństw w Unii. Z tego względu przypuszczać można, że polityka europejska rządu powinna stać się jednym z wiodących tematów kampanii kandydata Platformy na prezydenta.
Wśród osób wymienianych najczęściej jako kandydaci dawałoby to dobrą pozycję Jerzego Buzka i Radosława Sikorskiego. Jednak ten pierwszy polityk, który przoduje w sondażach społecznego zaufania, słusznie stanowczo odmawia kandydowania, powołując się na swoje zobowiązania wobec Parlamentu Europejskiego, którym ma kierować przez dwa i pół roku, a więc także w okresie polskiego przewodnictwa w Unii, przypadającego na drugą połowę 2011 roku. Oby postawa Buzka udzieliła się innym polskim europarlamentarzystom wybranym na pięć lat, ale gotowym porzucić europejskie obowiązki, kiedy tylko pojawia się okazja politycznego awansu w kraju.
Inny wymieniany najczęściej potencjalny kandydat PO, marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, ma wszelkie szanse na wygraną z Lechem Kaczyńskim, a ze względu na swój długi staż partyjny oraz biografię polityczną z piękną kartą działalności opozycyjnej wydaje się w tej chwili faworytem w wyścigu o nominację. Jednocześnie Komorowski nie jest raczej typem polityka porywającego tłumy, a jego konserwatyzm niekoniecznie trafi do młodych, wykształconych i wielkomiejskich wyborców, których skuteczna mobilizacja pozwoliła Platformie wygrać wybory w 2007 roku.
Pod tym względem relatywnie młody, dynamiczny oraz posiadający doskonałą sieć kontaktów w Europie i na świecie Sikorski też może się okazać skuteczniejszym przeciwnikiem urzędującego prezydenta.
[srodtytul]A może outsider?[/srodtytul]
Na politycznej giełdzie pozostaje jeszcze dwóch outsiderów Platformy: Włodzimierz Cimoszewicz i Andrzej Olechowski. Ten pierwszy cieszy się wprawdzie dużą sondażową popularnością, ale wystawienie go jako kandydata PO nie wydaje się zbyt prawdopodobne ze względów historycznych.
Natomiast Andrzej Olechowski, jeden z historycznych ojców-założycieli PO, wygnany z tej partii za niezgodę na narzuconą przez Jana Rokitę politykę sprzeciwu wobec europejskiego traktatu konstytucyjnego (słynnego „Nicea albo śmierć”), może z całą śmiałością twierdzić, że dzisiejsza proeuropejska polityka tej partii stanowi realizację jego koncepcji politycznej z 2005 roku. I że dzisiejsza PO to partia, jakiej wówczas próbował bronić przed ideologią IV RP. Poparcie go przez Platformę jako kandydata na prezydenta stanowiłoby symboliczne zadośćuczynienie za ówczesne błędy polityczne, które przygotowały grunt pod zwycięstwo populistycznej i antyeuropejskiej koalicji PiS – Samoobrona – LPR, której odsunięcie od władzy pozostaje największym politycznym sukcesem Donalda Tuska.
[i]Autor jest prezesem Instytutu Spraw Publicznych [/i]([link=http://www.isp.org.pl]www.isp.org.pl[/link])
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA