Plus Minus

W stronę Butrymańc

Bernard Berenson, znany historyk sztuki i marszand urodził się w Butrymańcach
Magnum Photos/EK Pictures
Mały Bernhard staje urzeczony przed portretem św. Jana, którego uduchowione oblicze odbija światło cisalpińskiego odrodzenia. Zapowiada też przyszły los Bernharda – znawcy włoskiego renesansu i katolickiego konwertyty
W Rejżach niedawno pojawił się asfalt. Pięć kilometrów równiutkiej wstęgi połączyło stolicę litewskich Tatarów z szosą Olita – Kowno. Wyznawców islamu sprowadził tu pod koniec XIV wieku książę Witold. Od tego czasu zdążyli kilkakrotnie zmienić język i narodowość. Tożsamość zachowali dzięki religii. Ciekawym przykładem ich przemian kulturowych są dawne kitaby – muzułmańskie żywoty świętych – zapisywane alfabetem arabskim, ale po białorusku! Kazalnica w miejscowym meczecie nosi cechy wileńskiego baroku…
Na starym mizarze spotykam Ramunasa Januszauskasa, który odwiedza tu groby przodków. Mieszka w Wilnie i jest urzędnikiem Komisji Europejskiej. Mówi świetnie po polsku. Przed wojną była tu Litwa, ale szlachta tatarska jeszcze długo posługiwała się polskim. – Nauczyłem się języka, gdy przyjeżdżałem do dziadków na wakacje – mówi.
W Rejżach urodził się generał Jan Chalecki, najwyższy rangą carski wojskowy, jaki przystąpił do powstania styczniowego. Czyn Chaleckiego był naprawdę bezprecedensowy. Mimo że w armii rosyjskiej służyły wówczas setki polskich oficerów, do powstania poszli nieliczni. Dlatego na czele oddziałów stawali ziemianie, urzędnicy, księża – figury często charyzmatyczne, ale mało zaprawione do wojaczki. Chalecki był wyjątkiem. Karierę zaczynał jako rotmistrz grodzieńskiego pułku jazdy, barwnej formacji, której kadrę kompletowała po świecie kapryśna natura księcia Konstantego. Kolegami Chaleckiego byli więc różnego autoramentu arystokraci i awanturnicy, jak angielski obieżyświat Marfield, hrabia Toulouse de Lautrec (krewny francuskiego impresjonisty) czy nieokreślonej narodowości „obywatel Przylądka Dobrej Nadziei” – z profesji prawdopodobnie pirat. Przeszedłszy taką militarno-towarzyską szkołę, Chalecki awansował na dowódcę Kijowskiego Pułku Huzarów, z którym odznaczył się w wojnie krymskiej. Pod Bałakławą odpierał sławną szarżę lekkiej brygady. Szybko piął się w górę. Lubili go zwierzchnicy i podkomendni. „Dobry żołnierz, miły kolega i bardzo łatwy w pożyciu” – wspominał go po latach pułkownik Stella-Sawicki. W życiu Chaleckiego musiało jednak dojść do jakiegoś dramatycznego przełomu, skoro w 1857 roku wyjechał do Paryża i stawił się w Hotelu Lambert. Książę Czartoryski wiedział, jak niezwykły człowiek mu się trafił. Mianował go więc swym adiutantem i wysłał do Abchazji, gdzie trwał właśnie antyrosyjski dżihad. Cóż za paradoks, że najwierniejszym sojusznikiem cara byli wówczas Gruzini! Generał zorganizował misję przywódców powstania do Stambułu i Londynu. Jednym z jej rezultatów była pomoc sułtana dla kaukaskich uchodźców. W 1863 r. Chalecki udał się do Polski, gdzie energicznie zajął się organizacją wołyńskiego pułku jazdy. Jego trudy poszły jednak na marne, bo formacja ta nigdy nie weszła do walki. Po powstaniu Chalecki na nowo znalazł się we Francji. Nie uczestniczył już zbyt aktywnie w życiu emigracji. Oddzielony wiarą i obyczajem pogrążał się w samotności i zgorzknieniu. Pewnie przepełniała go też owa specyficzna awersja, jaką zawodowy żołnierz żywi wobec rozkrzyczanej gromady cywili przechwalającej się swymi dokonaniami, snującej śmiałe plany na przyszłość i zapijającej tanim winem w podłych tawernach. Władysław Mickiewicz wspominał, że w dniach Komuny Paryskiej stary generał wywiesił na swym domu flagę rosyjską, aby uniknąć agresji którejś ze stron. Trudno określić, co powodowało jego życiowymi wyborami i jaką koniec końców miał tożsamość. Chalecki pozostaje postacią nieodgadnioną, choć dziś mielibyśmy ułatwione zadanie z kwalifikacją jego czynów. Muzułmanin, który porzuca regularną armię i organizuje międzynarodowe bunty to, jak powszechnie wiadomo, „islamski terrorysta”! [srodtytul]Esteta z prowincji[/srodtytul] Asfalt urywa się za Rejżami. Do Butrymańc pięć kilometrów pylnej szutrówki. To nie taka zła droga. Podnosząc białą smugę, jak odrzutowiec, przy wtórze werbla kamyczków o podwozie, można miejscami dobijać setki. Po podróży zostaje wypomadowany kurzem bagażnik i kredowy absmak w ustach. Na rynku w Butrymańcach parkuje drabiniasty wóz. Złachmaniona kobyłka skubie zdeptany trawniczek. W wyschniętej kałuży leży zamulona butelka. Wschodnią pierzeję rynku zajmuje rząd małych, zdewastowanych kamieniczek. W jednej z nich mieści się spożywczak. Na zapleczu nora bez okien. W środku lepkie, drewniane ławy, betonowa wylewka, zapach potu i skwaśniałego piwa. W sklepie można kupić jakiś trunek i zaprawić się tutaj, z dala od świadków. Mrużąc oczy, wytacza się stąd dwóch klientów. Kłócą się głośno o jakąś niewykonaną robotę, mozolnie inkrustując brzydkim wyrazem cierpkie wyrzuty. W litewskim nie ma przekleństw. Jeśli chce się kogoś obrazić, używa się miana któregoś z płazów lub zwierząt domowych. Największą siłę rażenia ma bodaj ropucha, no i oczywiście świnia. Ale czy taka staroświecczyzna jest w stanie sprostać wymogom współczesnej bluźnierki? Litwini przeklinają zatem po rosyjsku. W dialogu obu panów słyszę jednak znajome, powszechnie uznane u nas za obraźliwe słowo na „k”. W Butrymańcach nikt już po polsku nie mówi, ale naszych wpływów kulturowych nie dało się widać do końca wykorzenić. Przed wojną było tu duże, biedne getto. Podobno opowiadano nawet dowcip, że w Butrymańcach panuje tak dobry klimat dla bogaczy, że żaden z nich tu jeszcze nie umarł… Nie wiadomo, dlaczego akurat to miasteczko zyskało taką anegdotyczną sławę, bo to samo można było powiedzieć o każdym zapyziałym sztetł wschodniej Europy, gdzie dorobić się było równie trudno, jak wyjechać, a jeśli już komuś udawało się to pierwsze, to wyjeżdżał i nie wracał. W 1843 r. urodził się tu Meir Simcha, jeden z najbardziej wpływowych żydowskich przywódców religijnych swoich czasów. W 1866 r. ukończył studia w Białymstoku i został naczelnym rabinem Dyneburga (swoją drogą ciekawe, czy mieszkańcy stolicy Podlasia zdają sobie sprawę, jak długie tradycje akademickie ma ich miasto!). Popularność Simchy była w pewnym momencie tak wielka, że proponowano mu godność głównego rabina Nowego Jorku i Jerozolimy. Walczył z postępującą sekularyzacją. Swoistej interpretacji doczekał się ustęp z jego komentarzy do Tory, w którym pisał, iż jeśli Żyd zapomni o swym pochodzeniu, „jeśli uwierzy, że Berlin to Jerozolima… podniesie się burza, która wyrwie go z korzeniami…”. Po latach niektórzy ortodoksi odczytywali to jako przepowiednię Holokaustu. To jak wielkim wyzwaniem była wówczas laicyzacja, ukazuje przykład innego emigranta z Butrymańc. W 1865 r. urodził się tu Bernhard Walwrożeński, bardziej znany jako Bernard Berenson, historyk sztuki i marszand, znawca i popularyzator dawnego malarstwa włoskiego. W jego domu rodzinnym panowały oświeceniowe idee Haskali i kultywowano pamięć polskiego powstania, jak na Litwie zwano styczniowe. W 1875 r. cała rodzina przeniosła się do Bostonu. Jego ojciec, który wcześniej się sposobił, by zostać rabinem, przeszedł za oceanem radykalną przemianę. Zmienił nazwisko, nakazał, by w domu mówiono po angielsku i całkowicie zaprzestał praktyk religijnych. Klimat ten nie pozostał bez wpływu na Bernarda, który w wieku 17 lat przyjął chrzest w kościele anglikańskim. Kluczowe znaczenie dla dalszej kariery Berensona miała znajomość z Isabellą Stewart-Gardner. Ta dziedziczka ogromnej fortuny dostrzegła niezwykły zmysł artystyczny młodego człowieka. Wysłała go na studia do Europy, a potem uczyniła kustoszem swych wspaniałych zbiorów. Berenson zaczął na zlecenie swej protektorki skupować europejskie malarstwo. W środowisku, w którym się wówczas obracał, nikt nie wiedział o jego korzeniach. Panią Gardner – która nie kryła się ze swym antysemityzmem – zdołał przekonać, że jest nie tylko czystej krwi Anglosasem, ale że w jego żyłach płynie błękitna krew Stuartów! Wkrótce Berenson stał się najbardziej wpływowym znawcą dawnych mistrzów, prawdziwą wyrocznią w sprawach atrybucji, „papieżem estetyki”. Jego opinia mogła zbudować lub zrujnować muzeum. On sam zrobił fortunę, nie zawsze zresztą w uczciwy sposób, angażując się w ciemnawe interesy z rekinami rynku sztuki, takimi jak Joseph Duveen. W 1912 r. kupił w Toskanii pałac, willę I Tatti, która stała się jego domem, siedzibą wyszukanej kolekcji oraz ważnym ośrodkiem badań nauk artystycznych. U schyłku życia nie musiał już ukrywać swego pochodzenia, choć nie przestawał konfabulować na ten temat. Jednym opowiadał, że wywodzi się ze starej żydowskiej arystokracji, innym, że z zamożnej burżuazji. Butrymańce, Medzilaborce… pochodzenie z takich miejsc nie było zbyt szykowne. W latach drugiej wojny Berenson dokonał jeszcze jednego zwrotu kulturowego. Przeszedł na katolicyzm. Konwersja ta w jakiś sposób wpisywała się jednak w jego powrót do korzeni. W 1949 r. napisał: „Pomijając hellenistyczną teologię oraz kult Maryi i świętych, katolicyzm w swym rytuale, świętach, frazeologii, nawet organizacji kościelnej i hierarchii jest tak przytłaczająco żydowski, że może być traktowany jako pozbawiony cech plemiennych, zuniwersalizowany judaizm”. W słonecznej Toskanii tęsknił do brzozowych zagajników Litwy i wspominał tratwy na Niemnie, które w dzieciństwie unosiły jego myśl ku odległym krainom. „Czasem wydaje mi się, jakbym wyjechał stamtąd tylko na chwilę” – pisał w jednym z ostatnich listów. [srodtytul]Na Litwie, czyli nigdzie[/srodtytul] Większość biografów, podając miejsce urodzenia Berensona, pisze – „koło Wilna”, lub nawet „obecnie Wilno”, czasem dodając – „w Rosji”. Z Butrymańc do stolicy Litwy jest prawie 100 kilometrów, ale skoro rzecz ma się dziać w Rosji, to takie odległości nie mają wszak znaczenia. Egzotycznie brzmiąca nazwa miasteczka też podlega najdziwniejszym zniekształceniom. Jedni piszą „Baltrimantz”, inni „Bisurmańce”, co akurat z uwagi na specyfikę kulturową okolicy jest określeniem wyjątkowo adekwatnym. Na skraju miasteczka stoi duży, murowany kościół z początku ubiegłego stulecia. Wewnątrz zdekompletowany, XVII-wieczny ołtarz i portrety ewangelistów, przeniesione z wcześniejszej świątyni. Najciekawszy jest rafaelowski „Święty Jan”, z obnażonym torsem i rozwianym włosem, wznoszący gęsie pióro nad płachtą pergaminu. Za chwilę spłynie inkaust i świat dowie się, co było „na początku”. Ogromna dawka malarskiego napięcia pokrywa niedostatki warsztatowe lokalnego maestro. Wyobrażam sobie, jak mały Bernhard zakrada się do świątyni i staje urzeczony przed tym płótnem. Uduchowione oblicze ewangelisty, przyćmione spękanym werniksem i popstrzone przez muchy odbija odległe światło cisalpińskiego odrodzenia. Zapowiada też jego przyszły los – znawcy włoskiego renesansu i katolickiego konwertyty. Niedaleko kościoła cmentarz, zaraz obok kirkut – palisada prostych, kamiennych macew. Gdyby jego ojciec nie podjął w pewnym momencie decyzji o emigracji, Berenson leżałby pewnie gdzieś tutaj. Chyba że kilka kilometrów dalej, w leśnym dole, gdzie w 1943 r. zakończyła się wielowiekowa epopeja butrymańskiej diaspory. To miejsce pokazuje mi miejscowy ksiądz. Może mieć ze 40 lat. Na chudym karku poprzecierana sutanna, żółtawa cera, grube okulary i szeroki, poczciwy uśmiech. – Przed wojną było tu więcej Żydów niż chrześcijan – mówi. – A teraz zostało siedmiu… nie, sześciu. Nawet na modlitwę nie mogą się zebrać. Muzułmanów też coraz mniej, wszyscy stąd wyjeżdżają, do Wilna, Londynu, za ocean. Gdy dzisiaj podróżuje się po tej krainie wymierających wsi i rozpadających miasteczek, trudno czasem uwierzyć, iż była ona kulturowo tak pojemna, że mieściła światy szachidów i rabinów, że pod względem zróżnicowania etnicznego przypominała Jerozolimę. Choć z drugiej strony, historia wcale nie jest taka martwa, skoro z butrymańskiego getta pochodzą rodzice Leonidasa Donskisa, czołowego współczesnego politologa litewskiego, i to także tutaj urodził się Adas Jakubauskas, obecny przywódca litewskich Tatarów. Dzieje tej ziemi to lekcja także dla nas, którzy przywykliśmy traktować Litwę głównie w perspektywie kresów polskości. Tymczasem była ona domem dla wielu ras i narodów, a w długim korowodzie gości wyprzedzili nas tu przybysze spoza Europy, wyznawcy Jahwe i Allaha. Nie chodzi wcale o to, by umniejszać naszą tu obecność, bo przykłady Chaleckiego i Berensona świadczą, że nawet w dobie największej klęski, jaką przyniosło powstanie styczniowe, kultura polska miała w sobie ogromną moc przyciągania. Może tylko warto się zastanowić, co z tą mocą stało się dziś, w godzinie triumfu…
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL