fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Aborygeni, ropa i złoty interes

Starsza pani zawiozła nawet przyszłych inwestorów do Australii. Pokazała działki, na których mieli wydobywać ropę. Na sąsiednich już stały szyby. Na zdjęciu uroczystość w australijskim Parku Narodowym Uluru-Kata Tjuta w 2009 r.
AFP
Biznesmen dał 250 tys. złotych emerytce. Zapewniała, że zrobią interes na wydobyciu ropy w Australii
Izabela L., lat 67, wykształcenie podstawowe, rencistka. Od 1964 roku na stałe mieszka w Australii. Regularnie przyjeżdża jednak do G., niewielkiej miejscowości pod Szczecinem, gdzie mieszka jej 90-letnia matka. Dochody – pobierana co miesiąc renta w wysokości 1100 dolarów australijskich. Jak sama zaznacza, choruje na serce. Tyle można się dowiedzieć z protokołu przesłuchania (widnieje pod nim podpis L. – litery duże, nierówne, trudno się oprzeć wrażeniu, że stawiane z wielkim trudem). Reprezentujący ją mecenas Maciej Nowak dorzuca: – W Australii nie jest osobą anonimową, wystarczy zajrzeć do tamtejszej Wikipedii. To znana poszukiwaczka opali, górnictwo jest jej pasją.
– Zarządza jakimś zespołem, czy po prostu drąży dziurę w ziemi, wchodzi do niej i szuka kamieni? – dopytujemy.
Nowak: – W uproszczeniu tak to właśnie wygląda.
Stanisław L., lat 54, biznesmen z Ostrowa Wielkopolskiego. Postać znana nie tylko w regionie. Prowadzi firmę zajmującą się produkcją nośników reklamowych. Jeden z pokrzywdzonych. O kontaktach z Izabelą L. rozmawiać nie chce. Przez sekretarkę odsyła do prawnika. – Ta sprawa kosztowała pana L. bardzo wiele – mówi później Marcin Kubica, reprezentujący go radca prawny.
Jacek Sz., handlowiec ze Szczecina. Młody i rzeczowy. Obecnie drugi pokrzywdzony. Izabelę L. poznał za sprawą dziadka. Starsi państwo się przyjaźnili. Dla Jacka Sz. pani L. była prawie jak członek rodziny.
Całą trójkę los skojarzył ze sobą w 2004 roku.
[srodtytul]Miliony dolarów[/srodtytul]
Izabela L. po prostu kolejny raz przyjechała w rodzinne strony. Tam spotkała się z Jackiem Sz. Podczas rozmowy napomknęła, że jest interes do zrobienia. Interes nie byle jaki – chodzi o wydobycie ropy i gazu z terenów o powierzchni 72 tysięcy hektarów. Można zarobić miliony dolarów.
Problem w tym, że potrzebny jest wkład na przedłużenie koncesji i rozruch działalności. Jacek Sz. pieniędzy nie ma. Nie chce jednak zmarnować szansy. Dlatego dzwoni do znajomego – menedżera jednej z firm w Wielkopolsce. Ten obiecuje przekonać do interesu swojego szefa Stanisława L. Biznesmen połyka haczyk. Wkrótce wszyscy spotykają się w Ostrowie Wielkopolskim. Starsza pani pokazuje mapy, tłumaczy, zapewnia, że ma prawo do działek. – Była bardzo wiarygodna, a jej wiarygodność podnosił również pan Jacek Sz. – zeznał później na policji Stanisław L.
Ostatecznie zapada decyzja o zawiązaniu spółki. Stanisław L. zobowiązuje się, że przez trzy lata wyłoży 500 tysięcy dolarów australijskich. W zamian ma otrzymać w spółce 51 procent udziałów. Izabeli L. przypadnie 31 procent, zaś Jackowi Sz. i jego koledze menedżerowi po 9 procent.
Na dobry początek L. przekazuje starszej pani 30 tysięcy dolarów australijskich. Potem będzie przelewał na jej konto kolejne kwoty. Łącznie przekaże jej 80 tysięcy dolarów, czyli blisko 250 tysięcy złotych.
[srodtytul]To te działki w buszu[/srodtytul]
Intratna umowa miała zostać sfinalizowana w Australii. Początkowo wszystko się układało po myśli biznesmenów. Izabela L. zawiozła ich do buszu i pokazała działki. Na sąsiednich stały już szyby naftowe. Biznesmeni zacierali ręce. I nagle wszystko zaczęło się psuć.
Wersja Izabeli L.: Stanisław L. chciał zarządzać spółką, czego nie było w umowie, a kiedy starsza pani postanowiła się wycofać, zagroził konsekwencjami finansowymi i zaproponował nowe warunki. – Ja dokładnie nie umiem tego przełożyć na prawo polskie, ale skutkiem podpisania tego dokumentu byłoby to, iż byłabym zrujnowana, ja i moje dzieci, bo pozostalibyśmy bez majątku – zeznaje później kobieta.
Wersja Stanisława L.: – Izabela L. nie chce pokazać dokumentów, kręci, żąda nowej pożyczki, wreszcie przyznaje, że praw do gruntów nie ma. – Powiedziała, że potrzebuje pieniędzy na uratowanie swojego wnuka, który popadł w konflikt z prawem – tłumaczy Stanisław L. podczas przesłuchania.
Biznesmen zaczyna sprawdzać, na czym właściwie stoi. Informacje zdobyte w australijskich urzędach zwalają go z nóg: pani L. ma prawo jedynie do niewielkiej działki o powierzchni 0,0785 hektara. Stanisław L. wraca do Polski i przez swojego pełnomocnika zawiadamia policję.
[srodtytul]Dwa zniknięcia[/srodtytul]
Śledztwo prowadzi policja w Ostrowie Wielkopolskim pod nadzorem miejscowej prokuratury. We wrześniu 2007 r. zapada decyzja o jego umorzeniu. – Umorzenie było przedwczesne – przyznaje dziś Alina Poczta, zastępca prokuratora rejonowego w Ostrowie Wielkopolskim.
Liczne dokumenty, które mogłyby potwierdzić złamanie prawa, znajdowały się w Australii. A Polska nie podpisała z tym krajem umowy o współpracy międzynarodowej. – W ich zdobyciu pomógł sam pokrzywdzony – przyznaje prokurator Poczta. Śledztwo zostaje wznowione.
W styczniu 2009 r. roku prokurator podejmuje decyzję o postawieniu Izabeli L. zarzutu oszustwa. Wtedy starsza pani znika pierwszy raz. Jest poszukiwana listem gończym. Policja zatrzymuje ją dopiero w maju 2009 roku w samolocie, którym przyleciała do Szczecina z Irlandii. Ale sąd ją wypuszcza. Gdy w połowie grudnia przed Sądem Okręgowym w Kaliszu ma ruszyć jej proces, Izabela L. znika po raz drugi. Sąd wydaje wobec niej nakaz aresztowania. Kiedy proces będzie się mógł rozpocząć, nie wiadomo.
Mecenas Nowak: – Pani L. jest w Australii. Trafiła do szpitala, lekarze stwierdzili u niej stan przedzawałowy. W żadnym razie nie unika wymiaru sprawiedliwości. Złożyliśmy zażalenie na decyzję sądu.
Nowak zapewnia o niewinności emerytki. Według niego interes nie wypalił przez Aborygenów. – W Australii nie ma czegoś takiego, jak akt własności w polskim rozumieniu – tłumaczy. – Moja klientka wystąpiła do rządu o wydanie pozwolenia na poszukiwanie minerałów na działkach, gdzie znajdowała się ropa. Do terenów tych pretensje zaczęli sobie jednak rościć rdzenni mieszkańcy kontynentu. Do czasu rozstrzygnięcia tej kwestii, sprawa pozwoleń na wydobycie znalazła się w zawieszeniu.
Innego zdania jest jednak prokurator. – Abstrahując już od prawa do użytkowania gruntów. Pieniądze, które pani L. pobrała, nie służyły inwestycji, ale zupełnie innym celom – mówi prokurator Poczta. Potwierdzać ma to oświadczenie podpisane przez nią jeszcze w Australii.
Tymczasem Jacek Sz. stracił nadzieję nie tylko na interes życia, ale nawet na odzyskanie pieniędzy. Dla niego sprawa jest podwójnie bolesna – to właśnie on musi oddawać Stanisławowi L. gotówkę, którą ten pożyczył starszej pani. Jacek Sz. wcześniej bowiem podpisał weksel. – Daliśmy się po prostu nabrać – przyznaje.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA