fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Cena naiwności

Tomasz Wróblewski
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Barack Obama jest pierwszym amerykańskim prezydentem od czasów porozumienia w Jałcie, który świadomie oddaje pole na arenie międzynarodowej – twierdzi publicysta
[b][link=http://blog.rp.pl/wroblewski/2010/01/21/cena-naiwnosci/]Skomentuj[/link][/b]
Nie każde prezydenckie orędzie budzi tyle emocji. Ale też nie każdy prezydent odważyłby się stanąć w szranki z najpopularniejszym w Stanach Zjednoczonych serialem telewizyjnym. Na wieść, że Biały Dom planuje wystąpienie Baracka Obamy w Kongresie przed ostatnim, specjalnym odcinkiem "Lost" ("Zagubieni"), w Internecie zawrzało.
Rzecznik Robert Gibbs musiał osobiście odkręcać medialny zgrzyt. "Nie chcemy, żeby miliony ludzi musiały z niecierpliwością słuchać wystąpienia prezydenta, czekając na rozwikłanie zagadki "Lost"" – tłumaczył. Ameryka odetchnęła. A jeszcze rok temu nikt i nic nie było w stanie skraść Obamowego spektaklu. Wtedy na prezydenckie orędzie na mrozie czekało 2 miliony ludzi, a 53 miliony Amerykanów oglądało mowę w telewizji. "Lost" obejrzało "zaledwie" 42 miliony.
[srodtytul]Ten jeden głos [/srodtytul]
Dziś poparcie dla Obamy spadło do 45 proc., co stanowi największy procentowy spadek w historii amerykańskiej prezydentury. To prawda, że Obama spadał z wysokiego konia, ale nawet w czasach George'a W. Busha nikomu nie przyszłoby do głowy, że w twierdzy demokratów w stanie Massachusetts fotel po zmarłym senatorze Edwardzie Kennedym może przejąć mało znany republikański polityk Scott Brown.
To pierwsza wygrana republikanina w tutejszych wyborach do senatu od 1972 roku. Znana działaczka demokratyczna z lewicowego Bostonu przegrała z kretesem. Pomimo osobistego wsparcia Obamy, a może właśnie przez nie.
Dla republikanów to historyczne zwycięstwo. Nie tylko dlatego, że to Massachusetts, nie tylko dlatego, że afront dla prezydenta, który pojawiał się tu na wiecach wyborczych. Ten jeden głos senatora Browna to 41. głos republikanów w Senacie, który odbiera demokratom bezwzględną większość i pozwoli opozycji na blokowanie inicjatyw ustawodawczych – w tym ustawy zdrowotnej. Ten jeden głos to może być kres krucjaty Obamy, lewicowej transformacji państwa. I tak naprawdę to z tego powodu Biały Dom zwleka z prezydenckim orędziem do narodu. Z góry wie, że serialu "Lost" nie przebije.
Rok temu Barack Obama był "najbardziej charyzmatycznym przywódcą na świecie", "nadzieją zachodniej lewicy", a kolor jego skóry przywracał wiarę w "prawość i tolerancję Ameryki". To tylko kilka cytatów z polskiej prasy. Zachowałem je w komputerze, ale dziś nie mam nawet sumienia podawać nazwisk autorów. Musi im być dostatecznie przykro. Tak jak milionom innych lewicujących Amerykanów czy Europejczyków 12 miesięcy temu pewnych, że nadchodzi nowa "postkapitalistyczna rzeczywistość" – to też cytat.
Ameryka, a z nią reszta świata, miała się stać sprawiedliwszym i bezpieczniejszym miejscem. Kiedy pisałem, że więcej złego niż dobrego przyniosą nam ten naiwny idealizm i uzdrawianie ludzkości na siłę, Andrzej Lubowski w "Gazecie Wyborczej" stwierdził, że jestem nierzetelny. Ba, wtedy dla wielu byłem obrazoburcą. Co poszło nie tak, że aż tyle z moich prognoz się sprawdziło?
Barack Obama zawdzięcza fotel prezydencki ekonomii. W czasie kampanii wyborczej z głowy cytował wskaźniki i szydził z republikańskiego kandydata Johna McCaina, który przyznawał, że się na tym nie zna. Obiecał Amerykanom radykalną zmianę: zażegnanie kryzysu, miejsca pracy i sprawiedliwość. "Ci, którym jest lepiej, muszą się trochę posunąć" – przekonywał.
[srodtytul]Bankierzy kochają lewicę [/srodtytul]
Ta sama ekonomia, która dała mu spektakularne zwycięstwo, dziś jest jego największym wrogiem. Bezrobocie przekroczyło magiczny pułap 10 proc. i ani myśli iść w dół. Prezydenckie zobowiązania i pakiety stymulacyjne podwoiły deficyt narodowy. Dolar jest najsłabszy od II wojny światowej. Amerykańskie wojska zamiast wracać do domu rozciągają front na granicy afgańsko-pakistańskiej, przygotowują się do lądowania w Jemenie i ćwiczą scenariusze ataku na Iran.
Bushowskie "dekrety" Patriot Act dające służbom specjalnym prawo do podsłuchiwania, inwigilacji i porwań zostały ponownie ratyfikowane przez Obamę. Mimo to al Kaida osiągnęła zdolność zastawiania zasadzek i zabijania agentów CIA, a dziurawa siatka wywiadu przepuszcza samobójców na pokład samolotu lecącego do Detroit.
Barack Obama wciąż budzi zachwyt wielu Amerykanów. Są dumni, że chłopak z mieszanej etnicznie rodziny, wychowany przez babcię, mógł zajść tak wysoko. I chwała mu za to. Jemu, ale nie jego idealistycznym wizjom gospodarczym i naiwności na arenie międzynarodowej. Ponad połowa Amerykanów nie podziela dziś jego poglądów w najważniejszych kwestiach politycznych. Fatalnie oceniane są nawet jego działania antykryzysowe.
Wysokie bezrobocie można oczywiście zrzucić na karb powolnego wychodzenia z recesji. Trudno jednak wytłumaczyć, że najbardziej prosocjalny prezydent od czasów Franklina D. Roosevelta tak wiele zrobił dla ratowania banków, a tak mało dla setek tysięcy Amerykanów, którzy już stracili albo w najbliższych miesiącach stracą domy.
Amerykańskie prawo dopuszczające osobiste bankructwo wciąż nie zezwala na renegocjacje kredytów hipotecznych. W przypadku kart kredytowych czy zwykłych zaległości można iść z kredytodawcami na ugodę, umorzyć częściowo płatności. Nie można tego zrobić z pożyczkami na dom. Politycy obu partii zwracali uwagę na ten problem jeszcze w trakcie kampanii wyborczej, ale po wyborach ani demokratyczny Kongres, ani Biały Dom już do tego nie wróciły.
To pozorne przeoczenie w rzeczywistości jest istotą lewicowych rządów Obamy. Przejmując kontrolę nad koncernami samochodowymi, pompując miliardy w banki, rząd stał się zakładnikiem interesów tych instytucji. Wybrane banki korzystające z państwowego wsparcia rosły w siłę kosztem mniejszych. Dziś pięć największych banków: Bank of America, JP Morgan Chase, Citigroup, Goldman Sachs i Morgan Stanley, kontroluje rynek finansowy. Są tak wielkie, że państwa na pewno nie stać na ich bankructwa. Krach 2008 roku to pestka w porównaniu z tym, co stałoby się dziś, gdyby przewrócił się jeden z nich. Kto kogo ma więc w garści?
W 2009 roku największe instytucje finansowe przekazały 42 mln dolarów na kampanie wyborcze członków komisji bankowych w Senacie i w Izbie Reprezentantów. Na konto firm lobbystycznych reprezentujących banki wpłynęła rekordowa suma 350 milionów dolarów. I to w czasach, kiedy innym sektorom gospodarki (z wyjątkiem nacjonalizowanych koncernów motoryzacyjnych) ciężko jest wysupłać centa.
Dziennik "The Wall Street Journal" opisał niedawno, jak to Obama dzwonił do jednego z wielkich bankierów "Fat cat", prosząc, żeby poskromił swoich lobbystów w Waszyngtonie, bo niektórzy demokratyczni kongresmeni są dziś większą przeszkodą przy uchwalaniu reform finansowych niż republikańscy. "Fat cat" miał być szczerze oburzony. Chciwi bardziej chciwi
Obamie należą się słowa uznania za to, że nie poszedł za głosem populistów w swojej partii, którzy domagali się procesów dla finansjery, podatków dla najbogatszych i regulacji, które udusiłyby rynki kapitałowe. Zablokował pomysły europejskiej lewicy stworzenia globalnego policjanta finansowego. Teraz zwleka ze specjalnym podatkiem od wielkich premii na Wall Street.
Jednocześnie niezrozumiałe jest, że po buńczucznych zapowiedziach zmian zmieniło się tak mało tam, gdzie zmienić się powinno. Banki mają dalej łatwy dostęp do jeszcze tańszego pieniądza z Banku Centralnego. Mimo że tak trudno o kredyty dla małych i średnich firm, fundusze inwestycyjne oferują dziś więcej instrumentów pochodnych i są one bardziej wyszukane, często na podstawie rządowych obligacji. Derywaty (rodzaj papierów wartościowych – red.), które były ucieleśnieniem zła, mają się dobrze i przynoszą imponujący zysk.
Wśród licznych przyczyn kryzysu wskazywano na konflikt interesów, który sprawiał, że agencje ratingowe minimalizowały albo przymykały oko na ryzyko, jakie oddziały ich rodzimej firmy podejmowały, inwestując pieniądze klientów w niepewne interesy. Konflikt interesów został. Mało tego, najbliższy doradca prezydenta Paul Volcker zapowiedział, że rząd zniesie Clintonowski zakaz nałożony na bankowe konglomeraty (jak Citgroup) inwestowania pieniędzy depozytariuszy w instrumenty wysokiego ryzyka. Zakaz, którego ani Bush nie odważył się uchylić, ani "skrajny" liberał Alan Greenspan nie kwestionował. Tym razem wystarczył telefon z banku.
[srodtytul]Szkodliwy idealizm [/srodtytul]
Podobnie wyglądały losy reformy służby zdrowia. Ustawa, której opóźniające się uchwalenie było prawdziwą przyczyną odkładania daty prezydenckiego orędzia, daleko odbiega od zeszłorocznych obietnic Obamy. Pod presją własnej partii prezydent musiał zrezygnować z pomysłu państwowego ubezpieczenia, którego koszty ostatecznie doprowadziłyby Amerykę do bankructwa. W ogniu krytyki opozycji okazało się, że problem nieubezpieczonych milionów został sztucznie wyolbrzymiony, a – co najważniejsze – nowe rozwiązania nie przyniosłyby żadnej ulgi tym, którzy dziś słono płacą za pomoc medyczną. To paradoks, że pierwsza tak ambitna inicjatywa na rzecz dostępności do służby zdrowia nie tylko dramatycznie zwiększyłaby zobowiązania państwa, ale i ciężary obywateli.
Koszty pakietu stymulacyjnego, reformy zdrowia i planowanych pakietów ochrony środowiska musiały się odbić na wydatkach na zbrojenia. Obama odrzucił żądania Pentagonu zwiększenia liczebności armii i lepszego przygotowania jej do wymogów coraz niebezpieczniejszego świata. Zrezygnował z rozbudowy systemów obronnych. Zmniejszył nakłady na wymianę sprzętu wojskowego, z wyjątkiem tego zniszczonego w działaniach zbrojnych w Iraku. Praktycznie wstrzymał rozwój badań naukowych nad nowymi rodzajami broni.
Nic jednak bardziej nie osłabiło Ameryki niż jednostronne deklaracje rozbrojenia nuklearnego. Sławne już przemówienie w Pradze o świecie wolnym od broni nuklearnej nie było czczą mową. Biały Dom podjął prace na rzecz redukcji głowic nuklearnych, nie czekając na normalizację sytuacji w Iranie, Korei Północnej i jednoznaczne deklaracje Rosji. Ten sam idealizm, który pozwalał Obamie wierzyć, że pompując pieniądze podatnika w banki i nacjonalizując służbę zdrowia, można poprawić Amerykę, podpowiadał mu, że redukując jednostronnie arsenał nuklearny, wyzwoli pokłady dobrej woli na świecie. Rosja, Iran i może nawet Korea, jak mówił w jednym z wywiadów, miały pójść w jego ślady.
Prezydent Miedwiediew podjął grę. Powtarzając te same slogany, zaproponował, żeby Ameryka i Rosja zredukowały swój arsenał nuklearny, zachowując równą liczbę głowic. Amerykańskie systemy obronne zabezpieczają dziś nie tylko Stany Zjednoczone, ale też wszystkie europejskie państwa NATO i Japonię. Chronią demokracje nie tylko przed Rosją, ale też Iranem, Koreą i neutralizują chiński potencjał nuklearny w Azji. Zrównanie liczby głowic oznaczałoby albo osłabienie Stanów Zjednoczonych względem Rosji, albo, co bardziej prawdopodobne, zostawienie Europy samej sobie.
Polityczne "naivite" dominowało też w sławnym przemówieniu Obamy w Kairze, gdzie najpierw wyciągał rękę do muzułmanów, a później łajał Żydów za podsycanie konfliktów z Palestyńczykami. Izrael politykę Obamy odebrał jako zniewagę, a prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad był zbyt zajęty kopaniem tuneli do prób z bronią nuklearną, torturowaniem i gwałceniem demonstrantów, żeby mieć czas na wnikliwe studiowanie finezyjnych podchodów amerykańskiej dyplomacji. Dziś Ameryka zmuszona jest stawiać ultimatum Iranowi, poważnie zaogniając sytuację na Bliskim Wschodzie.
Przyjacielska podróż Obamy do Chin, gdzie po raz pierwszy amerykański przywódca nie zająknął się na temat praw człowieka, niczego poza podniesieniem rangi Chin na arenie międzynarodowej nie dała. Tybetańczycy i działacze demokratyczni dalej zapełniają obozy pracy, chiński bank centralny dalej manipuluje kursem juana, a Kopenhaga okazała się kompromitacją polityki globalnej troski.
[srodtytul]Niepotrzebna gra sił [/srodtytul]
Barack Obama jest pierwszym amerykańskim prezydentem od porozumienia w Jałcie, który świadomie oddaje pole na arenie międzynarodowej. Zarówno jego działania w Iraku, jak i Afganistanie prowadzone są przy minimalnym zaangażowaniu i bez jasno określonych globalnych celów strategicznych. Waszyngton nie chce wzmacniać amerykańskiej pozycji w Azji, marzy jedynie o tym, żeby jak najszybciej się stamtąd wycofać.
Książkowym przykładem "naivite" było wystąpienie Obamy na forum ONZ: "Jestem głęboko przekonany, że interesy narodów są zbieżne jak nigdy w historii ludzkości... Gra sił nie jest już nikomu do niczego potrzebna". Trudno nie zestawić tego z przemówieniem Woodrowa Wilsona wkrótce po zakończeniu I wojny światowej: "Nie będzie miejsca na grę sił i militarny wyścig. Stworzymy społeczność państw jednej siły. Siły moralnej".
Zbitka całkiem zabawna, gdyby nie wiedza historyczna, którą dziś mamy.
[i]Autor był redaktorem naczelnym tygodnika "Newsweek Polska" i wiceprezesem wydawnictwa Polskapresse. Współpracuje z "Rzeczpospolitą"[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA